czwartek, 16 listopada 2017

Pieluchy wielorazowe #1 - rodzaje, zalety, nasze początki, błędy i koszty



Jeszcze przed urodzeniem Lilii mieliśmy chęć, żeby spróbować pieluch wielorazowych, bo to i tanio i ekologicznie. Jednak pierwszy miesiąc był batalią o przetrwanie, nawet nie dlatego, że noworodki często maja przerywany sen, czy z powodu ciągłych wrzasków w domu, które szybko przestały niepokoić (choć nie irytować) naszego kota. Blizna po cięciu cesarskim była jeszcze świeża i bolesna, a do tego miałam silne objawy zespołu cieśni nadgarstka. Pamiętam, że przeszło mi wtedy przez myśl, że nie dam rady, że jednorazowe pieluszki już z nami zostaną. Jednak miałam wyrzuty sumienia z powodu piętrzących się za naszą sprawą toksycznych odpadków...

I w końcu nadszedł ten moment, a było to trochę ponad miesiąc po urodzinach córki, czyli w sierpniu, kiedy zabrałam się za research. Research kogoś, kto uważa, ze nie ma czasu i nie uznaje rozmów z innymi mamami (bo jeszcze będą za dużo gadać  i na pewno się pogubię - ach, mój błąd).

Zanim jednak napiszę, jak przebiegały nasze początki, wytłumaczę, na czym w ogóle pieluchowanie wielorazowe polega.

Rodzaje pieluch wielorazowych

Tak pokrótce - AIO (all in one) jest jak pampers, jak jest zabrudzony czy zasiusiany, całość idzie do prania. Długo schnie. SIO (snap in one) składają się z otulaczy i wkładów przypinanych na napki. W wypadku zabrudzenia/zasikania do prania zwykle idzie sam wkład, chyba że zdarzy się większa katastrofa. Kieszonki to pieluszki, które (jak nazwa wskazuje posiadają) kieszonki, do których wkłada się wkłady. Nasze ulubione to takie, które od strony pupy dziecka mają warstwę mikropolarku - sprawia ona, że dziecko nie czuje mokrego (lub czuje je mniej). Mogą być jednak z różnych materiałów. Po zabrudzeniu/zasikaniu - i pielucha i wkład do prania. Otulacze w końcu mogą być z wełny lub PULu, na rzepy lub napy. Oprócz otulaczy z wełny są jeszcze gatki. Te trzy opcje służą do tego, żeby trzymać wkłady i żeby nic nie przeciekało. Wełniane gatki i otulacze nie przepuszczają mokrego dzięki warstwie lanoliny pokrywającej ich włókna. Cała reszta opcji "zewnętrznych" (AIO, SIO, kieszonki) ma od zewnątrz PUL. Wkłady dzielą się z kolei na naturalne i syntetyczne. Syntetyczne zazwyczaj są mniej chłonne, ale za to dzieci nie czują w nich aż tak mokro. Rozwiązaniem problemu chłonności będzie wkład naturalny + wkładka "sucha pupa" (gdy używa się otulacza) lub używanie kieszonek. Formowanki to typ wkładów które wyglądają jak pampersy, ale chłoną całą powierzchnią, więc wymagają dodatkowo otulacza. Do gatek wełnianych najlepiej używać prefoldów (typ wkładu) spiętych klamerkami snappi, tetry spiętej snappi lub formowanek. Do otulaczy i kieszonek można wkładać najróżniejsze wkłady, czasem nawet po kilka na raz. Testując samemu szybko da się zorientować, co najlepiej działa.

Szerzej (i z obrazkami!) ten temat opisała Ekomatka. Polecam zajrzeć, szczególnie ze względu na infografikę!

