poniedziałek, 19 czerwca 2017

7 rzeczy, których nie warto robić na początku znajomości z obcokrajowcem



1. Nie poprawiaj go, jeśli sobie tego nie życzy.
Jeśli rozmawiacie w języku, który znasz lepiej - zapytaj go, czy chce być poprawiany. Zazwyczaj ludzie sobie tego życzą, ale czasem ich to hamuje. Warto też znać umiar i nie czepiać się każdego słowa, żeby rozmowa przebiegała płynnie.

2. Nie śmiej się z niego.
Nie wyśmiewaj błędów, akcentu, sposobu gestykulacji, ani jego przekonań. Słuchaj, pytaj, kwestionuj, ale nie pozwalaj sobie na bezczelność. Jeśli po krótszym lub dłuższym czasie okaże się, że macie podobne poczucie humoru, możliwe jest, że będziecie się śmiali ze wszystkiego co kontrowersyjne. Lepiej jednak wstrzymać się z tym do czasu, aż zyska się pewność, z kim ma się do czynienia.

3. Pomijaj tematy, które mogą się okazać kontrowersyjne.
Nie pytaj muzułmanki przy pierwszej lepszej okazji, czy w jej rodzinie obrzeza się kobiety, ani nie zaczynaj rozmowy z Ukraińcem od debaty na temat tego, czy Lwów nie powinien przypadkiem należeć do Polski. Oczywiście będziecie mogli o tym porozmawiać w przyszłości, jeśli wasza znajomość dobrze się ułoży, ale póki co... Lepiej notuj te pytania, a nie wypowiadaj ich głośno.

4. Nie powielaj stereotypów, a zamiast tego edukuj.
Jeśli w twoim otoczeniu większość ludzi to Polacy, twój znajomy może wzbudzać niezdrowe zainteresowanie. Uczul innych ludzi, żeby nie zadawali mu głupich pytań. Zawczasu wyjaśnij, że Rosjanie nie mieszkają w chatach z niedźwiedziami i że nie każdy Japończyk śpi na podłodze. Uprzejmie poproś, żeby w kontaktach z Francuzami zapomnieć o koszulkach w paski, bagietkach pod pachą oraz żabich udkach i ślimakach na obiad (no dobrze, może bagietki są stałym elementem francuskiej rzeczywistości, ale pozostałe rzeczy już niekoniecznie).

5. Nie przejmuj się swoim angielskim (czy też innym językiem, w którym się komunikujecie).
Jeśli rozmawiacie w języku, który jest natywny dla twojego nowego znajomego, możesz być pewien, że jest zachwycony, że się nim posługujesz, niezależnie od tego ile robisz błędów. (Pomyśl - nie zachwycają cię obcokrajowcy mówiący po polsku? Są przecież rewelacyjni!) Wiele osób boi się w ogóle nawiązywać kontakty z obcokrajowcami, bo sądzą, że muszą najpierw podszkolić język. Często jest to objaw perfekcjonizmu, który tylko hamuje rozwój językowy. Przez rozmowę, wymienianie e-maili czy czatowanie można się nauczyć o wiele więcej, niż przeglądając fiszki czy maglując Duolingo albo Memrise. Nawet jeśli twój znajomy nie będzie cię poprawiał, od czasu do czasu zapomnisz jakiejś konstrukcji bądź słowa i skorzystasz ze słownika bądź forum. Język w użyciu zawsze wchodzi do głowy lepiej. Prosta zasada: teoria < praktyka. Zawsze.

6. Nie utożsamiaj z nim rewelacji politycznych z jego kraju.
Zapewne sam nie jesteś zachwycony wszystkim, co robią reprezentujący nasz kraj politycy. No właśnie. Nie każdy w ogóle lubi rozmawiać o polityce, dlatego nie jest to polecany temat na pierwsze spotkanie. Nie dręcz Trumpem swojej Amerykańskiej koleżanki i zostaw w spokoju Putina, jeśli nie chcesz podnieść ciśnienia swojemu znajomemu zza wschodniej granicy. Nie pytaj Francuza, czy wszyscy faceci we Francji teraz wolą starsze, bo Brigitte Macron. No chyba, że chcesz skończyć wieczór nie na winie, a na Korwinie.

