niedziela, 27 grudnia 2015

"Postanowienia noworoczne" vs "Roczny plan"

W połowie grudnia zauważyłam, że kilku moich znajomych na Facebooku podzieliło się bardzo zabawnym (i niestety trafnym) obrazkiem:


Postanowienia noworoczne mogą być postrzegane jako "kobiece sprawy", ponieważ to kobiety mają większą skłonność do perfekcjonizmu, krytycznego spoglądania na siebie, swój wygląd, swoje działanie. (Uogólniam, tak, oczywiście, ale jak inaczej wytłumaczyć znaczenie tego mema? :D)

Nie uważam, że należy robić postanowienia noworoczne.
Myślę, że warto raczej spisywać roczne plany - samemu lub ze swoją drugą połówką, albo nawet całą rodziną.

Jaka jest różnica?
  • Rocznego planu nie trzeba robić w grudniu ani w styczniu. Nigdy nie jest za wcześnie ani za późno na roczny plan.
  • Plan zakłada rezultaty, zawiera listę konkretnych działań. Postanowienia - niekoniecznie.
  • Plan powinien być spisany na papierze bądź zapisany w pliku na komputerze. Postanowienia często są jedynie pomyślane lub wypowiedziane, a potem szybko zapominane.
  • Plan brzmi poważnie. Z postanowień noworocznych wiele osób się śmieje lub nimi gardzi. Mało kto traktuje je poważnie.

Można mówić postanowienia, plan, projekt, mapa, wizualizacja. Można używać dowolnych słów, ale jeśli czujemy w swoim życiu potrzebę zmiany, warto potraktować to poważnie - znaleźć chwilę na refleksję i spisanie tego, co chcemy osiągnąć w kolejnym roku. Dlatego będę tych wyrażeń używała naprzemiennie, ale ciągle będę miała na myśli PLAN, ok? :) Swoją drogą, dla mnie grudzień jest doskonałym momentem na zastanowienie się nad swoim życiem, postanowienia robię od wielu lat i z roku na rok ich realizacja idzie mi coraz sprawniej.

Można też robić plany kilkuletnie i uważam, że jest to wspaniała sprawa. Sama przymierzam się do czegoś takiego - jak to wygląda w praktyce, można poczytać na blogu Miniomki w niezmiernie inspirującym poście o wizualizacji swoich celów. :)

Wróćmy jednak do tematu planu rocznego.

Jak ułożyć roczny plan, żeby był spójny i aby nie czuć się przeciążonym lub ograniczonym?
Lepiej zrobić 5 postanowień i je spełnić, niż zrobić 50 i o nich zapomnieć. Osobiście mam tendencję do ustawiania sobie poprzeczki zbyt wysoko (w 2014 miałam mniej lub bardziej złożonych 51 postanowień). W takim wypadku dobrze jest rozbić postanowienia na kategorie (dziedziny życia, które uważamy za ważne/kwalifikujące się do poprawy). Zastosowałam tę metodę w tym roku i zadziałała bardzo dobrze - spełniłam ok. 80% swoich postanowień. Natomiast w poprzednim roku zrealizowałam jedynie ok. 60%. Oczywiście są to wartości przybliżone, ponieważ nie da się dokładnie wszystkiego zmierzyć.

Co dalej?
Wracaj do swojego planu co miesiąc i skreślaj to, co udało ci się zrobić. Raz w miesiącu zapisuj sobie w wyznaczonym przez siebie miejscu, co dokładnie masz zamiar zrealizować przez kolejne 30 dni. I tak 12 razy :)

Jeśli wśród planów było "regularnie uczyć się na kolokwia", a zdarzyło ci się zrezygnować ze studiów, nie katuj się myślą, że odniosłeś podwójną porażkę (nie dość, że już nie studiujesz, to jeszcze zawaliłeś swoje plany!). Skreśl ten punkt z listy na stałe, bądź zamień go na coś bardziej adekwatnego do swojej obecnej sytuacji, np. "regularnie uczyć się na KhanAcademy".

Zasadne jest również zrezygnowanie z jakiejś części planu, jeśli dłużej nie widzimy w niej sensu. Na przykład, jeśli zaplanowałeś tresować chomika, a on tego nie lubi. Albo jeśli chciałeś codziennie przed snem wyliczać za co jesteś wdzięczny, ale nie odczuwasz takiej potrzeby, bo te myśli przychodzą do ciebie same i nie potrzebujesz ich sztucznie stymulować.

Zanim ułożysz kolejny plan...
Zrób podsumowanie starego. Najprostszym sposobem jest zaznaczenie na czerwono tego, czego nie udało się zrobić, na żółto - częściowo zrealizowanych planów, na zielono - tych spełnionych w 100%.

Gdzie powinien się znaleźć roczny plan?
W kalendarzu, w planerze, na kartce, na ścianie, w szczególnie przeznaczonym do tego folderze w Wordzie... lub w kilku miejscach. To zależy od Twoich indywidualnych preferencji i Twojej organizacji.

A motywacja...?
Warto zadać sobie pytanie, czy naprawdę chcesz coś robić, czy autentycznie fascynuje Cię droga, którą musisz przebyć (na przykład powolne odkrywanie nowego języka poprzez naukę słówek, słuchanie radia, zasięganie porad innych osób i grzebanie w słowniku, regularne uczestnictwo w kursie), czy bardziej pociąga Cię "idea Ciebie, który coś robi/który już coś umie", ale nie jesteś gotowy włożyć wysiłku w realizację celu.

Jeśli Twój pomysł jest bardziej górnolotną ideą, ale nie sprawdzi się jako cel, odpuść sobie, albo opuść poprzeczkę. Przykład? Wiem, że nie mam ochoty uczyć się japońskiego "na poważnie", chociaż miałam kilka podejść. W moich celach na dany rok mogę więc zawrzeć nauczenie się jednego alfabetu, naukę kaligrafowania znaków, poznanie japońskiej mitologii, nawiązanie kontaktu z kimś z Japonii, ale na pewno nie narzucę sobie celu w stylu "nauczę się czytać po japońsku" albo "nauczę się japońskiego na poziomie podstawowym" (cokolwiek by to miało znaczyć).

Jeśli cel, który sobie wyznaczysz, będzie Ci się wydawał atrakcyjny, stanie się motywacją samą w sobie. Żadna czekolada, chipsy, wyjście do kina, nowa gra na steamie czy nowa koszulka (motywacja zewnętrzna) nie będzie tak silna, jak autentyczne pragnienie dążenia do celu (motywacja wewnętrzna).

***

Osobiście uwielbiam moment podsumowania starego roku i planowania kolejnego. Ważnym momentem jest dla mnie także wybór kalendarza. W tym roku nie kupuję żadnego - będę korzystała z internetowego Kalendarza Google. Jeśli w ciągu roku coś się w tej kwestii zmieni i zatęsknię za papierem, zdecyduję się raczej na planer.

niedziela, 22 listopada 2015

Moje spostrzeżenia na temat "przedślubnego stresu"

Post pisałam na jakiś tydzień przed ślubem i jakoś tak wyszło, że go nie dokończyłam i nie opublikowałam. Czekając na zdjęcia odświeżam znowu temat ślubny, ciągle żywy i aktualny, bo przecież co chwilę ktoś bierze ślub. :)

Ostatnio najczęściej słyszę dwa pytania:
1) "Jak tam przygotowania do ślubu?"
2) "Jest stresik?"