Zalety pieluchowania wielorazowego


  • Mniejsze ryzyko odparzeń (nasz biedny noworodek na jednorazówkach miał stale jakieś podrażnienia, teraz jest fantastycznie, a krem stosujemy raz na kilka dni!)
  • Dziecko ma mniej kontaktu z chemikaliami (pieluchy jednorazowe są ich pełne)
  • Mniejsze wydatki w perspektywie całego okresu pieluchowania
  • Mniej śmieci na naszej pięknej planecie
  • Dziecko łatwiej odpieluchować
  • Wzorki i design pieluszek cieszy oko
  • Mniejsze ryzyko przecieków przy dobrym dopasowaniu pieluszek

Nasze początki

Kupiliśmy 2 kieszonki, które używaliśmy jak otulacze, ponieważ nasze dziecko w drugim miesiącu życia nadal wymagało bardzo częstych zmian pieluszek - obojętnie czy były to pampersy czy wielorazówki. Tak małe dzieci po prostu często robią kupkę, a jak wiadomo, kiedy się pojawi, trzeba zmienić. Do tego zaopatrzyliśmy się w kilka wkładów - z mikrofibry, tzw. bambusowo-węglowe (tak zwane, ponieważ w środku i tak jest mikrofibra) i bambusowe. Nasz zestaw testowy starczał na pół dnia, spodobało nam się i dokupiliśmy więcej pieluszek - tym razem otulaczy i kilkanaście wkładów bambusowo-węglowych, ponieważ jak na tamten moment miały dobrą chłonność i szybko schły. Bambusowe wkłady powodowały płacz zaraz po jednym siknięciu, a czysta mikrofibra, choć tania, zwiększa ryzyko odparzeń (dowiedziałam się tego dopiero po pierwszych zakupach).

Nasz system sprawdzał się do momentu, aż córeczka zaczęła dłużej spać w nocy i pieluszki zaczęły przeciekać po kilku godzinach (ups!) Dlatego teraz sięgnęliśmy po chłonniejsze rozwiązania. W dzień pieluchujemy jak dotąd - otulacze + różne wkłady, czasem tetra; na noc zakładamy kieszonki lub otulacze z bardzo chłonnymi wkładami (przy otulaczach jest konieczne dokoptowanie wkładki "sucha pupa").

Nasze błędy

  • kupiliśmy zestaw testowy nie robiąc researchu, nie prosząc nikogo o pomoc
  • pominęliśmy możliwość wypożyczenia pieluszek na testy
  • przestraszyliśmy się wielopieluchowania od urodzenia (niepotrzebnie!)
  • kupiliśmy najtańsze pieluszki, które nie leżą najlepiej (tzw. chinki - produkowane w Chinach), robiąc (szczególnie u malutkich niemowląt) "efekt wielkiej pupy"
  • praliśmy pieluszki bez prania wstępnego, więc po kilku tygodniach zaczęły brzydko pachnieć i potrzebowały dodatkowego oczyszczania

Nasze koszty

Pierwszy skromny zestaw testowy kosztował 111 zł, już z wysyłką. W tamtym czasie nie wiedzieliśmy o pieluchotekach czy ogólnopolskim teście pieluszek wielorazowych... Ale na to przyjdzie pora w kolejnym wpisie. Teraz powiem tylko, że dobijamy do 4 miesiąca życia córki, a nasze łączne wydatki na pieluchy wielorazowe i niezbędne do nich akcesoria wyniosły nas łącznie 745 zł. Czy to dużo, czy mało, to już każdy oceni sam. Na razie nie chcę szczegółowo opisywać, co i dlaczego kupiliśmy, to będzie materiał na inny wpis. Ten miał być tylko zarysem i zajawką na temat wielopieluchowania. Będę co jakiś czas informować, jak nam idzie, a na razie idzie super i jesteśmy w trakcie testowania nowych rozwiązań!

niedziela, 10 września 2017

Niezbędnik młodej mamy - geeka. TOP 3 pomocne gadżety dla rodziców noworodków i niemowląt


Cześć i czołem! To mój pierwszy wpis po porodzie, więc - drodzy rodzice i przyszli rodzice - TAK, BĘDZIE O DZIECIACH, HURRA! :D

Cała reszto - niestety będzie o dzieciach. Możecie poczytać na dobranoc, jeśli dobrze wam się zasypia przy nudnych tekstach, napisać w komentarzu "tl;dr" (żebym wiedziała, że tu byliście), albo kliknąć na krzyżyk w prawym górnym rogu.