7. Nie zamęczaj go pytaniami kulturowymi i geograficznymi.
No chyba, że wiesz, że czuje się w tym jak ryba w wodzie i sam zaczyna poruszać tematy w tym spektrum. Jednak zagadywanie o tradycje, potrawy, rejony turystyczne w jego kraju i inne tego typu rzeczy to niezwykle... nudny sposób na zaczęcie rozmowy. Tak, tak, dobrze słyszysz - N U D N Y! Jak chcesz wiedzieć, czy we Włoszech faktycznie je się dużo pizzy i makaronu? To poczytaj na Wikipedii, albo pierwszym lepszym blogu podróżniczym. Zobacz w twoim rozmówcy osobę, a nie jego kraj. Oczywiście, miejsce zamieszkania oraz pochodzenie to ważne czynniki, które nas kształtują, ale bez przesady. Chciałbyś zaczynać każdą rozmowę z kimś spoza Polski od opowiadania o tym, że nasza największa rzeka to Wisła, charakterystyczny strój ludowy to łowicki, a typowe danie to pierogi (chociaż ostatni raz jadłeś je pół roku temu i w sumie ich nie lubisz)? Tak myślałam. Także no, nie rób drugiemu co Tobie niemiłe!

Bonus - 8. Kiedy nadejdzie odpowiedni moment, dowolnie łam powyższe zasady.
Wymyśl swojemu znajomemu głupi pseudonim. Śmiej się z jego skośnych oczu, albo nazywaj go czarnuchem (nawet jeśli jego cera jest jasnobrązowa). Pytaj, dlaczego źle wymawia "r" i przedrzeźniaj go, kiedy mówi, że nie umiesz odmieniać czasowników. Spytaj, jaka jest jego ulubiona narodowa potrawa tylko po to, żeby usłyszeć od niego setny raz "f*ck off". Wszelkie dziwactwa z jego strony kwituj uniesionymi brwiami i stwierdzeniem "chyba w twoim kraju". Pytaj, czy hoduje w wannie krokodyla. Wyzywajcie się od rasistów. Urządzajcie poważne polityczne debaty o trzeciej nad ranem. Upijajcie się przy globusie lub Google Maps. Udowadniajcie sobie swoje racje.

Powyższe przykłady nie pochodzą z mojej chorej głowy, tylko z życia. Dobry kumpel czy kumpela z innego kraju to skarb jakich mało. Bywa, że mimo różnic kulturowych i początkowych barier językowych da się rozmawiać zupełnie swobodnie i bez uprzedzeń. Trzeba tylko wyczuć grunt. Nie z każdym można sobie pozwolić na wszystko, co przyjdzie do głowy. Wierzę, że dasz radę - to wszystko w praktyce niewiele różni się od kontaktów z rodakami. :)

wtorek, 6 czerwca 2017

Wyluzowany poliglota - 7 charakterystycznych cech gatunku



1. Tworzenie list języków, których rzekomo się nauczy
...w wakacje/po maturze/w czasie urlopu/począwszy od stycznia kolejnego. Po jakimś czasie znajduje starą listę i śmieje się w głos, bo spisał lub przynajmniej wymyślił już dwie nowe.

2. Wymyślanie odrealnionych planów nauki
...które po dwóch dniach od rozpoczęcia realizacji porzuca. Zazwyczaj tworzy te plany dla połechtania własnego ego, a później porzuca je dla wygody. Dręczą go wyrzuty sumienia, ale nie są na tyle duże, żeby jednak na poważnie się zabrać. W końcu i tak się nauczy, może trochę wolniej i bardziej na luzie, może trochę później, ale ma to gdzieś.

3. Uczenie się zrywami
Potrafi uczyć się po kilka(naście) godzin dziennie, kiedy coś go olśni. Przypomina to trochę narkotyczny czy alkoholowy ciąg. Ogląda filmy, pożera książki, trzepie ćwiczenia jak opętany. Natomiast kiedy mu się chce, pozwala sobie na całe tygodnie przestoju. Nie czuje weny, no i co ma na to poradzić?