Do końca zeszłego tygodnia mogłam spokojnie odpowiadać, że nie doświadczam żadnego stresu, byłam jedynie bombardowana informacjami, że taki stres może wystąpić. Przeczytałam o tym nawet artykuł w czasopiśmie "Panna Młoda". Osoba robiąca wywiad z psychologiem pytała czy możemy ten stres podciągnąć pod depresję i czy możemy mówić o chorobie cywilizacyjną. Specjalista natomiast uspokajał, jak tylko mógł, że taka interpretacja jest przesadna.

Moim zdaniem - jeśli wszystko, co najważniejsze jest już gotowe, nie powinien wystąpić przedślubny stres. Obojętnie, czy jest to bankiet czy ceremonia na kilkadziesiąt, a nawet kilkaset osób - da się przecież wszystko zorganizować odpowiednio wcześnie, by przed ślubem mieć już tylko czas na odprężenie i relaks.

Czy się stresuję?

W nocy od paru dni miewam dziwne sny, tak jakby koszmary, choć nie budzę się przerażona, a jedynie z lekkim znakiem zapytania nad głową - czemu właściwie śni mi się coś takiego? W dzień jestem jakaś nieswoja, raczej z powodu pogody, jest straszliwie gorąco. Jednak wszystko jest gotowe, dograne, i może to nie tyle stres co zmęczenie przygotowaniami. Jest taki moment, gdy chce się, żeby ten dzień już nastąpił, łapię się nawet na myśli "niech już będzie po" - czeka nas fajna podróż poślubna w Bieszczady, komputery zostają w domu i w związku z tym jestem bardzo podekscytowana, bo dawno nie mieliśmy takiego prawdziwego, solidnego wypoczynku razem.

Więc jest coś w rodzaju stresu, ale nie jest to stres paraliżujący, nie boli mnie brzuch, nie zapominam co chciałam zrobić. Po prostu łatwo popadam w zamyślenie i mam potrzebę dogadzania sobie na różne sposoby - moja naturalna obrona przed stresem, podobnie działo się przed maturą...

Czym się martwię?

Przede wszystkim martwię się powagą swojej decyzji. Takie obawy miałam zawsze, gdy wyczuwałam, że związek, który właśnie rozpoczynam, będzie czymś poważnym. Są to te same obawy, ale jakby na większą skalę. Może to zabrzmi patetycznie, ale martwię się o człowieka, któremu będę przysięgała przed ołtarzem "miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że go nie opuszczę aż do śmierci". Są to wielkie obietnice i skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie wywiera na mnie wrażenia waga takich słów.

Koniec wolności?

Przeszło mi nawet przez myśl "o kurde, to koniec mojej wolności". Ale jakiej wolności? Przecież jestem wolna i to mój świadomy wybór. Zgodziłam się wyjść za tego pana i chcę to zrobić. Więc gdzie tu jest koniec wolności? Nie rozumiem podejścia osób, które wieczór panieński traktują jako ostatnią możliwość do ekscesów i wyskoków. Jeśli się lubi takie rzeczy, nie lepiej znaleźć faceta, który będzie to akceptował? Albo w ogóle nie wychodzić za mąż lub poczekać jeszcze kilka lat...

Organizacja imprezy

Chciałabym, żeby wszystkie sprawy były dopięte na ostatni guzik. Żeby nie było niespodzianek, w stylu, że dla kogoś zabraknie miejsca przy stole, albo że zapomnimy udekorować samochód. Sądzę, że o niczym nie zapomnieliśmy i naprawdę nie ma czym się martwić.

***
A teraz już z perspektywy czasu...

Stres tuż przed i w trakcie


W wieczór poprzedzający ślub siedziałam z 2 dobrymi koleżankami  w swoim pokoju, piłyśmy herbatę (to już nie był czas na alkohol, zresztą nie miałam ochoty) i robiłyśmy karty Memory na podstawie różnych śmiesznych wspomnień. Odprężyłam się i oczywiście siedziałam zbyt długo - w efekcie nie byłam do końca wyspana - jak zawsze przed ważnym wydarzeniem bądź podróżą.

Rano towarzyszył mi stres, tym większy im bliżej było do ceremonii. Nie był to jednak stres paraliżujący. Po prostu trochę obawiałam się, że czegoś zapomnę zabrać ze sobą lub że suknia się nie dopnie (był drobny problem z zamkiem). Trochę martwiłam się swoją fryzurą, czy wyjdzie dobrze - robiła mi ją mama i nie miałyśmy konkretnej koncepcji do samego końca. Ale że moje włosy układają się dobrze same z siebie, kiedy są rozpuszczone, wiedziałam, że będzie dobrze.

W trakcie ślubu stres mi... pomógł. Skupiłam się całkiem na "tu i teraz", nie odpływałam myślami, byłam szczęśliwa, czułam, że jestem (a właściwie jesteśmy) w centrum wydarzeń i było mi z tym dobrze.

Tuż po wyjściu z kościoła stres odpuścił i od tego momentu była już tylko dobra zabawa i samo szczęście. Oraz mnóstwo adrenaliny! Nie warto się nadmiernie stresować tematem ślubu. Nie warto też robić z tego tematu tabu i lepiej po prostu wszystko co nas martwi omawiać z przyszłym współmałżonkiem, z rodzicami i zaufanymi przyjaciółmi.

Wydaje mi się też, że im dłużej od zaręczyn do ślubu, tym większa szansa, że taki stres wystąpi. Od pół roku (jak to było u nas) do roku między zaręczynami (albo rozpoczęciem ślubnych przygotowań) a ślubem to akurat dobry okres czasu - dość, żeby się przygotować, za mało, żeby dopieszczać bez litości każdy szczegół imprezy i popadać w drobiazgowość.

Pierwsza przymiarka mojej sukni ślubnej. Do ślubu ubyło mi parę kilo, więc wyglądałam potem trochę lepiej. :)
Druga przymiarka była tego samego dnia i od razu zakup. Więcej na ten temat tutaj.

wtorek, 10 listopada 2015

Korporacyjna sesja ślubna: Julia & Oleh w Atosie

Jak tysiące ludzi na tym świecie poznaliśmy się w pracy, przy okazji wykonywania służbowych obowiązków. A potem zaczęliśmy się spotykać poza pracą, no i było nam tak fajnie, że postanowiliśmy żyć długo i szczęśliwie razem. I nawet pracować w jednym dziale. Oto wiersz, który opowiada część naszej wzruszającej historii. I sesja zdjęciowa, która... no cóż... jest po prostu zestawieniem dwóch równoległych rzeczywistości - weselnej i biurowej. :D

W zwykły dzień
(tyle tylko że non business hours)
Kiedy nie zresetowałeś mi hasła
Bo nie miałeś dostępów
(A w ogóle nie byłeś z tego teamu)
Kiedy SLA ticketów tykało zwykłym tempem

Spotkaliśmy się na przystanku
Ale najpierw na Lyncu
Tak to jest, XXI wiek i korporacje
Internety intranety incydenty
Kontrakty notyfikacje

Monitoring i service desk
Ty i ja

("To jest zryte, Kiciu" - mój mąż po przeczytaniu powyższego)

Zdjęcia wykonał nasz kolega - Marcin Czapczyk. Zabawa była przednia :)







































Napisali o nas!

niedziela, 27 września 2015

"Za tysiąc to ty nic nie znajdziesz" - jak nie znaleźć sukni ślubnej za 1000 złotych

Postanowiłam się podzielić tą historią (oraz tymi kosztami), ponieważ wiem, jak trudno jest przełamywać stereotypy. A w dzisiejszych czasach każda przyszła panna młoda słyszy od swoich znajomych oraz od rynku: musisz wydać kilka tysięcy na swój strój, to Twój szczególny dzień, a poza tym, sorry kochana, nie masz wyboru.