Ekhem.

"Początkowym znaczeniem słowa geek była osoba wykonująca nietypowe akty w cyrku, takie jak odgryzanie głowy żywej kury."

Dziękuję, Wikipedio. Jesteś absolutnie niezastąpiona. Właściwie chodzi mi bardziej o tę definicję:

"Przedmiotem zainteresowania geeków są najczęściej nowoczesne technologie, ale ważniejsze niż dziedzina jest siła, z jaką geek oddaje się swojej pasji."

Pewnie i tak to wprowadzenie nie było nikomu potrzebne, no więc do rzeczy. Dzisiaj będzie o moich trzech hitach, które ratują mi skórę niemalże od samego początku.

I nie, nie będzie to trio ze zdjęcia czyli mój nowy ultrabook, cztery paczki wkładek laktacyjnych z Oszą i czekolada.

1. Aplikacja Baby Manager

Pozwala co bardziej nierozgarniętym chaotycznym umysłom na monitorowanie, z której piersi dziecko piło ostatnio. Ale na tym nie kończą się możliwości tego programu. Można zapisywać także czas karmienia (włącza się stoper lub robi to ręcznie), ilość mleka odciągniętego laktatorem, ilość mleka matki/modyfikowanego podawanego butelką, ilość zmienianych pieluch (a nawet ich zawartość) oraz czas snu. Dodatkowo można dodawać pomiary (waga, wzrost i obwód głowy), a dla bardziej ambitnych i skłonnych zapłacić dostępne są opcje premium - kąpiele, spacery, temperatura, leki, nastrój, leżenie i notatki. Jedna opcja premium jest dostępna za darmo. [Pobierz tutaj]


Jeśli kogoś przeraża wpis "9 dni temu" przy ikonie pieluszki, to spieszę z wyjaśnieniem, że zrezygnowałam z monitorowania ilości zużytych pieluszek. :P


2. Aplikacja Baby Sleep

Chyba już prawie każdy słyszał o słynnym Szumisiu - misiu o wyglądzie szarej ośmiornicy (od szyi w dół oczywiście), wydającym z siebie hipnotyczne miłe dla ucha niemowlęcia szumy. Niestety Szumiś kosztuje miliony monet, czyli około stu złotych. Opcja dla biedaków i skner to odpalanie różnych szumów na komputerze i smartfonie (na YouTube można znaleźć przecież wszystko), namiętne odkurzanie i suszenie włosów częściej niż potrzeba. U mnie sprawdza się aplikacja, która pozwala odpalić na szybko jakiś kojący dźwięk, dziecko szybciej dzięki temu zasypia (jak sama nazwa wskazuje), a ja mam chwilę, żeby odetchnąć. [Pobierz tutaj]



3. Książka Dzieciozmagania

Kiedy zostaje się rodzicem, czasu nagle jest mniej, a chęci do przyswajania nowych informacji mogą się gdzieś nagle ulotnić. Humorystyczny charakter książki "Dzieciozmagania" pozwala połączyć przyjemne z pożytecznym - można się i pośmiać, i szybko zorientować się na wiele tematów. Książkę poleciła mi koleżanka poznana na szpitalnej sali. I ja także będę wszystkim polecała. ;) To opasłe tomiszcze, ale zawiera porady dotyczące pierwszych pięciu lat życia dziecka. Nie trzeba też czytać po kolei, można rozdziałami lub korzystać z indeksu na końcu, by wyszukać konkretne zagadnienia. [Kup tutaj najtaniej - porównaj ceny]

Post udostępniony przez Julia Irmina Hladiy (@pyszczucha)

Jeśli macie jakieś swoje hity, to śmiało przedstawcie je w komentarzach!

poniedziałek, 3 lipca 2017

7 rzeczy, które ludzie wiedzą o mojej ciąży, ale ja nic o nich nie wiem



Niektórzy się zastanawiają - jak rozmawiać z kobietą w ciąży? Kobieta w ciąży nie jest kosmitą, można z nią rozmawiać normalnie. Ale jeśli masz w głowie jakieś "interesujące" stereotypy, zacznij lepiej zdanie od "czy to prawda...", "czy sądzisz, że..." zamiast wygłaszać opinie. Bo cokolwiek ci się wydaje na temat twojej koleżanki w ciąży, możesz się po prostu mylić. Każda kobieta jest inna, każda ciąża jest inna. Jedne kobiety sobie radzą lepiej z takimi samymi objawami, inne gorzej.

