poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Badanie połówkowe - 21 tydzień - USG 3D zdjęcia i film

Gdzie to USG?

No hej. Wszedłeś, bo jesteś ciekawski i się zastanawiasz
a) jak wygląda to słodkie bobo
b) czy znajdziesz tutaj te zdjęcia
c) czy moje dziecko jest zdrowe

Odpowiedź na pytanie pierwsze znajdziesz w Google. Większość prawidłowo rozwijających się dzieci wygląda w połowie ciąży podobnie. Jak małe, choć filigranowe noworodki.

Odpowiedź na pytanie drugie brzmi: nie znajdziesz ich tutaj. Może ty chciałbyś je zobaczyć na moim blogu, ale tak się składa, że nie mam możliwości poznać zdania mojego dziecka na ten temat. Jest po prostu jeszcze za małe. Na pewno udostępnię mu wszystkie zdjęcia i nagrania w przyszłości i będzie mogło z nimi zrobić to, na co będzie miało ochotę.

Bądź co bądź - to jego wizerunek został utrwalony, a nie mój.

Jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś naprawdę ciekawego (i oryginalnego), to możesz przeczytać post Języki w naszej rodzinie. Znajdziesz w nim informacje na temat imienia, uzasadnienie jego wyboru oraz plany co do edukacji językowej mojej córki. Informacje na pewno mniej intymne, a moim zdaniem znacznie bardziej absorbujące i oryginalne, niż milionowy upload USG do sieci.

Odpowiedź na pytanie trzecie - spoko, dziecko zdrowe, żadnych nieprawidłowości. Miałam badanie w 21 tygodniu, teraz jestem w 24 i mamy się dobrze.

Życie płodowe - życie publiczne?

Oj, że niby się czepiam? A wiesz, jak działa internet? Nic w nim nie ginie. Na USG i USG 3D lekarz zobaczy wszystko to, czego potrzeba, żeby sprawdzić, czy dziecko jest zdrowe (w większości przypadków). Rodzice doszukują się natomiast pierwszych gestów, uśmiechów i świadomych ruchów maluszka. A jak ktoś chce się pośmiać - dostrzeże stalkera, reptilianina, mutanta, zombie i co tam jeszcze dusza zapragnie. Warto wiedzieć, że technologia USG 3D jest niedoskonała i chociaż pokazuje nienarodzone dzieci dokładniej, niż cokolwiek wcześniej, to często wyglądają one po prostu potwornie.

A nawet jeśli uda się złapać idealne ujęcie, czy nawet założyć wianek ze snapchata... Zachwyt sportretowanego dziecka w przyszłości pozostaje pod znakiem zapytania. Będzie oczarowane ogromem miłości i uwagi jaką otoczyli go rodzice (czy też mama) wraz z fanami, czy też złe i rozczarowane, że jego intymność została sprzedana za jakiś barter, poświęcona, żeby blog rodzica miał lepsze statystyki?

A co, jeśli dziecko zacznie mieć kłopoty?

Pokazywanie takich informacji publicznie od pierwszych dni dziecka ma jeszcze jedną zasadniczą wadę - co jeśli coś pójdzie nie tak? Jeśli dojdzie do poronienia, albo dziecko okaże się nieuleczalnie chore? Co jeśli będzie mieć genetyczną wadę, która sprawi mu cierpienie lub będzie mogła się nawet przyczynić się do śmierci dziecka przy porodzie?

Na szczęście dziecko w moim brzuchu rozwija się prawidłowo, ale przed nami jeszcze jakieś 16 tygodni, zanim przyjdzie na świat. Już nigdy nie będzie mieć tyle spokoju, co teraz. ;) Poza tym, moja córka nie jest moją własnością. Jest moją córką. Ja ją po prostu szanuję. Dlatego podglądać ją może tylko rodzina i bliscy znajomi.

Chciałabym przytoczyć fragment wypowiedzi mamy, która poczyniła refleksję na ten temat, wskutek tragicznej diagnozy, jaką usłyszała pod koniec pierwszego trymestru ciąży:

Do 13 tygodnia ciąży było tak jak w kolorowych gazetach, najpierw radość, potem żarty i planowanie. W takich chwilach aż chce się przekazywać tę radość dalej, wszystkim wokół. Można usiąść i pisać bloga, dodawać zdjęcia USG i odpowiadać słodko na słodkie komentarze. To trochę jak zakochanie się, tylko że z jednym motylkiem w brzuszku, tym, który zostanie już na zawsze, który porwie matczyne serce i już nigdy nie odda. Zastanawiam się, co by było teraz, gdybym wtedy zaczęła pisać bloga. Jak miałby teraz wyglądać? Jak najsmutniejsze miejsce w całym internecie?

Jej syn, Tomek, ma wadę serca, musi przejść operację tuż po urodzeniu. Jego leczenie można wesprzeć pod tym linkiem.