Nie chciałam na to przystać. Miałam inne priorytety niż mój wygląd. Ale też chciałam wyglądać pięknie, może nawet: chciałam wyglądać jak milion dolarów, ale nie za milion dolarów. Chciałam być sprytna. I myślę, że byłam sprytna.

Kiedy rozpoczęłam poszukiwania sukni ślubnej, wiedziałam, że ma być dość skromna, długa do ziemi i raczej biała. Wiedziałam też, że nie chcę za nią zapłacić więcej niż 500 zł.

Usłyszałam jednak powtarzaną kilkakrotnie opinię, że nie dam rady znaleźć sukni nawet za 1000 zł, nie mówiąc w ogóle o mniejszych kwotach. Odwiedziłam jeden salon ślubny i te przypuszczenia się potwierdziły. Potem odwiedziłam jedną krawcową i u niej usłyszałam to samo. Zaczęłam tracić nadzieję, ale... Odpuściłam szukanie w salonach ślubnych i poszłam nieco inną drogą. Przede wszystkim, unikałam przetartych ślubnych ścieżek, i oto co się stało...


Wyjątkowo, choć to nie blog modowy...
outfit of the day
z dnia 15 sierpnia 2015.

Sukienka - 220 zł; sklep z sukienkami Elise, Dworcowa 30, Bydgoszcz
Wianek + bukiet z gipsówki - 150 zł; pani Elżbieta Springer, Kwiaciarnia Azalia, Ogrodowa 1B, Szubin
Naszyjnik (na zdjęciu niewidoczny) - ok 10 eur; pamiątka z Korsyki
Buty (na zdjęciu niewidoczne) - 69 zł; Deichmann
Półhalka pod suknię ślubną - 50 zł; sklep z bielizną, Długa, Bydgoszcz
Bielizna (także niewidoczna) - ok 200 zł, gorseteria Scarlett, Focus Park, Bydgoszcz

Fryzura - na wagę złota - Anna Koenig-Wiśniewska (mama)
Make up - bezcenny - Agata Prybińska
Manicure, pedicure, regulacja i henna brwi - bezcenne - Natalia Zahajka

Oprócz tego...
Zapasowa para butów - 69zł, Deichmann
Sukienka na poprawiny - 190zł, sklep z sukienkami Elise, Dworcowa 30, Bydgoszcz

Razem: 988zł

Proszę nigdy, przenigdy nie wierzyć sceptykom, którzy mówią "za 1000 zł nie znajdziesz sukni ślubnej". Dziękuję za uwagę i miłego wieczoru! :)

PS. Chętnie usłyszę/przeczytam o tym, jak sobie poradziły (lub radzą teraz, w czasie rzeczywistym) inne panny młode, które chciały ograniczyć ślubny budżet :)

piątek, 25 września 2015

Wielki świat nie leży za granicą. On jest w Tobie.

Ostatnio Marcin pytał mnie, kiedy napiszę jakiegoś posta... Pozdrawiam więc Marcina i zabieram się za pisanie czegoś, co od dawna chodziło mi po głowie.

Odwiedziłam w życiu dość sporo różnych krajów i wysp (uważam, że to osobna kategoria - bo wyspy to inna bajka od krajów kontynentalnych) w Europie. Gran Canaria, Ibiza, Formentera, Korsyka, Lofoty. Norwegia, Szwecja, Dania, Finlandia, Anglia, Niemcy, Francja, Czechy, Włochy, Szwajcaria, Monako, Belgia, Luksemburg, Łotwa. Liczba miejscowości, które odwiedziłam, już jakiś czas temu przekroczyła setkę.

We Francji nawet mieszkałam, łącznie trochę ponad rok.

Jak po deszczu wyrastają blogi podróżnicze, gdzie ludzie opisują swoje wypady autostopem, tanimi liniami, rowerami, czym się da.

Czasem się denerwuję - jak ktoś, kto zwiedził 5 krajów na krzyż może zakładać bloga podróżniczego, skoro moja lista jest znacznie dłuższa?!

A potem emocje opadają i myślę sobie:
Wszystko dobrze. Ci blogerzy owszem, chwalą się, ale i relacjonują, pokazują wspaniałe zdjęcia, dają porady - ich wojaże niosą pewną wartość, ponieważ potrafią zrobić użytek ze swojego doświadczenia, przekazać wiedzę i dać innym namiastkę własnych wspaniałych wspomnień jako zachętę do ruszenia się z domu.

Szybkie zakupy w markecie, jemy z Olkiem obiad w parku, czekamy na autobus. A tu takie kamienie. Spędziłam trochę czasu usiłując rozszyfrować napisy na nich na podstawie swojej zanikającej znajomości szwedzkiego. Zna ktoś duński może? / Dania 2014


Tu nie chodzi o to, kto zaliczył więcej miast, kto przypiął więcej pinezek na mapie.

Chodzi o to, żeby pokazywać, że podróże kształcą i być tego namacalnym dowodem.
Chodzi o to, że każde miejsce powinno zostawiać w sercu ślad.

Niektórzy potrafią po prostu o tym pięknie mówić, obojętnie czy byli za granicą pięć, dziesięć czy dwadzieścia czy pięćdziesiąt razy. Bliżej czy dalej. W mniej lub bardziej bezpiecznych okolicznościach. Na przykład Miniomki lub Tim Teller. Albo moja znajoma, Weronika Szwajda - opowiada zdjęciami, szybkimi wpisami na Instagramie i Facebooku, opowiada całym swoim serduchem.

Jednak jeśli ktoś z podróży za granicę wyniósł tylko tyle, że było fajnie, a Polska jest do niczego, trzeba stąd spadać, bo tam jest lepsze życie... to tak na prawdę nie podróżował. Wyjechał turystycznie i wypoczął, lub zarobkowo i się wzbogacił. Nie wszystkich wyjazdy wzbogacają duchowo. Przejazd z punktu A do punktu B, a potem powrót, to jeszcze nie jest to.

Powyższa sytuacja jest zlepkiem różnych opinii, które słyszałam w ciągu całego życia, nie cytuję konkretnej osoby.

Ale pamiętam dwie sytuacje, kiedy spotkałam ludzi z całą pewnością nie rozumiejących podróżowania i otwartości na świat.

Nawet człowiek obok którego przechodzisz idąc ulicą, jest częścią historii opowiadanej przez miasto. / Mediolan 2014, Włochy


Na urlop do krainy biedy


Przechadzaliśmy się nad polskim morzem z moim mężem, wtedy jeszcze narzeczonym. Pomagał mi zbierać muszelki - nigdy nie mogę sobie tego odpuścić, zawsze bardzo dokładnie lustruję piasek i spędzam na tej czynności całe godziny. Starsze małżeństwo siedziało na kocu, zapytali czy szukamy bursztynów, odparłam, że tylko muszelek. Od słowa do słowa nawiązała się konwersacja i zapytani skąd jesteśmy, powiedzieliśmy, że z Bydgoszczy, ale poprosiłam Olka, żeby się pochwalił, skąd w ogóle pochodzi. Kiedy powiedział, że z okolic Lwowa, starsza pani zaczęła trajkotać.

"Byliśmy we Lwowie na wycieczce dziesięć lat temu! Oj, tam jest tak ładnie, ale taka bieda..." - i zaczęła przytaczać przykłady tej rzekomo przytłaczającej biedy, tak jakby Lwów nie był niczym innym tylko biedą, biedą i biedą, jak i cała Ukraina, po czym przyszło pytanie, czy Olek przyjechał do Polski zarobkowo, chyba ich zaskoczył, że tak naprawdę przyjechał na studia, a potem znalazł pracę, a potem mnie.