Dodam jeszcze, że oczywiście miło mi, kiedy ktoś pyta, jak się czuję. Ale jeśli zaczynam rozmowę na inny temat, a mój rozmówca nagle ma w oczach różowe jednorożce i pyta z braku laku, jak tam moje dzidzi (nie kończąc poprzedniego wątku), to zastanawiam się, czy moje hormony działają mocniej na niego niż na mnie. Jestem w ciąży, ale nie jestem ciążą, okej?

Przez dziewięć miesięcy uzbierało się trochę kwiatków. Większość z nich zasłyszałam kilka razy, dlatego zapadły mi w pamięć. Nie będzie jakoś specjalnie miło, bo mnie te sytuacje nie śmieszyły i czułam się mniej lub bardziej urażona słysząc takie pierdoły. (WIĘC MOŻE JEDNAK PUNKT TRZECI TO PRAWDA?! Sądzę, że nie. Reagowałam zawsze spokojnie. Ale jestem z tych, co wymyślają doskonałe riposty post factum, więc daję temu upust dzisiaj.)

1. "Te leki są bezpieczne w ciąży... o ile jest pani w ciąży".
Na początku ciąży przyszłam do lekarza, nie miałam jeszcze zrobionego pierwszego USG i założonej karty ciąży, ale test apteczny wyszedł pozytywny i zatrzymała mi się miesiączka. Byłam chora - kaszląca i smarkająca, a lekarz na odchodne poczęstował mnie powyższym komentarzem. Dzięki, tego mi było trzeba.

2. "Smakuje ci ogórek z nutellą? Hehehe. A co innego dziwnego jesz?"
Nie, nie smakuje. Jem normalnie. To, że kobiety w ciąży mają ochotę na dziwne rzeczy może i jest prawdą, ale nie w wypadku ich wszystkich. Słyszałam to pytanie z tysiąc razy i za każdym miałam ochotę strzelić pytającego w głupią roześmianą mordę. Wzdychałam tylko i mówiłam, że jem normalnie, a niedowierzająca morda powoli zmieniała wyraz na trochę mądrzejszy.

3. "Masz wahania nastroju."
Nie bardziej niż wcześniej. Powiedziałabym nawet, że się uspokoiłam i w ogóle nie odczułam wpływu hormonów na mój nastrój. To, że tak piszą w książkach, a nawet że wszystkie koleżanki tak miały, to nie znaczy, że każda ciężarna jest niestabilna psychicznie.

4. "Będzie pani tyła do samego porodu"
... powiedziała pani dietetyk na szkole rodzenia. Swoją drogą, już nie chodzę na szkołę rodzenia, bo po 2 spotkaniach stwierdziłam, że 95% przekazywanej tam wiedzy miałam wcześniej i zapewne jestem w stanie wszystkie informacje pozyskać z internetu oraz książek.

Pani dietetyk w szkole rodzenia plątała się w zeznaniach. Mówiła, że nie jest dobrze jeść za dużo owoców, ale oczywiście potwierdziła, że lepsze to, niż czekolada. Coś marudziła, że od owoców można przytyć i lepiej jeść warzywa. Ale też mówiła, że nic na siłę. Albo twierdziła, że warzywa i owoce z marketów to pryskane zło na sterydach, ale przyznała mi, że pani Grażynka w sklepie osiedlowym może mieć tego samego dostawcę (umówmy się, nie hoduje bananów i batatów na swojej działce w Wygwizdowie Górnym). No to pytam, czy myć warzywa i owoce sodą oczyszczoną, a dietetyk prawie się śmieje, mówiąc, że nie należy popadać w paranoję.

