wtorek, 15 maja 2018

Zmęczone ręce matki


Po długiej nieobecności chcę się ponownie przywitać. Opowiem Wam dzisiaj o tym, jak ciąża i macierzyństwo wpłynęły na moje ciało, codzienne funkcjonowanie... i pisanie. Będzie trochę medycznie i nieco gorzko, ale to ważny dla mnie temat, a na blogu zawsze jestem szczera.

Do końca ósmego miesiąca ciąży wszystko przebiegało tak wzorowo, że praktycznie nie było się na co skarżyć. Niejedna ciężarna mogłaby wręcz mi zazdrościć książkowego przyboru na wadze, który nie przekroczył 16 kilogramów przez całą ciążę, szczupłej sylwetki i braku uporczywych rewelacji żołądkowych. Oprócz wątpliwych uroków pierwszego trymestru - jadłowstrętu i mdłości, które ustępowały przez 3-4 tygodnie, żeby w końcu zaniknąć całkiem, czasowego braku energii oraz zadyszki, nie miałam żadnych większych problemów. Ominęła mnie rwa kulszowa, wymioty, bóle różnej maści. Miałam piękną cerę, włosy mniej mi się przetłuszczały.

A potem nastał 9 miesiąc i wszystko spadło na mnie na raz. Po ponad pół roku wróciły, rozbudzone niewidocznymi obrzękami, objawy zespołu cieśni nadgarstka, na który zachorowałam na krótko przed zajściem w ciążę. Powróciły ze zdwojoną siłą - straciłam większość czucia w prawej dłoni. Dowiedziałam się też (nieco wcześniej, ale w 9 miesiącu było to już niemal pewne), że dziecko nie ma zamiaru się odwrócić i czeka mnie cesarskie cięcie - czyli to, czego bardzo nie chciałam. Był lipiec 2017 roku i mimo wielkiego szczęścia, które mnie ogarniało i jeszcze większego, które miało nadejść, często czułam się okropnie. Ociężała, czekając już tylko na termin porodu, nie miałam siły zbyt wiele chodzić. Słaby internet nie pozwalał mi zrelaksować się przy filmach. Zresztą chciałam spędzać czas chociaż trochę aktywnie. A pisanie na komputerze, ręcznie, a także rysowanie nie było już możliwe. O bardziej zaawansowanych robótkach ręcznych typu dzierganie, decoupage i tym podobne nie wspomnę. Zaczęło się dzwonienie i bieganie po lekarzach, szukanie kogoś, kto mnie przyjmie na teraz. Na drugą fizjoterapię laserem nie dojechałam, bo zaczęłam rodzić. Tym samym musiałam odwołać wizytę u fizjoterapeuty, którą miałam kolejnego dnia. Na szczęście zapisałam się do niego później i ćwiczenia i zalecenia, które otrzymałam bardzo mi pomogły.



Ale wracając do czasu tuż po porodzie - miałam na raz:

  • Silne objawy objawy zespołu cieśni nadgarstka, bardzo szybko do prawej ręki dołączyła lewa i miałam w nich całe spektrum nieprzyjemnych odczuć przez jakieś kolejne dwa miesiące bez przerwy - ani przez chwilę nie miałam normalnego czucia w rękach, badanie EMG (na które musiałam czekać miesiąc i jechać kilkaset kilometrów z noworodkiem - bez męża by się nie udało) wykazało uszkodzenie nerwów. Czułam mrowienie i kłucie, ból i drętwienia. Było mi trudno pisać na telefonie, komputerze, a odręcznie jeszcze gorzej. Trzymanie, karmienie, przewijanie dziecka przychodziło mi z trudem, w kołysaniu musiał mnie ktoś zastępować (stało się to domeną taty Lilii), bo nawet trzymanie przedmiotów było nieoczywiste. Proste czynności stały się pewnym wyzwaniem. O jeździe samochodem mogłam właściwie zapomnieć.
  • Przeciążenie jednej ze stóp, które trwało jakieś dwa tygodnie i objawiało się tym, że mogłam chodzić z trudem lub wcale. Ból był potworny. Jechałam na pogotowie, miałam RTG, a później jeszcze USG (które sama zasugerowałam - i słusznie). Lekarz (na wizycie prywatnej, a jakże) orzekł, że samo przejdzie i samo przeszło. Ale zanim tak się stało, czułam się jak niepełnosprawna. Przez krótki okres czasu miałam tak jakby niesprawne dłonie i nogi na raz, a do tego...
  • Bliznę po cesarce, która na początku była właściwie świeżo zasklepioną, zszytą raną. To właśnie przez nią odpadało skakanie na jednej nodze. Rwała przy wstawaniu z łóżka, nie pozwalała mi spać w dogodnej pozycji, ani karmić na leżąco (drętwienie rąk też nie pomagało). Jednak możliwości regeneracyjne mojego organizmu zaskoczyły mnie pozytywnie i już po dwóch tygodniach odczuwałam dużo mniejszy ból niż na początku. Leki przeciwbólowe przestałam brać na jakieś 6 godzin po operacji. Cesarka, której się tak strasznie bałam okazała się najmniejszym wyzwaniem. Jeszcze przez kilka miesięcy podbrzusze pobolewało, jeśli na przykład zbyt długo nosiłam córkę w chuście, albo wykonałam jakiś nietypowy ruch.
  • Kaszel, który został po infekcji przebytej krótko przed porodem. Ciekawy fakt - jeśli nie będziesz odkasływać czegoś, co zbiera ci się w nosie i gardle przez cały dzień, w którymś momencie twój organizm wyda z siebie kaszlnięcie mimo twojej woli. To okropnie nieprzyjemne doznanie, kiedy ma się na podbrzuszu świeżo zasklepioną, kilkunastocentymetrową ranę.
W tej chwili dolega mi z powyższych dolegliwości "tylko" zespół cieśni nadgarstka. Nie odpuszcza. Jest ze mną każdego dnia i nie daje o sobie zapomnieć. Woła, kiedy zapinam nosidło, dociągam chustę, podnoszę córeczkę, piszę tego posta, notuję na zajęciach, klikam myszką, jadę samochodem. Jest w milionie czynności, które robi się bez zastanowienia. Ja już się czasem nie zastanawiam nad tym czy coś mnie kłuje, boli, drętwieje. Nie mówię o tym za każdym razem, bo życie byłoby pasmem wiecznego narzekania.

Pewnego dnia zaczęło mi coś przeskakiwać w lewym nadgarstku. Z początku nie zwróciłam na to uwagi. Było to jakieś dwa miesiące temu. Potem stwierdziłam, że coś jest nie w porządku. Dwóch ortopedów właściwie zignorowało to, co opowiadałam. Jeden z nich wypisał mi skierowanie na USG na moją prośbę. I oto jest, kolejna karta do kolekcji - zespół de Quervaina, zwany inaczej "bolesnym kciukiem matki", konsekwencja sumujących się urazów i przeciążeń ścięgien z powodu wielokrotnego wykonywania czynności, w których wykonuje się mocny chwyt i odwiedzeniem ręki (czyli na przykład podnoszenie za paszki raczkującego maluszka z podłogi - takiego na przykład 8-9 kilogramowego). Objawy sumują mi się z tym, co czuję w związku z cieśnią.

Zespół cieśni nadgarstka z kolei jest spowodowany trzymaniem ręki przez długi czas w tej samej, nieergonomicznej pozycji. Dotyka osoby pracujące przy komputerze, maszynie do szycia, a także, jak się niedawno dowiedziałam - kosmetyczki.

Nie piszę tego, żeby się uskarżać na swój los, tylko żeby się podzielić. Może ktoś na to natrafi, ma podobne objawy i mój post coś pomoże. Mam nadzieję, że nikt nie odbierze tego jako "żalposta". Liczę, oprócz potencjalnej możliwości pomocy komuś o podobnych dolegliwościach, na wymianę doświadczeń i kontaktów oraz na to, że poszerzę świadomość społeczeństwa.

Czas więc na sposoby radzenia sobie z moimi dolegliwościami, bo w końcu to jest najważniejsze. Za zespół de Quervaina jeszcze się nie zabrałam, ale wiem, że podobnie jak na zespół cieśni nadgarstka pomaga kinesiotaping (plastrowanie dynamiczne). Poza tym na cieśń pomagają ćwiczenia dobrane indywidualnie przez fizjoterapeutę (konsultacja u ortopedy lub/i fizjoterapeuty jest konieczna, aby się upewnić, czy faktycznie problem jest w nadgarstku, bo może też występować uścisk w łokciu, albo wyżej). Zależnie od sytuacji można nadgarstek wygrzewać lub chłodzić (krótkie chłodzenie jest dobre po wysiłku i w sytuacji, gdy występuje obrzęk). Zaleca się także unikanie dźwigania, a ponieważ mam małe dziecko chusta i nosidło są nieodzowne. Szkoda, że musiałam sama na to wpaść - powinni to doradzać lekarze i inni specjaliści. Przy komputerze staram się siedzieć wyłącznie przy biurku i mieć podparcie dla rąk - taka zalecana pozycja ergonomiczna jak ze szkolenia BHP. Pewien efekt przynosiła też laseroterapia - chociaż może to było placebo, nie mam pojęcia - oraz masaże. Coś co chciałabym wypróbować w najbliższym czasie to tajemniczo brzmiąca manipulacja powięzi - polega to na uciskaniu odpowiednich punktów w celu rozluźnienia mięśni.