- Było ci przykro? - zapytałam potem Olka.
- Trochę. - odparł.
- Ona mówiła tak, jakby nie zobaczyła tam nic, prócz biedy - powiedziałam zdegustowana i smutna. - W sumie, skoro we Lwowie według nich jest tylko bieda, to po co w ogóle tam jechali? W ogóle, ale z nich bogacze, pojechali na wakacje aż do Sopotu. - zaczęłam z nich drwić, bo mnie wkurzyli. Tym prostactwem, brakiem wyczucia i sposobem odbierania rzeczywistości.

***

Globtrotterka?


Siedzieliśmy na dziedzińcu koło restauracji, gdzie miało się wkrótce odbyć nasze wesele. Przy stoliku obok siedziała pani, która bardzo głośno wygłaszała monolog pod adresem swojego towarzysza. Nie trzeba było podsłuchiwać, po prostu wszystko było słychać aż nazbyt wyraźnie.

"Mój mąż daje mi zawsze pieniądze na zakupy i potem chodzę, chodzę i czuję, że wydaję za dużo, wiesz, chyba jestem zakupoholiczką, myślę o tym, żeby iść na terapię... W ogóle, wiesz, byłam na kilku takich wyjazdach, na przykład we Włoszech, tam jest tak pięknie i tak bogato, i wiesz, byłam z samymi urzędnikami, oni wszyscy się schlali w trupa, mówię ci, taka impreza... No i ja tam z nimi, haha, rozumiesz, było bosko. No i innym razem, pojechaliśmy na Łotwę, do Rygi, taka bieda tam na ulicach, ci ludzie tak wzbudzali litość, ale wiesz, wiesz, oni tą biedę tak znosili... z godnością! A my w tej Rydze to mieliśmy taką dziką imprezę, no mówię ci, wóda się lała, wiesz o co chodzi. A w Warszawie jak w tych najlepszych hotelach, te restauracje, to wszystko, no po prostu bajka, a ostatniego roku byłam w Zakopanem na nartach, Krupówki są w porządku, ale Mediolan, w Mediolanie to jest życie!"

Momentami śmiałam się do rozpuku z jej płytkich wywodów, a ona i tak nie słyszała. Niestety nie zanotowałam, co dokładnie mówiła, ale dość dobrze zapamiętałam.


Zobaczyć więcej


Ciekawe, że ja w Rydze zobaczyłam piękną architekturę, niesamowity klimat miasta, klimatyczny koncert w małym lokalu, który przez lato działał na dziedzińcu. Widziałam ogród, czułam czyste powietrze, jadłam same smaczne rzeczy. Może było trochę biednie, ale głównie na przedmieściach (gdzie na przedmieściach nie ma biedy?)

Popatrzcie sobie na Łotwę, podczas lądowania.


I na Rygę (zdjęcia z zeszłego roku):








Na Ukrainie co prawda jeszcze nie byłam, ale widziałam sporo zdjęć. Jest cudowna przyroda, podobna do naszej polskiej, a jednak trochę inna. We Lwowie są ciekawe zabytki i śmieszne, stare marszrutki. Można napotkać wiele śladów Polaków, którzy kiedyś żyli w tym mieście, a niektórzy żyją tam do dzisiaj.

Będąc w Anglii, Niemczech czy Norwegii widziałam w tych krajach więcej niż potencjalne destynacje zarobkowej emigracji. Dziedzictwo. Kultura. Zachowanie tubylców. Ich rysy twarzy, kolor skóry. Kolor nieba. Pora wschodu i zachodu słońca. Widoki.


Jakiś fragment miasta, jakieś dzieci. Jedna chwila. Monachium, Niemcy 2014.
Jest tyle rzeczy.

Hej, znudzony turysto.
Spojrzyj znad swojego hamburgera z piwem i zobacz coś więcej niż biedę lub bogactwo.
Przestań się wkurzać.
Zadaj sobie pytanie, co wyniesiesz z tej podróży, co wróci razem z Tobą. Nie, suweniry się nie liczą.

środa, 2 września 2015

Jak ja nie lubię tych wszystkich zdjęć małych dzieci na fejsie... O pułapce "baby spammingu".

W tym artykule zdjęć nie będzie. Nawet stockowych. A czemu - wywnioskujecie podczas czytania artykułu...

Fejsbukowe mamy


Każdy z nas ma jakąś koleżankę (albo kilka), na której zdjęciu profilowym zamiast jej twarzy widnieje pucołowaty berbeć, a całą ścianę zasypują zdjęcia jej pociechy - w kąpieli, jedzącej kaszkę, podczas spacerku, jedną, drugą, dziesiątą ciocią, z pieskiem, kotkiem... Dziecko z reguły ciągle uśmiechnięte, czasem z głupkowatą miną, która rozczula rodzinę.

Wiele osób nie lubi takich "facebookowych mamusiek". Osoby, których posty nie odstawały od przeciętnego użytkownika, nagle zmieniają się w szaleńczo postujące i zapatrzone w swoje dzieci mamy, które najwyraźniej uważają, że ich dziecko, nawet poślinione lub z jedzeniem na brodzie, jest najsłodsze na świecie.

Zdjęcia dzieci nie są złe


I teraz może Was to zaskoczy, ale ja się zgadzam. Ich dzieci są cudowne i najsłodsze na świecie! :) Uwielbiam dzieci i chętnie oglądam fotografie z ich udziałem. Jestem też dumna z koleżanek, które wychowują już swoje maluchy. Ale miejsce niektórych zdjęć niestety nie jest na Facebooku. Według mnie, powinny być raczej w albumie rodzinnym.

Ale dlaczego - skoro mama chce się pochwalić rodzinie i znajomym? Skoro jej życie od czasu narodzin dziecka jest przepełnione uczuciami do niego i chwilami z nim spędzanymi? Nieżyczliwi mogą się gonić, odsubskrybować, mogą nawet sobie hejtować, lajki sypią się i tak. Od pierwszego opublikowanego USG aż po zdjęcia kilkulatków bawiących się w piaskownicy czy na plaży.

Gdy te bobaski założą swoje Facebooki...


Oczywiście, wszystko się zgadza, ale dziwi mnie, jak niewielu ludzi myśli o sytuacji już za kilka lat, gdy dzieci pójdą do szkoły i będą chciały założyć swoje profile na Facebooku. Zdjęcia pokolenia Y (czyli obecnych dwudziestoparolatków, wśród których są młodzi rodzice) leżą bezpiecznie w domach rodzinnych, a i tak czasem wychodzą na światło dzienne w nieodpowiednich momentach. Zdarza się, że jakaś mama chce pokazać dziewczynie swojego syna, jakim był słodkim bobaskiem... A on nie zawsze jest zachwycony takim pomysłem. Czasem okazuje się, że rodzice pstryknęli ci kiedyś fotkę genitaliami na wierzchu, które naruszają nie tylko granice dobrego smaku, ale i wzbudzają wątpliwości w kwestii moralnej. Ups... Ale mimo błędów rodziców - wszystkie mniej lub bardziej odpowiednie zdjęcia leżą bezpiecznie w albumie, na półce.

A gdzie są zdjęcia dzieci młodych rodziców? Na Facebooku. USG, zdjęcia ze szpitala, pierwsze kąpiele w wanience. Oczywiście, znajomi i rodzina chcą to zobaczyć. Rodzice się cieszą, bo na świecie pojawiło się ICH WYJĄTKOWE DZIECKO. I mają do tego prawo. Ale dziecku będzie najzwyczajniej przykro, kiedy ich szkolni znajomi trafią na prywatne fotografie. Często młode mamy nie dbają nawet o ustawienia prywatności i udostępniają zdjęcia nie tylko znajomym, ale i publicznie - KAŻDY na świecie może zobaczyć ich prywatne rodzinne zdjęcia. Ich skarb. Ich małą kruszynkę, którą chyba jednak przede wszystkim chcieliby chronić. I zastanówmy się teraz, czy warto za cenę komfortu psychicznego swojego dziecka łechtać swoje ego komplementami znajomych.