PS. Na razie przestałam tyć, jestem w 36 tygodniu i przybrałam 10-11kg (waga mi się odrobinę waha). Moja waga stoi w miejscu od prawie czterech tygodni. Nawet jeśli przybiorę, to już niewiele, a uśmiech pani dietetyk sugerował coś odwrotnego. Skrajną otyłość od pierniczonych nektarynek.

5. "A ma pani bliźniaki? Bo moja kuzynka..."
Miałam normalny brzuch, dwudziesty któryś tydzień ciąży, a koło windy na uczelni napadł na mnie egzaltowany student historii (w garniturze). Mówił, że żałuje, że nie jest księdzem, bo by mi pobłogosławił. Zaczął mamrotać słowa błogosławieństwa po łacinie. Nie dawał się uspokoić koleżankom. Zadawał głupie pytania, typu - jak to jest mieć taki brzuch, bo jego wujek jest gruby i mu niewygodnie; czy mam bliźniaki, bo jego kuzynka miała taki brzuch i miała bliźniaki... Nie chciał mi mówić na ty, bo stwierdził, że nie potrafi tak do kobiety w stanie błogosławionym. A mogłam iść schodami. Bo wbrew pozorom, mimo że wyglądam, jakby mi ktoś doczepił do brzucha dużą kulę do kręgli, po schodach chodzę bez problemu nawet w 9 miesiącu. Przeskakując po dwa schodki, w te lepsze dni oczywiście.

W każdym razie namolny student jeszcze na sam koniec zrobił mi siarę przed swoim rokiem i oznajmił wszystkim siedzącym pod salą (lazł za mną), w którym tygodniu ciąży jestem. Żałuję, że nie powiedziałam mu, że jesteśmy na kampusie, a nie w ZOO typu safari i że nawet żyrafa obraziłaby się o tyle głupich komentarzy.

6. "Jesteś w ciąży, więc możesz [wpie#dalać tyle słodkiego ile dusza zapragnie]"
Nie, nie mogę. Bo to wszystko trafia do dziecka. Z drugiej strony tak samo nie podobał mi się odruch znajomego, kiedy nie chciał mi podać soli. Z ciążą jest tak (prosta kalkulacja): je się najzdrowiej, jak na to pozwala budżet, czas i chęci. Jeśli przyciska głód, albo mdłości nie pozwalają myśleć, lepiej zjeść frytki, niż zemdleć. Jeśli ma się ochotę zjeść pizzę, to nie urodzi się od tego upośledzonego dziecka. Nawet jak się zje 10 pizz w ciągu całej ciąży. Ale jeśli ciężarna odmawia ci ciastka, to jej kurde nie wciskaj, że może, bo chuda, bo za dwoje, bo inne g#wno. Pozwól ciężarnej decydować, bo jeśli wciskasz coś jej, wciskasz to też jej dziecku.

7. "Na pewno masz straszne gazy."
A coś czujesz? No właśnie. To zależy od tego co się je. Organizm jest bardziej czuły, ale naprawdę da się uniknąć zmieniania każdego pomieszczenia w komorę gazową. A nawet jeśli nie, to znowu - to kwestia, że tak powiem, osobnicza.

8. ULTIMATE BONUS: "Niedługo nie będziesz miała czasu/już nie będzie tak fajnie. Relaksuj się póki możesz. WYŚPIJ SIĘ."
Moja odpowiedź: chyba ty. Czas na to, co jest ważne, znajdzie się zawsze. Kwestia priorytetów. Więc już nie mów mi, jak to strasznie będzie. Może i nie będę zawsze wyspana, ale nie da się przez pół roku spać, żeby wyspać się na zapas. Jak chcesz to spróbuj. Mi się nie chce.

W kolejnym odcinku - co mnie zaskoczyło na plus w zachowaniu otoczenia. Żeby nie było, że jestem taką negatywnie nastawioną zołzą ;)