4. Nagłe olśnienia w ciągu dnia
Kiedy przypomina sobie, że zna języki i dostaje ataku dzikiej euforii. Słysząc w radiu hiszpańską piosenkę, leniwy poliglota przypomina sobie, że pamięta kilka słów i z zaangażowaniem opowiada o tym ofierze siedzącej akurat obok. Niemal podskakuje ze szczęścia słysząc fragment rozmowy przechodzących obok Włochów. Nie posiada się z radości pomagając Niemcom w sklepie.

5. Osobliwe językowe debaty
Ożywia się, kiedy widzi etymologiczny związek losowych słów ze słowami w innych językach. Kiedy się wkręci, trudno mu przerwać. Najciekawsze jest to, że dostaje takie fazy w zwykłe dni, kiedy nic nie zwiastuje, że jego wewnętrzny poliglota nagle się przebudzi i zaryczy.

6. Wyśmiewanie się ze słów w obcym języku
Wyluzowany poliglota to wstrętny gnojek. Wyśmiewa, a potem zapamiętuje. Przychodzą mu do głowy najgłupsze i najbardziej absurdalne na świecie skojarzenia. Znajomi kręcą głowami, a on się w ten sposób uczy.

7. Nieszczęśliwe miłości
Każdy wyluzowany poliglota ma jeden lub kilka języków, których, jak deklaruje, chciałby się nauczyć, ale nie może się za niego zabrać. Umie dziesięć słów na krzyż i dostaje orgazmu, kiedy słyszy któreś z nich. Obowiązkowo opowiada o swoich odczuciach i miłości do języka losowej ofierze stojącej obok.

Wszelkie podobieństwo do zachowań zaobserwowanych w życiu własnym i znajomych jest zupełnie zamierzone i nieprzypadkowe.

A Ty, znasz kogoś, kto pasuje do opisu? Może to Ty? Co byś dopisał do tej listy? :D

niedziela, 30 kwietnia 2017

Minimalizm w ciąży

Miminalizm i ja

Moje zainteresowanie minimalizmem zaczęło się trochę ponad 2 lata temu, kiedy zauważyłam, że ilość posiadanych rzeczy zamiast mnie cieszyć, zaczyna przytłaczać. Od kiedy zmarła moja babcia, nikt z taką jak ona stanowczością nie przychodził już do mojego pokoju, aby pomagać mi w selekcji rzeczy. Ona zawsze przychodziła z czarnym lub niebieskim workiem na śmieci i wypowiadała sakramentalne zdanie o tym, że trzeba wyrzucać i nie należy się tego bać, bo to tylko rzeczy. "Tego, co masz w głowie nikt ci nie zabierze" - przekonywała mnie zawsze i przestrzegała przed gromadzeniem nadmiaru szpargałów. Myślałam o niej, tak szczerze, że ze swoim zamiłowaniem do porządku trochę przesadza i że to bardziej taki typowa fiksacja dorosłego, niż cokolwiek wartościowego. Doceniałam to jednak za jej życia, choć równie często mnie to irytowało. Czasem nie wytrzymywała mojego bałaganiarstwa i sprzątała mi pokój bez ostrzeżenia, wtedy jednak nic nie wyrzucając bez mojej zgody.

Dzisiaj tęsknię trochę za wyjącym odkurzaczem i warunkiem, że nie wyjdziemy na spacer, ani nie pojedziemy na wycieczkę, póki nie posprzątam. Tak miło wrócić do czystego domu. A tak beznadziejnie do chaty, w której wszystko jest porozrzucane i zapomniało się wyrzucić śmieci czy pozmywać, a nawet pościelić łóżka.

Ciąża i komsumpcjonizm

Ale do rzeczy - teraz jestem w ciąży, no i jak się ma minimalizm do tego stanu?
Otóż świat, szczególnie świat marketingu, woła do kobiet w ciąży (wykorzystując popularne już w naszej kulturze hasła):

To jest twój czas.
Nie żałuj sobie.
Dbaj o siebie.
Zasługujesz na to.
Wolno ci, bo jesteś w ciąży.
Ciesz się ciążą.