W takich chwilach zastanawiam się, czy nie powinnam być lekarzem. Ale może nie powinnam, bo "szewc bez butów chodzi", a ja naprawdę chcę te choroby wyciszyć. Cieśni niestety wyleczyć się nie da, zespół de Quervaina można skutecznie leczyć. Jedno i drugie do leczenia zarówno fizjoterapią, jak i operacyjnie. Na operację się na razie nie decyduję żadną, bo co lekarz to opinia, a nawet mój fizjoterapeuta sobie jedną rękę zoperował, drugą nie i powiada, że objawy można wyciszyć, jeśli się stara. Z kolei manipulacja powięzi również może przynieść zaskakujące efekty i wiem to od lekarza ortopedy, który kształcił się jeszcze w kierunku fizjoterapii.

Jeśli kogoś interesują kontakty do dobrych ortopedów i fizjoterapeutów w Bydgoszczy i Toruniu to można do mnie pisać, prześlę rekomendację. Natomiast nie będę ich cytować ani polecać tutaj, żeby nikt nie pomyślał, że prosili o reklamę, a także z tego względu, że nie chcę przekręcić niechcący czegoś co mówili. Na pewno jest tu coś co napisałam nie dość dokładnie, no i w takim wypadku będzie na mnie, a nie na nich.

Plusem i minusem moich chorób jest to, że ich nie widać. W sumie nie potrzebuję litości, ale z drugiej strony póki nie powiem, co mi jest, to nikt tego nie zauważy, bo wizualnie wszystko jest w porządku.

A tak na koniec... Moja babcia mówiła często, żeby Bóg zabrał ode mnie wszystkie dolegliwości i przelał na nią. Gdybym miała wybierać, oczywiście, wolę, żebym to ja miała problemy, a nie moje dziecko. Na szczęście Lili jest zdrowa, a i ja z czasem będę się mieć coraz lepiej. Chociaż czasem te dolegliwości rzucają się cieniem na moje szczęście i zastanawiam się, czy dam radę dalej pracować przy komputerze (a właśnie się kształcę w tym kierunku - haha *smutny śmiech*) to nigdy, przenigdy nie zamieniłabym tego, co mam teraz na nic innego. Kocham moją córeczkę i moje obecne życie, chociaż czasami jest ciężko. Na szczęście silne ręce Olka służą pomocą zawsze, gdy jest obok. Czyli prawie cały czas.

Tuż po porodzie byłam przerażona tym, co się ze mną działo, szukałam pomocy i starałam się unikać pisania. To było bardzo trudne przeżycie, bo uwielbiam pisać. Teraz mam lepsze i gorsze dni. Więc postaram się przynajmniej raz na tydzień coś napisać, szczególnie że mimo mojej niewielkiej aktywności na blogu, na fanpage'u stuknęło już 300 polubień. Jestem bardzo wdzięczna i postaram się nie zawieść moich obserwujących.

A teraz pytanie do mam - czy z Wami też zostały po ciąży jakieś dolegliwości, czy wszystko minęło jak ręką odjął? Czego jako przyszłe mamy boicie się najbardziej?

Przepiękne zdjęcia wykonała dla nas Patrycja Klóska - Labilny

piątek, 15 grudnia 2017

Dlaczego chodzę wszędzie jak krowa po łące i bezczelnie wywalam cyc



Ostatnio zrobiło się głośno o jakiejś strasznej babie, która chciała karmić dziecko w restauracji i nie chciała wyjść do kibla. A fuj. Pozwała restaurację i w dodatku wygrała proces. Przedstawiam moje stanowisko w tej sprawie.

Zdjęcie z Parku Vigelanda w Oslo. Tam to dopiero zacofanie. Gołym babom się pomniki stawia.

Dlaczego cały cyc musi być na wierzchu?