Masz prawo

Rodzicu - masz prawo robić z wizerunkiem Twojego dziecka, co chcesz.
Jeszcze masz takie prawo, ponieważ technika wyprzedziła ustawodawstwo.
Ale technikę powoli doganiają nauki humanistyczne i na uniwersytetach mówi się już o tym, że obnażamy zbyt wiele ze swojego życia. Uwierz - nasze dzieci będą miały już inne podejście do dzielenia się informacją. Może będą jej wysyłać w eter jeszcze więcej, a może będą ostrożniejsze. Oby to drugie - bo ilość osób, które umieją skorzystać z informacji w celach nienaukowych, a na przykład komercyjnych - rośnie. Ty dajesz przykład.

Jestem daleka od tego, żeby radzić blogerom wycofanie się z blogosfery czy całkowite utajanie ciąży.
Nie sądzę również, że zdjęcie dziecka od czasu do czasu na prywatnym profilu Facebookowym może wyrządzić komukolwiek krzywdę. Jeśli ktoś chce się dzielić zdjęciami USG - to mi nic do tego.
Przedstawiam tu tylko własną opinię i to, co ja uważam za słuszne.

A ty rób co uważasz, ale po prostu... uważaj.

niedziela, 26 marca 2017

Języki w naszej rodzinie

Co jakiś czas ktoś mnie pyta, ile znam języków, albo po jakiemu rozmawiam z mężem.
Postanowiłam odpowiedzieć na te pytania w dzisiejszym poście! Jak można wywnioskować z poprzednich postów, spodziewamy się dziecka, więc językowa infografika dotyczy całej naszej trójki.


Tata

Oleh zaczął się uczyć języka polskiego w wieku 24 lat, początkowo głównie oglądając w telewizji bajki. :D Mając 25 lat przyjechał do Polski na studia. Niedługo później zaczął też pracę. Zdobył w Polsce tytuł inżyniera i pracuje w swojej branży (teleinformatyka). Codziennie w pracy używa trzech języków obcych - polskiego, angielskiego i francuskiego (tego trzeciego głównie biernie - teoretycznie nigdy się go nie uczył, ale ma z nim dużo styczności). Angielski poznał w szkole, teraz uczy się niemieckiego. Rosyjski natomiast zna, ponieważ jest to nieoficjalny drugi język na Ukrainie. Część mediów jest rosyjskojęzyczna, wielu Ukraińców nie zna nawet dobrze ukraińskiego i posługuje się prawie wyłącznie rosyjskim. Oleh jest z zachodniej części kraju - tam mówi się po ukraińsku, często z polskimi naleciałościami. Na wschodzie kraju natomiast dominuje rosyjski.

Oleh jest zdyscyplinowany i nie próbuje się uczyć kilku nowych języków na raz, dlatego jego lista jest krótsza niż moja...

Mama

Ja zaczęłam uczyć się francuskiego będąc niemowlęciem. Mama oswajała mnie z tym językiem, jednocześnie pisząc pracę magisterską na temat osłuchiwania się małych dzieci z językiem obcym. Faktyczną naukę zaczęłam jednak dopiero w wieku 11 lat, wcześniej było kilka prób, ale zapominałam i odmawiałam współpracy. Wczesny kontakt z językiem i tak mi się przydał - nie było u mnie problemów z powtarzaniem słów, miałam też zawsze bardzo poprawny akcent. W piątej klasie miałam jednak okazję przez pół roku uczyć się francuskiego (oraz angielskiego, którego zaczęłam uczyć się rok wcześniej) w szkole międzynarodowej w Strasburgu. Zrobiłam wtedy ogromne postępy w tych dwóch językach obcych. Mogłam już wtedy spokojnie powiedzieć o sobie, że jestem trójjęzyczna, chociaż bałam się trochę rozmawiać po angielsku. Później, w wieku 14 lat na kolejnym półrocznym wyjeździe do Francji znów udoskonaliłam swój francuski (angielski też, choć nie tak w dużym stopniu). Naukę francuskiego kontynuowałam w klasie dwujęzycznej w liceum. Rok po ukończeniu szkoły średniej poszłam do pracy (przerywając wcześniej studia - filologię szwedzką z angielskim na UAM) i dalej rozwijałam znajomość angielskiego i francuskiego. Szwedzki niestety porzuciłam, chociaż mówiłam już prawie komunikatywnie. Kiedy w 2014 roku poznałam Oleha, miałam 22 lata i zaczęłam naukę ukraińskiego, bardziej z ciekawości, dla zabawy (no i żeby mu trochę zaimponować;) ) niż z konieczności - już wtedy bardzo dobrze mówił po polsku. Niemieckiego uczę się sama za pomocą narzędzi online, uczestniczyłam też w dwumiesięcznym intensywnym kursie na poziomie A2 (uważam jednak, że na A2 mam ciągle trochę za mało umiejętności). Hiszpańskiego (którego nie ma na wykresie, bo trudno mi określić swój poziom i używam go głownie biernie) uczyłam się na rocznym kursie w szkole językowej, kiedy miałam 16 lat, ale większość zapomniałam. Teraz odświeżam wiedzę na Duolingo. Rosyjski znam w bardzo niskim stopniu. Może trochę lepiej niż przeciętny Polak w moim wieku, ale tylko dlatego, że rozumiem ukraiński i znam cyrylicę (rosyjski wariant różni się od ukraińskiego tylko kilkoma literami - umiem oba). Zamierzam kiedyś opanować rosyjski w stopniu umożliwiającym komunikację. Obecnie staram się nauczyć jeszcze jednego języka, którego nie uwzględniłam w zestawieniu na infografice - norweskiego.