Co tłumaczyć można (dosadniej):
Jedz, ile chcesz i co chcesz. Jesteś w ciąży, masz szczególne prawa. Czasem czujesz się gorzej i masz ochotę tylko na frytki, albo na czekoladę. I to w chorych ilościach. Nie myśl o tym, jedz, bez wyrzutów sumienia.

Kupuj wszystko, na co masz ochotę. Dla siebie i dla dziecka. Przemaluj pokój na różowo. Twoje dziecko ma już dość ubranek? Skompletuj wyprawkę. Niczego nie może zabraknąć, zapoznaj się więc z nowościami.

Chcesz gazetę? Wiesz, że są gazety dla ciężarnych? I książki, książki! A może forum dyskusyjne, gdzie poznasz nowe koleżanki? O, albo grupa na Facebooku. Obejrzyj jeszcze sobie te zdjęcia na instagramie, gdzie inne mamy pokazują zgrabne ciała i niewielkie brzuszki. Zobacz co noszą. Też chcesz to mieć? Wystarczą dwa kliknięcia...

Zmęczyłam się, w ciąży wolę minimalizm


Przyznaję, zmęczyłam się przekazem kierowanym do kobiet w ciąży. Bardzo szybko odkryłam, że wolę się od tego częściowo odciąć. Że ten, hm, współczesny model kobiety w ciąży to nie jestem i nie będę ja. Oczywiście nie chcę chodzić w workach na ziemniaki, ale też nie zrobię zakupów w żadnym ciążowym butiku, bo ceny godzą w moje konsumenckie sumienie. Nie chcę być też jedną z osób, które będą kompulsywnie zaopatrywać się w nowe ciuszki dla dziecka przy okazji każdego wyjścia do miasta, tylko dlatego, że skoczył mi progesteron.

Z drugiej strony, nie jestem też za tym, żeby odmawiać sobie wszystkiego, chodzić w porozciąganych rzeczach i nie nabywać żadnych nowych, starać się nikogo nie informować o odmiennym stanie i kupować wszystko używane lub pożyczać.

Od początku ciąży szukam złotego środka w tej nowej dla mnie sytuacji.

Wyeliminowanie szumu informacyjnego

Na pierwszy ogień poszły fora, broszury, książki i porady innych ludzi. Zrezygnowałam z wchodzenia na fora, żeby nie niepokoić się symptomami ciążowymi u innych, nieznanych mi przecież kobiet i pozostałam w sporadycznym kontakcie z jedną internetową koleżanką. Wkrótce okazało się, że kilka moich realnych znajomych jest na podobnym etapie ciąży i od czasu do czasu rozmawiam z nimi.

Książkę o ciąży mam jedną i zrezygnowałam z pomysłu czytania jej od deski do deski. Większość treści i tak mnie nie dotyczy, bo poruszane są tam także tematy wszelkich możliwych dolegliwości oraz schorzeń towarzyszących. Gazetki i broszury odziedziczone po koleżance trzymam w jednym pudełku i od czasu do czasu coś czytam, a zaraz potem - wyrzucam. Wystarcza mi zajrzenie do jakiejś publikacji raz na parę tygodni, spojrzenie co kilka dni do aplikacji mobilnej oraz konsultacje z moją panią ginekolog.

O porady pytam innych tylko wtedy, kiedy faktycznie jakiś temat mnie męczy i chcę się czegoś dowiedzieć. Nie poruszam z każdym tematu ciąży z byle powodu, tylko po to, żeby o czymś pogadać. Najczęściej na pytania o ciążę odpowiadam, że czuję się dobrze i opowiadam, jak się rozwinęło dziecko w ostatnim czasie, a potem przechodzę do kolejnego tematu.