Cyc, zaraz, jaki cyc? Nie znoszę tego słowa. Więc jako dziewczynka i bezdzietna kobieta miałam biust, piersi, cycki, a teraz mam cyce, a może i wymiona, tylko dlatego, że jest na nich kilka rozstępów i leci z nich mleko? Hm... Ale zostawmy nazewnictwo. Czasem ktoś mówi "cyc" i nie ma w tym złośliwości. Innym razem mówi "cyc", a myśli "krowa".

W każdym razie, nie wiem, jak tam inne, ja karmię piersią.

Na początku, zanim zaczęłam karmić, myślałam, że wystarczy, jak dziecko złapie sutek. Potem okazało się, że musi z otoczką, inaczej to uszkadza sutek i cholernie boli, nie pozwala również na prawidłowe ssanie, a co za tym idzie, pokarm może nie wypływać lub wypływać go za mało.

Zakrwawione, pogryzione sutki, dwie sączące się rany - rzeczywistość prawie każdej matki karmiącej tuż po porodzie. I lanolina, lanolina, jeszcze więcej lanoliny.

No dobrze, więc wyciągam tylko kawałek - sutek z otoczką i za chwilę znowu wszystko zakryte, bo dziecko ma taki odruch, że stymuluje pierś do wypływu mleka, więc naciska w różnych punktach (wygląda to jak przypadkowe okładanie piersi, albo swojej główki - ups ;) , trochę miąchanie, trochę bicie). Jeszcze czasem rozewrze piąstkę, chwyta materiał, szarpie, przesuwa. Więc odsłaniam już pół piersi.

Niech sobie te atencyjne madki kupią bluzki do karmienia i karmią dyskretniej.

Bluzki do karmienia są drogie. Naprawdę. Zazwyczaj 50zł w górę, nawet te z H&M, które właśnie mają technologię polegającą na "wywalaniu cyca". Dyskretne karmienie = zakup ciuchów, które posłużą może kilka miesięcy, może pół, może rok-dwa. Nikt nie chce chodzić w byle jakich szmatach, więc żeby mieć bluzki na każdy dzień trzeba liczyć kilkaset złotych przy praniu raz na tydzień. Oczywiście, można biegać po lumpeksach, ale z małym dzieckiem to na początku meganierealne. Żadna z nas nie wie, ile będzie jej dane karmić. Bo czasem traci się mleko tak ot. Bo ktoś umiera. Bo sytuacja losowa. Bo nie wiadomo dlaczego. I kwestia pieluszki tetrowej jeszcze. Można ją położyć na dekolt, no tak. Ale dziecko może ją ściągnąć. Przymocować ją jakoś? Można próbować. Jedną ręką trzymając dziecko, jeśli wyszło się samej, które jest głodne i złe i może się wić jak węgorz. Przez pierwsze 3 miesiące zawsze zakładałam pieluszkę tetrową pod pierś (a więc i musiałam wyciągnąć jej więcej), bo inaczej mleko zalewało moją bluzkę i ubranko dziecka. Więc musiałabym kłaść pieluszkę pod pierś i na pierś i jeszcze to co chwilę poprawiać.


Jak w ogóle można karmić dziecko przy stole w restauracji?

I tak wtedy nie chodziłam do restauracji. Tylko do lekarza sama albo z małą. Siadałam gdzieś na uboczu i karmiłam, mimo mdlejących, obolałych rąk (mam cieśń nadgarstka, która nasiliła się w ciąży). Nigdy nie przeszkadzały i tym bardziej po tych doświadczeniach, nie będą mi przeszkadzać mi karmiące mamy, to jak karmią, to ich sprawa, to naprawdę nie jest łatwe, to nie jest jak podłączenie węża ogrodowego do kraniku (naiwna, sądziłam, że to takie banalne), pierś jest żywa, dziecko jest żywe, dużo się dzieje, dziecko nie zawsze chwyci od razu, czasem popłakuje w trakcie. Przysięgam, sto razy bardziej wolałabym wychodzić z domu zawsze umalowana, ubrana tak jak chcę, ogarnięta i chic, karmić sobie jakoś stylowo i spokojnie, ale sytuacje są bardzo różne, szczególnie jeśli jest się samemu. Na początku się wstydziłam, uciekłam 500 metrów z wrzeszczącym z głodu dzieckiem z Biedronki do samochodu na parking. A potem do domu. Teraz nakarmiłabym w sklepie lub pod sklepem. Nikt by nie doznał krzywdy, a ja mogłabym wrócić i wybrać, co bym chciała do jedzenia. Pamiętam jak po tym incydencie kilka tygodni nie jeździłam do sklepu, bo mieszkaliśmy na wsi. To była jedna z moich nielicznych rozrywek, ale postanowiliśmy, że dla dobra mojego i małej nie będziemy... Gdybym więcej pytała, rozmawiała z innymi mamami, może szybciej bym się odważyła po prostu ŻYĆ.