Czy naprawdę zawsze rozmawiamy po polsku?

Tak. Chociaż czasem próbujemy rozmawiać po ukraińsku (ale dawno się to nie zdarzyło). Pewnie takich sytuacji będzie więcej, gdy pojawi się na świecie nasza córka. Jeśli brakuje nam słów, tłumaczymy co chcemy powiedzieć posiłkując się wszystkim tym, co mamy w głowie (wychodzą z tego czasem niezłe językowe debaty). Jeśli jest z nami ktoś, kto nie zna polskiego, dostosowujemy do niego język, więc zdarzało nam się wspólnie z kimś rozmawiać także po angielsku. Czasem oglądamy w tym języku filmy lub seriale. Kiedy ja rozmawiam po francusku, Olehowi często udaje się zgadnąć, co mówię. Ja natomiast podpytuję go okazyjnie o rosyjskie słowa. Zdarza nam się oglądać bajki po rosyjsku. Wbrew temu, co myśli większość osób, on nie nauczył mnie ukraińskiego. Posiłkowałam się głównie internetowymi kursami, tylko czasem podpytując go o niektóre wyrażenia.

Dziecko

Lilia będzie wychowywana metodą OPOL - one person, one language. Oleh będzie mówił do niej w swoim ojczystym języku, a ja w swoim. Będzie to wymagało od niego trochę wysiłku, bo obecnie w domu ukraińskiego nie używamy prawie wcale, poza kilkoma słowami, które weszły w użycie na równi z takimi wymyślonymi przez nas samych ;) Między sobą dalej zamierzamy rozmawiać po polsku. Prawdopodobnie pierwszym językiem obcym, jaki wdrożymy Lilii będzie francuski - z angielskim i tak zetknie się dość szybko, pewnie już w przedszkolu, albo nawet w otoczeniu. Czy mała będzie poliglotką? To zależy w dużej mierze od jej chęci, ale mamy nadzieję, że pójdzie w nasze ślady. W końcu umiejętność posługiwania się językami obcymi oznacza nie tylko narzędzie przydatne w wielu sytuacjach, ale i bardziej lotny umysł.

Według badań naukowych dzieci po urodzeniu żywiej reagują na języki, które słyszały już w łonie matki, niestety Lilia nie ma zbyt wiele szans, żeby słyszeć ukraiński. Na razie pływa jeszcze w moim brzuchu, więc dajmy jej święty spokój. Niech wyłapuje dźwięki z otoczenia i cieszy się pobytem w SPA jeszcze przez cztery miesiące. ;)

sobota, 25 marca 2017

Jak za darmo uczyć się na prestiżowych kursach online "Coursera"?




Coursera to tylko jeden z kilku portali umożliwiających uczestnictwo w kursach uniwersyteckich MOOC (massive open online course), czyli masowych otwartych kursach online. Są one organizowane przez wiele uniwersytetów na świecie, w tym przez prestiżowe uczelnie pozostające poza zasięgiem wielu śmiertelników.

Niestety, darmowa wersja kursu na Coursera jest czasem niepełna, często jest możliwe jedynie bierne uczestnictwo w kursie - bez wykonywania quizów i zadań ocenianych przez kolegów z kursu, a to niestety niewiele (moim zdaniem) daje. Nie uzyskuje się także certyfikatu, który można później pokazać np. na LinkedIn. Prestiż tego certyfikatu jest dyskusyjny (w końcu kurs online to nie to, co kurs na miejscu, niestety dochodzi do większej ilości nadużyć), ale na pewno będzie w CV atutem.