Bierzmy przykład z gwiazd


Przyjrzyjmy się zachowaniu celebrytów czy rodzin królewskich. Większość z nich stara się trzymać swoje pociechy poza światłem fleszy, żeby miały spokojne i szczęśliwe dzieciństwo, bez paparazzich i kompromitujących komentarzy do zdjęć. Tymczasem zwykli ludzie, mający po 200-1000 znajomych robią ze swoich dzieci (bez szczególnego powodu) małe gwiazdy internetu i wrzucają czasem po kilka fotografii dziennie.

Apel z przyszłości


Droga Mamo XXI wieku, wyobraź sobie teraz, że Twoja dziesięcioletnia córeczka zakłada Facebooka*, dodaje Cię do znajomych i zaczyna przeglądać zdjęcia. Po kilkunastu minutach przychodzi do Ciebie ze smutną miną i pyta:
- Mamo, dlaczego tutaj jest tyle moich zdjęć? Czy wszyscy je widzieli?
Po czym dziecko żąda zdenerwowane:
- MASZ TO WSZYSTKO SKASOWAĆ! NIENAWIDZĘ CIĘ! PIOTREK WIDZIAŁ MOJE ZDJĘCIA W SAMEJ PIELUSZCE, UDOSTĘPNIŁ JE U SIEBIE NA ŚCIANIE I NA DODATEK WYDRUKOWAŁ JE I TERAZ CAŁA KLASA SIĘ ZE MNIE ŚMIEJE...

I zaczyna płakać.

Jak będziesz się wtedy czuła? Zdenerwujesz się na dziecko? Będziesz winić siebie? Zastanów się!

*Facebook jest dozwolony od lat 13, ale dziesięciolatki często już mają własne profile.

Baby spam a PR dziecka w przyszłości


Pomyśl teraz, zanim będzie za późno i zostaniesz "matką, która robi dziecku siarę". W większej i mniejszej skali. W najlepszym wypadku usuniesz zdjęcia na czas i kopie zostaną tylko gdzieś w odmętach serwerów Facebooka. W najgorszym wypadku - uda ci się zrobić wyjątkowo przypałowe zdjęcia, które zostaną zreblogowane na kwejk.pl, wiocha.pl czy na demotywatorach. A Twoje dziecko, które może zostanie politykiem, dziennikarzem lub nauczycielem będzie miało trudne początki jako osoba publiczna. Bo będzie musiało odbudować swój PR, konsekwentnie niszczony przez mamę przez kilka pierwszych lat życia. Oczywiście to jeden z czarniejszych scenariuszy.

Nie sądzę jednak, żeby którekolwiek dziecko w wieku szkolnym było zachwycone, że jego mama udostępnia setki zdjęć, począwszy od narodzin, lub nawet zdjęcia prenatalne, czyli USG. Dzieci, które idą do szkoły czują się i chcą być postrzegane jako duże! Prawie dorosłe. Szybko zaczynają twierdzić, że nie oglądają już bajek. Nie życzą sobie być kojarzone z tym słodkim maluchem, niekiedy złoszczą się na samo wspomnienie czegoś takiego przez rodziców.

Więc jakie zdjęcia wstawiać?

Czy to oznacza, że nie warto wstawiać żadnych zdjęć z dziećmi? Nie, ale trzeba znać umiar. Wstawienie kilka razy w roku zdjęć ze świąt, wakacji, rodzinnego spotkania czy sesji fotograficznej na pewno jest w granicach normalności. Uważam też, że sesje zdjęciowe podczas ciąży są jak najbardziej w porządku (ale bez zaglądania do środka brzucha, USG niech leżą w teczkach). Bądź co bądź, raczej wszystkie dzieci szybciej niż my znajdą się w internecie - robi się zdjęcia promocyjne podczas eventów, festiwali, w szkołach, przedszkolach... I wstawia się na strony internetowe w ramach promocji. Oczywiście rodzic zawsze ma prawo nie wyrazić zgody lub poprosić o usunięcie zdjęcia swojego dziecka.

Za wyjątek od reguły uważam też osoby, które wykonują artystyczne zdjęcia swoich dzieci, z niesamowitym kunsztem i zaangażowaniem. Osoby, które zarabiają na życie m.in. prowadząc blogi i strony o tematyce dziecięcej (podróżowanie z dziećmi, dom przyjazny dla dziecka, kreatywne zabawy dla dzieci). Zrozumiałe jest też udzielanie się w social mediach matek, które urodziły np. pięcioraczki. Nie mając dość pieniędzy na utrzymanie dużej rodziny, starają się zainteresować sobą sponsorów, gazety, telewizje.

Przemyśl dobrze jakie zdjęcia z udziałem malucha wstawiasz na Facebooka. Jeśli naprawdę kochasz swoje dziecko - dbaj o jego dobre imię, od pierwszych jego dni.

niedziela, 30 sierpnia 2015

Umiałam poczekać - teraz jestem z siebie dumna

Uważam, że to kim jestem w dużej mierze zawdzięczam swojej postawie wobec... obowiązku szkolnego i spraw z nim związanych. Kiedy inne dzieci, nastolatki, a potem młodzi ludzie używali życia na 100%, ja siedziałam ciszej, spokojniej i posuwałam swoje sprawy naprzód, czasem z zaciśniętymi zębami. Jest to jeden z przypadków, gdy przydaje się "umiejętność odraczania nagrody" czy też po prostu "umiejętność czekania na przyjemność". Wiedziałam o co walczę i wywalczyłam to! Chociaż walczę nadal, o kolejne rzeczy i zdarzają się wątpliwości...
Oto moja historia.

Dzieci w szkole mnie nie rozumiały.

Rodzina wbiła mi do głowy, że jeśli będę się uczyć, zdobędę dobrą pracę. Sama myślałam o zostaniu naukowcem - nie zastanawiałam się dokładnie, jaką gałąź nauki wesprę, po prostu mówiłam "zostanę naukowcem" i tyle. Poza tym szkoła, mimo swojego topornego charakteru, bardzo przypadła mi do gustu. Byłam jednym z tych bystrych dzieciaków, które jak, przysłowiowa już Hermiona z "Harry'ego Pottera", ciągle trzymają ręce w górze, znając wszystkie odpowiedzi. I często wyrywałam się sama żeby coś powiedzieć.

Pod koniec podstawówki i w gimnazjum byłam przezywana: kujon, pinglarz (gdy zaczęłam nosić okulary). Piętnowana za to, że mam dobre oceny. Odrzucana, bo nie interesowałam się modą, makijażem i nie umiałam kokietować chłopaków. Potrzebna zwykle wtedy, gdy trzeba było coś spisać. Wkurzało mnie to - chciałam być częścią grupy. Proponowałam, że pójdę ze wszystkimi w plener, ale ja nie wypiję, chyba że sok pomarańczowy. Nie chcieli, żebym szła. A ja nie chciałam pić alkoholu przed osiągnięciem pełnoletności, bo miałam swoje zasady. Pewnego dnia wymyśliłam sobie wiersz dla moich "wrogów", szczególnie dla tych, którzy potrafili rzucić mi piłką w twarz podczas WFu i śmiać się ze mnie, albo dla tych którzy pytali, kiedy chcę zacząć uprawiać seks, a na moją odpowiedź, że po 18 roku życia lub po ślubie, wybuchali śmiechem i rozpowiadali dookoła (jakby to było coś śmiesznego).