Niemowlaki-gówniaki nie powinny bywać niektórych miejscach, bo wyją.

Zdradzę sekret. Amerykańscy naukowcy odkryli, że w 90% przypadków niemowlę przystawione do piersi przestaje płakać. Instant. A jak to nie działa, normalni rodzice faktycznie wychodzą lub idą w jakieś ustronniejsze miejsce. Smoczek? Nie wszystkie dzieci w ogóle wezmą smoczek do buzi. Dlaczego? Weźcie sobie taki smoczek i possijcie. Mmm, ssanie gumy. Super, ekstra. Pycha. Mniam. Ostatnio ubierałam córkę do wyjścia w galerii handlowej i zaczęła płakać. Ludzie się gapili. Ktoś doradził smoczek, ktoś zapytał, czy nie pomóc. Za pomoc podziękowałam, poinformowałam troskliwą panią, że dziecko odrzuca smoczek. Szybko dokończyłam ubieranie, pożegnałam się, zawiązałam chustę - koniec płaczu, koniec spojrzeń i komentarzy. Powiedziałam "do widzenia" i wyszłam.

A teraz pytanie - jak kobiety, nie tylko samotne matki, mają nie wychodzić z domu same z dziećmi, skoro ktoś musi pracować, a one zostają same? Mąż ma robić wszystkie zakupy po pracy? Załatwiać za nie sprawy w urzędzie? Chodzić z nimi do lekarza?

Nie.
Da.
Się.

Albo się da. Zostać w domu, poczuć się bezradną, bujać dziecko w wózku na balkonie.
Gotować, śpiewać, robić kupę, jeść.
Przejąć rytm dziecka, nie robić nic dla siebie.
I wpaść w depresję.

Dziecko w domu też się nudzi, bywa bardziej płaczliwe - przynajmniej moje. Ponoć dziecko, które może towarzyszyć dorosłym w ich życiu dobrze się rozwija i uspołecznia. Brzmi logicznie, prawda?

A sama iść nie może?

A nie może. Zazwyczaj, nawet jeśli uda się odciągnąć mleko na zapas, kilkumiesięczne niemowlę i tak będzie się zastanawiać, gdzie u licha podziała się mama. I zamanifestuje to odpowiednio, zanosząc się głośnym płaczem. Jeśli chcę gdzieś iść i nie nadwyrężać psychiki męża, mam jakieś dwie godziny. Zazwyczaj jestem wtedy na uczelni.

Bo pierś to nie tylko mleko, czas przy piersi to też przytulanie, ciepło, bezpieczeństwo. Namiastka tego, co miało w brzuszku mamy. Poza tym malutkie dzieci nie rozumieją, że pierś nie jest ich częścią. To tak, jakby ktoś kazał ci nie używać przez kilka godzin ręki, albo ust i nie wytłumaczył, czemu.

Nie bój się

Karmię wszędzie. Nie bo chcę, bo muszę. Bo niemowlę nie rozumie "poczekaj". Nie chcesz oglądać cudzej piersi? No ja też nie przepadam. Nie patrzę po prostu. Młoda mama i tak napotyka wiele ograniczeń i musi się zmierzyć z tym, że jeśli chce wyjść, to musi wszystko zrobić przy dziecku i jeszcze przy sobie. Dla mnie każde wyjście to sukces i radość, poprzedzone często płaczem maluszka przy ubieraniu i moim stresem (czy niczego nie zapomniałam dla siebie, dla niego, czy nie mam podwiniętego ubrania?). Miałabym nie chodzić do restauracji? Do centrum handlowego? Uciekać do pokoju matki z dzieckiem, który nie zawsze jest dostępny? Nie czuję się w 100% komfortowo karmiących piersią gdzieś na korytarzu czy w sklepie, ale taka jest konieczność, więc się adaptuję. Jeśli jest opcja, szukam ustronnego miejsca, jeśli nie, to nie. Nikt do tej pory nie zwrócił mi uwagi.