Na szczęście jest opcja aplikowania o pomoc finansową (po wcześniejszej weryfikacji, do której potrzebny jest dokument, nie będę tego szczegółowo opisywać - interfejs użytkownika przeprowadzi nawet słabo zorientowane w temacie osoby przez cały proces ;) )

Ukończyłam już kilka kursów dzięki finansowej pomocy, mimo że pracowałam w czasie, gdy brałam w nich udział. Podałam nawet orientacyjną kwotę swoich rocznych zarobków - wysokich na polskie standardy, ale przerażająco niskich jak na amerykańskie. Jednym z moich argumentów, że pomoc finansowa jest mi potrzebna, był fakt, że te kursy nie są po prostu na polską kieszeń. I o dziwo - to, plus moja motywacja w kierunku ukończenia kursów, zupełnie wystarczyło.

W tym miesiącu uzyskałam dofinansowanie na kurs typografii - mam go za darmo. Zależy mi na nim ze względu na zajęcia z podstaw zagadnień typograficznych, które mam w tym semestrze. Bardzo mnie interesuje to zagadnienie, ale potrzebuję dodatkowej motywacji, żeby je zgłębiać. Kupiłam sobie książkę, ale ona nie wystarcza. Poza tym, jest to drugi w kolejności kurs z zakresu designu, a pierwszy - wprowadzenie do designu, mam już ukończony.


Ale do rzeczy, czyli - jak złożyć wniosek o dofinansowanie? Prześledź ze mną cały proces, od wyszukania interesującego kursu, aż po wypełnienie wniosku!

Tak wygląda interfejs użytkownika po zalogowaniu:


Skoro już przy tym jesteśmy - jedno z interesujących mnie zagadnień to właśnie UX design. Będę próbowała aplikować na staż z nim związany, ale ze względu na zbliżający się termin porodu mogę nie mieć możliwości go podjąć. Kursy online cechuje większy demokratyzm niż studia czy stacjonarną pracę, można być uziemionym, ale nadal aktywnie w nich uczestniczyć. Dlatego je uwielbiam!


Jeśli ma się ochotę na dłuższą naukę, można wybrać specjalizację (jeden kurs trwa około miesiąca, specjalizacja może potrwać od kilku miesięcy do ponad pół roku). Nie ma konieczności ukończenia wszystkich kursów z danej specjalizacji, za każdy otrzymuje się osobny certyfikat. Po przejrzeniu 2 specjalizacji "User Interface Design" oraz "Interaction Design", stwierdzam, że wolę "Interaction Design", który skupia się na UX (User Interface Design to co innego, choć za to może też się kiedyś wezmę). Ale najbardziej spodobał mi się kurs "Introduction to User Experience Design", trwa pięć tygodni i pozwoli mi się zorientować w temacie oraz zdecydować, czy chcę się w niego zaangażować bardziej, czy spróbować czegoś innego. Na przykład UI.



W tym kursie jest opcja darmowego okresu próbnego - 7 dni, wybieram jednak inny kurs...


Najpierw sprawdzimy, co się stanie, jeśli kliknę na "Enroll now"


Kurs kosztuje 49 dolarów, czyli prawie 200 złotych. Ale akurat w tym przypadku istnieje możliwość dołączenia do pełnej wersji kursu za darmo. Jedyne ograniczenie związane z brakiem opłaty to brak certyfikatu na koniec. Ale... ja chciałabym ten certyfikat! Zapisuję się więc na darmowy kurs, ale spróbuję też uzyskać dofinansowanie.


Wybieram więc opcję poniżej "Enroll now" ("Learn more and apply") i oto informacja, która mi się wyświetla.


Przechodzę do wypełniania wniosku.




Należy wpisać też roczny dochód w dolarach. Nie ma go na screenshotach, no bo nie będę się chwalić, co nie? ;) Nie jest zaznaczone czy powinien to być dochód netto czy brutto. Ja wpisuję netto.

Następnie oczywiście należy kliknąć na "submit application" i czekać.


W momencie zakwalifikowania na płatną wersję kursu dostaje się maila. Kiedyś (około roku temu jeszcze na pewno) dostawało się go niemal od razu. Teraz dostaje się tylko potwierdzenie złożenia wniosku, a aplikacje są sprawdzane wnikliwiej. Warto jednak próbować. Jeszcze nigdy nie odrzucono mojego wniosku. Zachęcam do próbowania!

Dodam, że niektóre kursy mogą być dostępne w języku innym niż angielski. Częściowo - filmiki są tłumaczone przez wolontariuszy lub całkowicie - wystarczy poszukać kursu w języku, który nas interesuje (w sensie - nie silić się na wyszukiwanie po angielsku).

Onieśmielonym swoim poziomem języka podpowiadam - wyluzujcie. Wiele osób biorących te kursy ma biedne B1, czasem ktoś nie do końca rozumie polecenie (co widać, kiedy sprawdza się zadania innym - należy nie tylko odrabiać zadania domowe, ale oceniać pracę innych), ale to nie przeszkadza mu w ukończeniu kursu! Zadania można powtarzać i poprawiać. Do odważnych świat należy, dlatego do dzieła!