A wiersz był taki:

Gdy ktoś jest głupi
Mądremu oczy wyłupi
Aby tylko udowodnić
Że ten mądry to dziwny osobnik
Odmienny, inny, kujon
Przezwiska mądrego w oczy kłują

Ale czas leci i leci
Za pięć lat patrzymy
A głupi zbiera śmieci
Spod nóg mądrzejszego
I co ty na to kolego?

To mi przyświecało. Teraz się śmiejecie, a później będziecie pracować w firmie wywożącej śmieci, ha! A ja będę, o, na przykład w telewizji, i będziecie mnie oglądać i mówić swoim dzieciom - "słuchajcie, chodziłem z tą panią do szkoły. Wtedy się z niej śmiałem, a teraz jestem zaszczycony, że byłem z nią w jednej klasie".

Wiedziałam, że może im się wydaje, że jestem bezbarwna, ale wierzyłam, och, tak bardzo wierzyłam, że zostawię ich za sobą, i że będę kimś więcej niż oni. I chociaż nie występuję w telewizji, tak się stało - osoby, które kiedyś mi dokuczały, nie odważyłyby już na to. Osiągnęłam więcej, bo umiałam to wszystko przeczekać, nie ugięłam się, pozostałam sobą. Tą "nudną, poważną dziewczyną" (wcale taka nie byłam - tak tylko widzieli mnie inni...), której jej 22-letnia wersja gratuluje i dziękuje z całego serca.

Ja w wieku 11 lat i 20 lat.


Uczennica idealna

...posiadająca jedynie dwie wady - jak głosiło każde świadectwo opisowe w klasach I-III: "ma problemy z panowaniem nad swoimi emocjami", "nie radzi sobie z utrzymaniem porządku w miejscu pracy". Jakże trafnie moja kochana wychowawczyni określiła to, z czym borykam się do teraz! (Mówiąc "kochana" - naprawdę myślę "kochana" - pani Karina jest ciepłą i wspaniałą osobą i wiele jej zawdzięczam)

No i tak, nie przeciągając historii, lubiłam tę szkołę i żeby przez nią przejść - przez 6 lat podstawówki, 3 lata gimnazjum i 4 lata liceum o profilu dwujęzycznym francuskim - wystarczała mi myśl o "następnym levelu" - dobrze zdany egzamin gimnazjalny otwierał drzwi do lepszych liceów, dobrze zdana matura - drzwi do lepszych studiów, a jak się okazało, także i pracy. Ale ogólnie, zawsze gdzieś tam z tyłu głowy przyświecała mi myśl: muszę i chcę się uczyć, bo będę miała w konsekwencji pasjonującą i dobrze płatną pracę.

***

Ale kiedy rzuciłam studia i poszłam do pracy zaczęłam myśleć inaczej: kiedy inne dzieci bawiły się na podwórku i grały na komputerze, ja odrabiałam lekcje albo grałam na keyboardzie. Kiedy moje koleżanki wychodziły na miasto, ja czytałam książki. Nie to, że nigdy nigdzie nie bywałam, ale na pewno opuszczałam dom rzadziej niż inni. I dotarło wtedy do mnie, że zapłaciłam jakąś cenę za to, jak poważnie wszystko traktowałam.

Może nie bawiłam się tak dobrze? A gdybym mogła się bawić lepiej niż kiedykolwiek, wykorzystując pieniądze i czas tylko na swoje zachcianki?

I tak, na jakiś czas, przestałam się uczyć. Była praca, podróże, rozrywki i wydawanie pieniędzy.  Żyłam tak, jakby na moje konto miała zawsze spływać określona kwota i przez kilka słodkich miesięcy nie zastanawiałam się, czy pójdę ponownie na studia, czy nie, i co w ogóle tak dokładnie będzie się działo.

I niby było przyjemnie, ale czegoś mi brakowało. Wtedy dotarło do mnie, że brakuje mi celu w życiu i że ja naprawdę lubię się uczyć. I że nie wolno przestawać się uczyć, ponieważ to nigdy nie prowadzi do niczego dobrego.

***

Zdarza się, że ktoś mówi mi: "Julka, ale ty masz szczęście/masz fajnie/jak ty dużo umiesz/chciałabym być taka ogarnięta jak ty"


Ale ja wiem, że w większości przypadków ci ludzie wcale nie chcą "być jak ja". Bo z jakiegoś powodu nie poświęcali/nie poświęcają swojego czasu, żeby się uczyć, planować czy chociażby iść do pracy i zarobić na swoje przyjemności. Tylko, że ludzie nie wiążą jednego z drugim. Sama często wpadam w tę pułapkę...

Widzimy na przykład modelkę i myślimy - chuda, ładna, ma szczęście, pofarciło się. Skąd możemy wiedzieć ile przeszła zanim trafiła na strony magazynu, który właśnie przeglądamy...? Wydaje nam się, że jest tylko to, co mamy jak na dłoni. Śmiejąca się nam niby w twarz laska w markowych ciuchach. Czasem pomaga na chandrę zamazanie jej co drugiego zęba niebieskim długopisem. Nie odczuje tego, a nam jest jakoś złośliwo-lepiej (remedium na zazdrość praktykowane przeze mnie i znajome za czasów gimnazjum i liceum).

Zazdrościmy milionerom. Tymczasem tajemnica niektórych z nich to... oszczędzanie. W książce "Biedny milioner" Tadeusz Niwiński udowadnia, że poprzez umiejętne oszczędzanie przecięty człowiek ciągu życia jest w stanie zgromadzić środki o wysokości miliona w walucie w której zarabia. Tylko że większość ludzi nawet nie próbuje, bo wydaje im się, że ich wypłaty są marne i do tego miliona im daleko.

Każdy ma inną drogę i warto zapytać, zanim się go oceni. Może niektóre dzieci mają lepszy start, inne gorszy, ale każdy ma wybór. Każdy! I każdy kto się stara wyrwie się ponad znaną sobie przeciętność. To nie mit, to fakt. Trzeba jedynie zrozumieć, że...

Żeby kiedyś było lepiej, trzeba coś poświęcić. A wielu ludzi chce mieć wszystko na pstryknięcie palców... A tak szybko można dostać jedynie namiastkę swoich pragnień.

Zdrowia nie można kupić w aptece - należy o nie wytrwale dbać.
Dlatego zdecydowałam się zrezygnować z dobrze płatnej pracy - nie chciałam chodzić do pracy na nocne zmiany, ponieważ ważniejsze było dla mnie zdrowie.

Szczęścia nie można kupić od dilera albo w monopolowym - trzeba na nie pracować.
Nie palę i nie biorę narkotyków. Rzadko i niewiele piję. Och jaka jestem sztywna i nudna, prawda? Ale za to wiem, że będę żyła dłużej. Może nie dłużej niż inni, bo tego nie da się tak oszacować, ale na pewno dłużej niż ta alternatywna wersja mnie, która chce mieć wszystkie najlepsze doznania teraz i natychmiast.

Miłości nie można poczuć podczas jednej podniecającej nocy.
Wiem, że prawdziwa relacja i uczucie potrzebuje czasu i uwagi by rozkwitnąć. Dlatego wzięłam ślub i będę robić wszystko, żeby miłość w moim małżeństwie była silna i ciągle wzrastała.

Szybkie pieniądze pod postacią kredytów wiążą się ze stratami i stresem podczas spłacania.
Z tego powodu nie biorę kredytów i nie zamierzam ich brać, o ile nie będzie takiej konieczności. Nawet na mieszkanie. Lepiej zacisnąć pasa przez kilka lat i zebrać chociaż jakiś kapitał początkowy, żeby nie brać kredytu na jakąś zatrważającą kwotę.