Kompletowanie przemyślanej wyprawki

W internecie roi i różnych publikacjach roi się od gotowych list wyprawek dla malucha. Każdy ze znajomych ma też na ten temat swoje zdanie, a wybór na rynku jest ogromny. Moim zdaniem, warto porozmawiać, z osobami, którym ufamy oraz przejrzeć kilka przykładowych list, a później opracować własną. Lepiej, żeby czegoś na niej zabrakło, niż żeby było za dużo. Po urodzeniu dziecka zawsze będzie można dokupić brakujące elementy. W miarę możliwości warto też rozejrzeć się za używanymi rzeczami. W moim przypadku był to karton ubrań od koleżanki, za który zapłaciłam symboliczną kwotę nieprzekraczającą 100zł, a mam już właściwie wszystko, czego potrzebuję na pierwsze trzy miesiące. Nowych ubranek kupiłam zaledwie trzy zestawy, wszystkie na wyprzedażach. Dostałam już też jedno ubranko od znajomej. Oczywiście wzruszają mnie słodkie printy na ciuszkach, ale zdaję sobie sprawę, że w ciągu kilku miesięcy cała garderoba córki będzie do wymiany. Dlatego - od kiedy mam już wszystko, co uznałam za potrzebne, nie odwiedzam działów z rzeczami dla dzieci. Nie mam nawet takiej pokusy, dziecięce działy i sklepy krzyczą milionami kolorów, a ja mam po prostu ochotę na trochę spokoju. Według mnie - to nie rzeczy, a spokój ducha jest prawdziwym luksusem.


Garderoba w ciąży

Receptę mam prostą, co kilka tygodni porządkuję rzeczy i chowam to, co mnie uciska lub wystaje mi spod tego brzuch. Niektórych rzeczy nawet się pozbywam, jeśli wiem, że po ciąży już nie będę ich nosiła. A to co będę nosić, odkładam czym prędzej, żeby tego nie rozciągnąć. To doskonały czas na porządki w szafie! Od początku ciąży dokupiłam nie więcej niż dwadzieścia elementów garderoby (licząc razem z bielizną). Dostałam też trochę używanych rzeczy po koleżankach. Ciąża nie musi się równać wymianie całej szafy. Każda kobieta ma też swoje preferencje, niektóre nie kupują nawet ciążowych spodni - spotkałam się z poglądem, że są niewygodne, chociaż mi osobiście bardzo odpowiadają. Nie ma więc sensu pisać, co NALEŻY mieć. W każdym razie nie trzeba mieć wiele, ale rzeczy powinny być spójne stylowo i kolorystycznie.


Jedzenie dla dwojga, a nie za dwoje



Jestem w siódmym miesiącu i przytyłam na razie sześć kilogramów, co uznaję za dobry wynik. Nie obżeram się, a na słowa "ty możesz, bo jesteś w ciąży" reaguję z reguły alergicznie i od razu zaprzeczam. Nie, nie mogę. Oczywiście, kiedy w pierwszym trymestrze większość produktów żywnościowych przyprawiała mnie o mdłości, a jedynym atrakcyjnym jedzeniem na całej planecie wydawały mi się frytki, to po prostu je jadłam. Ale nie cały kontener frytek, tylko jedną porcję, a potem starałam się znaleźć coś bogatszego w składniki odżywcze, jeśli jeszcze byłam głodna.

Wizualizuję sobie cały czas, niczym w bajcie "Było sobie życie", że wszystko, co zjem, mój organizm rozbija na bazowe składniki odżywcze i przy okazji każdego posiłku karmi też moją córeczkę przez pępowinę. Wtedy jedzenie żelków czy czekolady nabiera zupełnie nowego sensu. Po prostu pamiętam, że ona tam jest i że dużo lepiej zrobi nam obu owoc, niż słodycze, albo ziemniaki w formie purée, niż frytki. Nie zmienia się to jednak w paranoję. Za to bez skrępowania mówię o tym, że naprawdę mam większą ochotę na owoce niż na ciasto i osoby, które odwiedzam wykazują zrozumienie. Bardzo mnie to cieszy!

Przed obżeraniem się powstrzymuje mnie nie tylko myśl o przytyciu, ale po prostu fizjologia. Nie potrafię jeść zbyt wiele, bo czuję, że brakuje mi miejsca. Instynktownie sięgam też po lekkie rzeczy, bo nie przepadam za zaparciami czy refluksem (ten drugi objaw na szczęście pojawia się sporadycznie).