Lista najciekawszych miejsc i okoliczności, gdzie karmiłam:
  • przedszkolny plac zabaw, w momencie gdy akurat zadzwonił dzwonek i mnóstwo dzieci szło do domu - jedno powiedziało mi nawet "dzień dobry"
  • środek lasu przy drodze, usiadłam na ściętym po lipcowych wichurach drzewie, karmiąc zapisywałam się na zajęcia ogólnouniwersyteckie na USOSie przez telefon (udało mi się)
  • podczas rzeczonych zajęć ogólnouniwersyteckich, na wykładzie - ale uwaga, córka nie chciała pić w świetle jarzeniówek i przy tylu osobach, więc mimo zgody wykładowcy, wyszłyśmy na korytarz
  • knajpka Kona Coast Cafe w Toruniu, przy stole, przy jednoczesnej próbie zjedzenia kanapki (wierzcie lub nie, byłam sama i inaczej się nie dało), nikt się nie gapił, ani nie komentował
  • elegancka restauracja Szeroka 9 w Toruniu, również przy stole, nikt nie powiedział ani słowa
  • usiadłam na niskim parapecie na korytarzu na uczelni, żeby nakarmić małą i wtedy z gabinetu naprzeciwko wyszła pani zajmująca się przyznawaniem stypendiów, zaprosiła mnie do środka, pokazała najbardziej komfortowy fotel w pustym pomieszczeniu obok swojego gabinetu i pytała jeszcze czy nie chcę przewinąć dziecka na biurku (!), podziękowałam i przewinęłam je w wózku. Dodatkowo opowiedziała mi wszystko o stypendiach. Między innymi dlatego dostałam stypendium naukowe, bo wiedziałam, że warto próbować, mimo że teoretycznie mogłam się nie załapać.
  • klatka schodowa w bloku mojej mamy, tuż przy wyjściu - był kryzys, a ja chciałam iść do centrum handlowego, a nie znów na górę, rozbierać, ubierać i znów na dół (litości!), wszedł listonosz, włożył listy do skrzynek, nic nie powiedział
  • u lekarza w gabinecie, żeby dziecko się uspokoiło, i to nie raz (lekarze są z tym zupełnie na luzie)
  • na korytarzu w studium języków obcych UMK, przed egzaminem zwalniającym z zajęć z języka obcego. Nakarmiłam piersią kilka razy, zdałam ten egzamin i teraz nie muszę "szczuć" moich kolegów i koleżanek podczas zajęć, bo na nie nie uczęszczam. Ha! Trolololo ;)
  • w holu biblioteki uniwersyteckiej - bo mam tam zajęcia i akurat tego dnia muszę być na zajęciach 3 godziny pod rząd, co daje 4h poza domem, czyli za dużo - jeździmy razem. Wychodzę, karmię, wracam do grzebania w InDesignie. Mąż czeka cały czas z młodą w pobliżu sali na wygodnych kanapach. Jeśli ktoś coś mówi, to wtedy, gdy chce pomóc (z wózkiem, przynosi zgubioną czapkę), albo się zachwyca, że mamy śliczne dziecko
  • na basenie w szatni i w holu - bo chodzę na basen w ramach wf-u (właśnie po wyżej wymienionych zajęciach) i dziecko chodzi ze mną, siedzi na widowni i czeka z tatą
  • u kumpeli lesbijki w domu, bo akurat byłam u niej w odwiedzinach, jadłam nachosy i gadałyśmy sobie. Nie miała z tym problemu. Jej dziewczyna też nie.
  • w przebieralni Tk Maxxie, nawet pieluchę tam zmieniałam. Uprzedziłam obsługę, zapytałam oczywiście, nie stawiałam przed faktem dokonanym. Nie było problemu.
Te wszystkie ordynarne dyskusje o świętych Matkach Polkach krowach z cyco-wymionami, wspinających się na pomniki i karmiących ostentacyjnie niczym Amazonki na rączych koniach... Te wszystkie dyskusje dzieją się głównie w internecie. Ja osobiście spotykam się tylko z życzliwością. I oby tak zostało. A niech ktoś spróbuje zwrócić mi uwagę, to...

a) opryskam go mlekiem i nakrzyczę na niego, jak bohaterka ostatnio popularnej miejskiej legendy
b) wytłumaczę merytorycznie, dlaczego robię to, co robię