Umiejętność odraczania gratyfikacji jest kluczowa dla osiągnięcia spełnienia w życiu.

czwartek, 30 lipca 2015

Syn taksówkarza - czyli o tym, jak przejazd taksówką zawstydził mnie potrójnie

Ponad rok temu, 14 kwietnia 2014 na moim poprzednim blogu opublikowałam historię o synu taksówkarza. Nie dotarła ona do szerokiej publiczności i uważam, że to wielka szkoda. Chcę się nią podzielić ponownie i mam nadzieję, że tym razem przeczyta ją więcej osób. Zamawianie taksówki w celu dojazdu do pracy traktowałam (i traktuję do tej pory) jako małą osobistą przegraną - nie zdążyłam się ogarnąć na czas, więc muszę skorzystać z taksówki. A więc wstyd i wyrzuty sumienia. Pieniądze w błoto. Ale tamten dzień i tamtego taksówkarza zapamiętam na zawsze. Zapłaciłam za przejazd, a dostałam cenną lekcję życia...

źródło [klik]


Zaspałam. Budzi mnie telefon od kolegi z pracy. Jezus, Maria, szósta trzydzieści, od pół godziny powinnam być w biurze. Dzwonię po taksówkę.
- Kiedy będzie?
- Za trzy, cztery minutki.
Ubieram się pospiesznie, myję twarz, przeczesuję włosy, wybiegam. Mam wrażenie, że podstawowe czynności zajęły mi wieki. Wybiegam za bramę i widzę dużą taksówkę, gdy tylko otwieram drzwi, kierowca odpala silnik.

Zamawiam kurs na ulicę, której taksówkarz nie kojarzy. Usprawiedliwa się, że jeździ od niedawna - czuć w jego głosie lekki stres, tłumaczę więc pokrótce, gdzie dokładnie chcę dojechać. Połowa drogi upływa w milczeniu, postanawiam nawiązać rozmowę, chociaż cała trasa nie zajmie dłużej niż dziesięć minut. Pytam, na którą zaczął pracę, mówi że na szóstą, ale zwykle zaczyna chwilę po piątej. Moje myśli biegają wszędzie dookoła i nie rejestrują, dlaczego. Pytam. Odpowiada, że wozi swojego syna na trening.

- Co trenuje?
- Pływanie. Dwie godziny rano i dwie godziny po południu.
Myślę, podstawówka pewnie. No, może gimnazjum.
- Ile ma lat?
- Siedemnaście. Trenuje od jedenastu lat.

żródło [klik]


Po raz drugi dzisiaj, tym razem w mojej głowie, "Jezus, Maria." Ja ledwo daję radę regularnie pracować i ostatnio do niczego nie potrafię przysiąść na dłużej. Czy jest właściwie coś co z własnej woli robiłam w moim życiu regularnie i przez wiele lat? Nie ma nic takiego.

- Zapisaliśmy go na treningi, bo słabo rozwijała mu się klatka piersiowa.
- A pływakom rozwijają się całkiem dobrze - śmieję się.
- Tak - taksówkarz również się uśmiecha - to jedna z lepszych fizykoterapii na tego typu schorzenia.

Pytam, jakie miejsca zajmuje na zawodach. Dwudziesty któryś w Polsce na dwieście, trzysta osób. Zastanawiam się, co pcha go do przodu, cokolwiek to jest...

źródło [klik]


- Jeśli nie odniesie sukcesu w tej dziedzinie, to ma tyle samozaparcia, że na pewno uda mu się w innej. - mówię na głos
- Też tak myślę, mi by się nie chciało... Od jakiegoś czasu chodził na treningi pieszo, ale dla mnie to bez różnicy, czy zacznę o piątej czy o szóstej, więc zacząłem go wozić.

Później rozmowa schodzi na inny temat. Wysiadam na podjeździe koło mojej firmy, życzę taksówkarzowi miłego dnia, on mi także. Biegnę w stronę budynku w którym pracuję, chociaż nie musiałabym się aż tak spieszyć, bo niewiele to zmieni, ale lubię biegać.

Siedemnastoletni chłopak trenuje pływanie cztery godziny dziennie, dzień w dzień.
Poruszył tym ojca, który zaczął go dowozić na treningi.
A mnie poruszyli (i zawstydzili) oni obaj.

Zaczęłam się zastanawiać - co ja jestem w stanie robić regularnie i z takim zacięciem, mimo wszelkich przeciwności. Czy jest coś takiego? A Ty, czy coś takiego masz?

sobota, 25 lipca 2015

Mam 22 lata i jestem bogata - historia moja, moich pieniędzy i czegoś jeszcze

Jak już wspominałam, mam 22 lata... Widzicie powyżej próbę upchania 22 świeczek na torcie, i jak największej ich liczby w wagonikach mojej ulubionej ciuchci, którą powinnam była odstawić już w 7 urodziny, bo ma tylko lokomotywę i 5 wagonów. Zamiast tego, dokupiłam niedawno kolejne... Nieważne... :D

Jak już kiedyś pisałam, mój inicjalny plan na życie nie różnił się wiele od tego, co przewiduje większość z nas -  po skończeniu liceum zamierzałam iść na studia, a po 3 lub 5 latach rozejrzeć się za pracą. Myślałam nawet o robieniu dwóch kierunków na raz. W 2013 roku, niespełna rok po skończeniu liceum, wylądowałam jednak w pracy, o czym możecie poczytać w kilku artykułach na tym blogu, polecam szczególnie zapoznać się z tym.

W pierwszej pracy może i nie zbijałam kokosów, ale była to płaca o kilkaset złotych większa niż minimalna krajowa i udawało mi się za te pieniądze:

  • wynajmować pokój dla dwóch osób
  • wyżywić dwie osoby
  • płacić rachunki
  • pozwalać sobie na drobne przyjemności
Nie potrafiłam natomiast odkładać pieniędzy i rzeczywiście przy tamtej kwocie wymagało to dużej determinacji. Próbowałam oczywiście oszczędzać, ograniczyłam się jednak do tego, by nie wydawać swoich już zgromadzonych oszczędności i udawało mi się to, przez kilka miesięcy.

Miałam to szczęście, że na osiemnastkę dostałam pieniądze, które rodzina zbierała dla mnie od dnia moich narodzin.

A teraz przyznam się Wam, co z nimi zrobiłam. Miałam pieniądze, które pozwoliłyby mi spokojnie przeżyć rok, albo i półtorej. Część z nich od razu przeznaczyłam na komputer stacjonarny dla graczy za dwa i pół tysiąca złotych. Kilkaset złotych przepuściłam na drobne przyjemności. Resztę odłożyłam - najpierw trzymałam pieniądze na lokacie i wydawałam odsetki - punkt dla mnie, brawo Julia.

Ale w pewnym momencie zaczęłam wydawać te pieniądze, wbrew radom moich rodziców. Po pół roku rezerwy stopniały do około połowy. Mogłam zapobiec tej sytuacji, ale nie chciałam, była dla mnie wtedy sprawa ważniejsza niż oszczędzanie.

Czy żałuję? Nie.
Czy popełniłam błąd? Zdecydowanie tak.

Potem, kiedy zakończył się mój kilkuletni związek i opuściłam Poznań, pojechałam do Niemiec i na Korsykę w ramach nieoficjalnej terapii. W Niemczech nie wiedziałam, że za pomocą mojej karty w ramach usługi "bankomaty bez granic" mogę wyjmować z bankomatów gotówkę bez prowizji. Ale gdy trafiłam na Korsykę...