Ciąża w głowie - czy jestem jeszcze sobą?



Wiele kobiet i ich partnerów wyznaje, że progesteron zawraca im w głowie, odwracają się priorytety, pojawia się syndrom wicia gniazda, zmieniają się preferencje smakowe - po prostu świat zaczyna się wywracać do góry nogami. Bardzo się tego, szczerze mówiąc, bałam. Tego, że stanę się kimś innym, że stracę kontrolę i przestanę panować nad swoim zachowaniem i zachciankami. Że zacznę jeść ogórki z nutellą, zmienię się w wieloryba, będę wąchać proszek do prania dla niemowląt i codziennie zachwycać się ciuszkami dla małej, każę mężowi spać na kanapie, wszystkich będę zamęczać opisami swojego stanu, a na koniec - nie oprę się pokusie wrzucania do mediów społecznościowych USG, czego bardzo nie chciałam.

Tak się jednak nie stało. Nie czuję tego tsunami progesteronu, które na mnie spłynęło i powinno teraz ogarnąć moją świadomość niczym różowa, narkotyczna chmurka. Myślę, że dużo zależy od nastawienia. To jak z bridezillą - tak jak nie każda panna młoda zmienia się w autorytarną, rozkapryszoną księżniczkę, tak nie każda młoda mama podporządkowuje sobie cały świat i przechodzi transformację w zupełnie inną osobę. Przynajmniej - nie musi to mieć nic wspólnego z negatywnymi zmianami. Mogą to być zmiany na lepsze, jak na przykład - uporządkowanie domu, porządki w szafie, w głowie... Albo większa uważność na codzień, dyscyplina, lepsza organizacja.

Jeśli nie skupia się na sferze materialnej, można znaleźć mnóstwo przestrzeni na samodoskonalenie. I mam nadzieję, że to mi się udaje.

Na koniec przytoczę kilka wypowiedzi innych osób, które w ciąży kierowały się zdrowym rozsądkiem i nie dały się porwać fali konsumpcjonizmu.*

"Nie interesowałam się minimalizmem w ciąży, ale instynktownie dopiero kiedy w niej byłam zasmakowałam minimalizmu prawdziwego. Kiedy w pewnym momencie miałam tylko 3 bluzki i 2 pary spodni czułam się wspaniale. Ale to było raczej instynktownie, zanim dowiedziałam się że taki sposób życia zwie się minimalizmem. A co do mediów, faktycznie, zalewała mnie fala reklam i gadżetów darmowych, byle tylko kupować więcej, bo przecież byłam w ciąży więc zasługiwałam na WSZYSTKO. Koszmar."
- Martyna Ryszko

"Prawda jest taka że ja nie bardzo cokolwiek kupowałam.  Ze względu pewnie na mój wiek [20 lat] wszyscy rzucili się by kupić mi wszystko. Głównie kompletowaniem wyprawki zajęła się moja mama. Zrobiłam jej listę i wszystko z listy okazało się przydatne.  Dostałam za to wiele nie trafionych rzeczy jak buty (really, dziecko przecież nie chodzi i nie będzie jeszcze długo), chodzik (nikt mnie nie pytał co sądzę na ich temat), nowe ciuszki (używanych w świetnym stanie i tak mam za dużo),  patyczki do uszu dla dzieci (zwykłe są spoko, nie wepchnę dziecku ich do mózgu) i pewnie jeszcze sporo innych rzeczy. Co do rzeczy które ja wybierałam uważam że kupiłam za dużo pieluch wielorazowych ale były sprzedawane w komplecie na allegro więc nie bardzo miałam wybór. Kupiłam też smoczek z jednorożcem którego Dalia nie używa ale był z JEDNOROŻCEM. Kupiłam ekstremalnie mało rzeczy i bardzo się cieszę. Wzięłam to co dostałam po innych dzieciach i cieszę się że mogę dać tym rzeczom nowe życie."
- Pamela Zwolińska

*Jeśli chcesz dodać coś od siebie, to chętnie dopiszę tu Twoją wypowiedź, post pozostaje otwarty. :)