Zgadnijcie, a czy b? :) I jeszcze jedno - spotkaliście kiedyś Matkę Polkę-krowę z cycami dyndającymi na wierzchu? Ja nie. Tylko raz, w szpitalu, odczułam pewien dyskomfort, kiedy koleżanka z sali poporodowej nieco zbyt dosłownie odebrała temat wietrzenia sutków i odpięła sobie napy z obu stron koszuli, pozwalając swojemu biustowi swobodnie... nieważne. Byłyśmy w szpitalu, tak? Nic jej nie powiedziałam, bo oddział ginekologiczno-położniczy to w skrócie: Gołe cipki, gołe tyłki, gołe cycki, gołe brzuchy, gołe noworodki. Krew, szwy, płacz, radość, strach. Życie. Ale o tym może innym razem.

A na koniec pozwolę sobie skorygować tytuł posta, za pomocą odpowiedzi na to retoryczne pytanie.

Chodzę wszędzie jak wolny człowiek, bo mam do tego prawo - bycie matką nie oznacza, że trzeba zostać w domu, a karmię piersią, ponieważ moje własne mleko jest najlepszym pokarmem dla mojego dziecka.

Zanim zwrócisz uwagę karmiącej mamie lub wulgarnie się do niej odezwiesz, pamiętaj, że zawstydzanie matki karmiącej dziecko w miejscu publicznym jest niezgodną z prawem formą nierównego traktowania.

Everybody knows that we live in a world
Where they give bad names to beautiful things
Everybody knows that we live in a world
Where we don't give beautiful things a second glance

Heaven only knows that we live in a world
Where what we call beautiful is just something on sale
People laughing behind their hands
While the fragile and the sensitive are given no chance



...bo pomijając czysto praktyczne aspekty, karmienie piersią może być jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie przydarzają się w życiu kobiety. Ale w to nie musisz wierzyć. Za to musisz mieć szacunek do karmiącej mamy.

Amen.

PS. Podczas pisania tego artykułu nie ucierpiało żadne dziecko. A już na pewno nie moje, bo było karmione chyba ze trzy razy. :D

piątek, 1 grudnia 2017

Co zrobić, żeby wszyscy cię lubili - prosta instrukcja



Pierwszy grudnia. Powoli zaczyna pachnieć świętami. Ostatnie kilka dni upłynęło mi pod znakiem refleksji nad relacjami z otoczeniem. Temat bardzo na czasie i ważny w okresie, który kojarzy się z dobrocią, ciepłem i pochyleniem się nad drugim człowiekiem.

Zawsze było mi przykro, kiedy ktoś bez wyraźnego powodu okazywał mi niechęć. Najgorsze jest to, że mimo że (zwykle) nic nie da się w takiej sytuacji zrobić - zawsze próbowałam i w większości przypadków polegałam. Na szczęście te doświadczenia czegoś mnie nauczyły i postanowiłam to przekuć w prosty instruktaż.

KROK 1: Czy są realne powody dla których ludzie Cię nie lubią?
Skoro zastanawiasz się, co zrobić, żeby wszyscy cię lubili, to znaczy, że ktoś cię nie lubi. Prawdopodobnie nie chodzi o jedną osobę. Czy zastanawiałeś się dlaczego tak jest? Spójrz na siebie z boku, oczami innych i zastanów się - może coś jest z tobą nie tak? Może przychodzisz spocony do pracy/na zajęcia i trudno koło Ciebie wysiedzieć? Może Twoje żarty nikogo nie śmieszą, bo są wredne? Poszukaj negatywnych zachowań u siebie. Widzisz coś? Czas na KROK 2. Jeśli nie, przejdź to KROKU 3.

KROK 2: Dążenie do zmiany.
Zastanów się w jaki sposób możesz popracować nad sobą. Nie chodzi o to, żeby się zmieniać pod publikę, czy przestać irytować innych - chodzi o to, żeby stać się lepszą osobą. Przykładowo: wyzbyć się złośliwości, chamstwa, popracować nad higieną osobistą...

KROK 3: Czy to są "twoi ludzie"?
Nie widzisz w swoim zachowaniu i postawie niczego krzywdzącego, a nadal istnieją ludzie, którzy gromią cię wzrokiem? No dobrze, a może po prostu... nie zgrywacie się pod względem charakterów? Może oni po prostu nie mają ochoty się z Tobą kumplować. A może odczuwają z jakiegoś powodu zazdrość lub nawet zawiść, choć nigdy nie było Twoją intencją, aby takie uczucia wywołać? Przyszło Ci do głowy, żeby zostawić ich w spokoju? Tak, tak po prostu. Tak, bez walki. Nie próbuj im się przypodobać na siłę. Jeśli nie robisz im nic złego, możesz z czystym sumieniem żyć obok nich i nie przejmować się, co sądzą na Twój temat.