Na Korsyce przez 2 tygodnie żyłam jak królowa i kupowałam wszystko co wpadło mi w oko, jadłam w drogich restauracjach, a gdy bankomat wypluwał moje pieniądze w euro przyjmowałam pozę zniecierpliwionej księżniczki i mówiłam "no szybciej".

Przedkładałam "mieć" nad "być" i moja mina na tym świątecznym zdjęciu dobrze to oddaje ;)

A potem wróciłam do Polski, kupiłam sobie laptop i skończyły mi się pieniądze. Nie mogłam się pozbierać po dość traumatycznych wydarzeniach związanych z zerwaniem z chłopakiem i mama zaproponowała mi, żebym po prostu poszła do pracy. I też tak zrobiłam. Praca wyleczyła mnie z depresji, co prawda nikt jej u mnie nie zdiagnozował, bo nie byłam u psychologa, ale jestem pewna, że miałam jej początki.

I zaczęło się dla mnie coś zupełnie nowego, bo nagle zarabiałam więcej, niż mogłam sobie wyobrazić, że będę, co prawda pracowałam na zmiany i było to dla mnie trudne. Borykałam się też z typowym dla ludzi pracujących w korporacji wypaleniem zawodowym. Zastanawiałam się, czy warto pracować w korporacji.

Najczęściej wydawałam całą swoją wypłatę i nie oszczędzałam. Spełniałam wszystkie swoje marzenia i zachcianki. Kupowałam różne książki, sprzęty, jeździłam za granicę. W roku 2014 odwiedziłam 8 krajów Europy: Czechy, Finlandię, Niemcy, Włochy, Szwajcarię, Danię, Łotwę i Anglię.

Finlandia 2014
Dania 2014
Szwajcaria 2014

Same podróże były dobrym pomysłem. Oszczędzałam nawet na mieszkaniu i jedzeniu, ale za to wydawałam horrendalne kwoty na pamiątki., i to było błędem. Z perspektywy czasu myślę, że powinnam była raczej zainwestować w lepszy aparat. Chociaż, nie, myślę inaczej - potrzebowałam tych wszystkich rzeczy, żeby pomyśleć - po co tyle tego nazwoziłam?

Kiedy udało mi się odłożyć równowartość 2/3 moich miesięcznych dochodów w ciągu 4 miesięcy, musiałam je wydać, żeby opłacić pierwszy semestr studiów informatycznych. Jednak zrezygnowałam z nich po dwóch miesiącach i część pieniędzy przepadło. Przenosząc się na inną uczelnię, musiałam opłacić jeszcze większe czesne, ponieważ grafika komputerowa wychodziła tam bardzo drożej niż informatyka stosowana na mojej poprzedniej uczelni. W październiku zeszłego roku wyprowadziłam się też z domu. Przez sytuację ze zmianą uczelni zabrakło mi środków. Musiałam więc pożyczyć pieniądze od taty.

Stop, nie, nie musiałam ich pożyczać. Ja po prostu ciągle żyłam ponad stan, nie miałam zabezpieczenia finansowego i nie potrafiłam rezygnować z częstych zakupów w centrach handlowych. Zachowywałam się często jak zakupoholik, przejawiałam objawy zaburzeń żywienia - każde rozczarowanie i smuteczek zajadałam lub kompensowałam sobie jakimś wydatkiem, za sukcesy nagradzałam się podobnie. Brak okazji też był dobry, żeby coś sobie sprezentować.

Kiedy znów poczułam, że częściej zbiera mi się na płacz, niż się uśmiecham, zostawiłam pracę. Dlaczego? Bo i tak niedługo później wylądowałabym na terapii, czułam to. Z moim zdrowiem również nie było najlepiej. Spędziłam cały luty w łóżku, z powodu zapalenia dróg oddechowych. A jako że w ciągu poprzednich 12 miesięcy byłam 5 razy na antybiotyku, lekarz nie przepisał mi go tym razem i długo wracałam do zdrowia.

W maju założyłam startup w Akademickich Inkubatorach Przedsiębiorczości, i trochę się pospieszyłam, bo w maju nie zarobiłam ani grosza. Na szczęście, pracowałam jeszcze na etacie. W czerwcu rzuciłam studia po raz trzeci, a w lipcu moja sytuacja finansowa zaczęła się stabilizować. Przez najbliższe kilka miesięcy będę prawdopodobnie zarabiała mniej niż w swojej pierwszej pracy, po odjęciu wszystkich kosztów.

Pochodzę z domu, w którym niczego mi nie brakowało, ale przez chęć robienia co chcę (niektórzy nazywają to głupotą) znalazłam się już w różnych sytuacjach. Musiałam zaciskać pasa, odmawiać sobie różnych rzeczy. W czasach poznańskich ze stresu i braku pieniędzy byłam chuda i blada.

Kiedy zostawiłam za sobą pracę na etacie, patrzyłam na swoje rzeczy i myślałam: "Mam ich naprawdę dużo.


Zgromadziłam w domu prywatną bibliotekę, ale nie przeczytałam większości książek. Mam świetne kosmetyki i nie używam ich wszystkich. Mam mnóstwo akcesoriów do rysowania, malowania i tworzenia, ale prawie nie rysuję. Mam mnóstwo pamiątek, ale nie znalazłam sposobu, żeby je wyeksponować."



I wtedy zaczęłam robić to, o czym tak naprawdę marzyłam. Przekładać "być" nad "mieć". Zaczęłam korzystać z tego wszystkiego, na co własną pracą zarobiłam, a czego nie wykorzystywałam, ponieważ jedyne co mnie zajmowało, to ciągłe wydawanie pieniędzy.

Przygotowując się do odejścia z korporacji zaczęłam też chodzić na różnorakie szkolenia i taki zwyczaj został mi do tej pory. Czytam także książki. I gdzieś zasłyszałam coś, co było dla mnie całkiem nowe. Niestety nie umiem zacytować autora tej myśli.

Obojętnie ile pieniędzy dostaniesz czy zarobisz, jeśli nie będziesz myśleć jak bogaty człowiek - nie pozostaniesz bogaty.
Bo te pieniądze przepuścisz na głupoty i będziesz tego żałować.

Tak było ze mną. Teraz zarabiam mniej niż kiedykolwiek podczas mojej kariery i nie wstydzę się do tego przyznać. Dlaczego? Dlatego, że

W końcu jestem bogata, bo nauczyłam się dobrze zarządzać moimi pieniędzmi.


Poszłam w końcu w dobrą stronę i wkrótce, gdy moje finanse się ustabilizują, będę dążyć do odłożenia większej kwoty. Po za tym, na szczęście, wydawałam pieniądze na doświadczenia - czyli podróże oraz na edukację - czyli książki, inwestowałam także w swój rozwój, płacąc za studia i kupując akcesoria takie jak tablet graficzny czy kamerkę Go Pro, dzięki którym mogę teraz rozwijać swoją kreatywność.

Anglia 2014. Wspomnienia i doświadczenia to aspekty, na które nie trzeba żałować pieniędzy. Bez przedmiotów można się obejść, choć różne drobiazgi mogą się okazać kluczami do głęboko ukrytych wspomnień. :)

Jednak nie wszystko co kupiłam było mi niezbędne i potrzebne.
A wczasach dobrobytu i życia ponad stan zostało przybyło mi 5 kilogramów wagi. Byłam uroczą kluseczką i dziwię się, że mój narzeczony się we mnie wtedy zakochał. :D

Ktoś może powiedzieć, że poprzewracało mi się w głowie od dobrobytu i teraz o, wyciągam taaakie niesaaamowite wnioski. Jednak, pomijając straconą wyprawkę w dorosłość -

Na wszystko pracowałam sama.


I jestem z tego dumna.