KROK 4: Jak rozpoznać "twoich ludzi"?
Na pewno znasz ludzi, którzy Cię lubią, doceniają, kochają. Tak, zaskoczę Cię, liczą się też ciocie, wujkowie i Twoja babcia, która zawsze chce, żebyś zjadł co najmniej dwa obiady. Młodsza koleżanka, której oczy świeciły się na Twój widok, bo za coś cię podziwiała. Znajomy z pracy, z którym nigdy nie wychodzisz po godzinach, ale zawsze pijecie razem kawę. Ta jedna osoba, która zawsze lajkuje Twoje posty na Facebooku, a Ty bierzesz to za pewnik, więc nie zwracasz uwagi. Ktoś, kto często odzywa się pierwszy, zanim zdążysz o nim pomyśleć. Czy telefonujesz/piszesz do nich regularnie? Wysyłasz im kartki z wakacji? Pamiętasz o ich urodzinach? Zrób rachunek sumienia. Bądź blisko tych, którzy zawsze są dla Ciebie. Okazuj im sympatię, dawaj znać o tym, co u Ciebie słychać. Odnów stare przyjaźnie. PS. Mam nadzieję, że pamiętasz o swoich domownikach? Siedzienie przy komputerze i płakanie nad internetowym hejtem nie polepsza Waszych relacji. Wyłącz komputer, ciśnij komórkę w kąt i przytul się do kogoś.

KROK 5: "No dobrze, ale to dalej nie znaczy, że wszyscy mnie lubią."
Oczywiście, że nie. Może walnę durnym truizmem, ale na ziemi jest 7,2 miliardów ludzi. To oznacza, że wszyscy Cię nawet nie poznają. Po prostu zmień swoją definicję "wszyscy". Zacznij mieć na myśli nie wszystkie osoby, jakie kiedykolwiek spotkałeś na swojej drodze, ale wszystkie, które otaczają cię na codzień i są dla Ciebie ważne. A co jeśli są osoby, które należą do Twojej rodziny, zależy Ci na nich i macie trudne relacje?

KROK 6: Trudne i ważne relacje

Trudnym relacjom rodzinnym najlepiej robi:

  • dystans, rzadsze spotkania - ale nie ich brak!
  • wychodzenie z inicjatywą, kierowanie rozmowy na osobę, która ma tendencje do niezadowolenia, dokuczania, pytanie o jej sprawy i interesowanie się jej życiem (oczywiście w sposób życzliwy)
  • przyjmowanie krytyki ze spokojem (rozumiem, dziękuję za rady, zastanowię się nad tym) i nie braniem ich głęboko do siebie
  • zakazanie sobie obmawiania trudnych osób, dozwolone jest jedyne wyżalenie się komuś, wyrzucenie z siebie negatywnych emocji, ale bez określeń wartościujących (więc nie "ten wujek to debil", tylko "wujek często rani mnie swoim podejściem do dyskusji")
KROK 7: Zrób coś dobrego dla innych.

Wolontariat to coś, co ogrzewa serce. Nagle mniejsze znaczenie mają twoi skrzywieni koledzy z pracy, jeśli w soboty wyprowadzasz pieski w schronisku i one Cię uwielbiają. Nie jest Ci straszny kolega-troll, który zawsze głupio komentuje Twoje wpisy w internecie, kiedy dzieciaki z domu dziecka lub oddziału onkologicznego uśmiechają się za każdym razem, gdy Cię widzą. Szef, który próbuje Cię zrównać z ziemią może się gonić, bo jesteś dawcą krwi i zadeklarowałeś, że w razie swojej śmierci zgadzasz się na zostanie dawcą narządów. Jesteś dobrym człowiekiem, wiesz to.

Fajna perspektywa? Spróbuj i przekonasz się, jaki to świetny sposób na zbudowanie poczucia własnej wartości i w dodatku zrobienie czegoś dobrego dla świata.


Powyższe 7 kroków sprawdziłam na sobie. Działają. Czasem muszę sobie o nich przypominać, dlatego łatwiej będzie mi po tym, gdy już zostały spisane. A może macie swoje sposoby, albo uwagi do tego schematu. Dajcie znać w komentarzach!