poniedziałek, 25 maja 2015

Przykry wniosek na temat kościelnych kazań

Byłam w wielu różnych kościołach, zdarzało mi się słuchać kazań skierowanych do wszystkich, do dorosłych, do dzieci, do chorych, do studentów. Im jestem starsza, tym mniej mi się one podobają. Słucham uważnie za każdym razem i trafia do mnie może jedno kazanie na dziesięć, a może mniej. Skąd wziął się mój sceptycyzm?

Z chodzenia do szkoły. Ze zgłębiania wiary, czytania prasy katolickiej i Biblii. Z rozmów ze znajomymi. Zewsząd.

Czemu tak uparłam się na te kazania?
Ktoś może powiedzieć - nie chodzisz do kościoła na kazanie. - OK.
Do kościoła chodzisz dla Boga, a nie dla księdza. - w porządku.
Ksiądz też człowiek... Bla, bla, bla... - Nie, chwileczkę.

Ksiądz ma może nie tyle zawód, co misję, by pomagać ludziom zbliżać się do Boga. Prawda?
Kilkanaście kazań, które wysłuchałam ostatnio tylko by mnie od Niego oddaliły, gdybym wzięła je sobie do serca. O dobrego mówcę trudno, ale, kto, jak nie ksiądz powinien zrobić priorytet z tego, by stać się mówcą doskonałym? Takim perswazyjnym i ekspresyjnym, ale i merytorycznym i ściśle trzymającym się tematu.

Do kogo tak naprawdę większość księży kieruje swoje mierne kazania (nie celuję tu w konkretną osobę - są to przemyślenia na podstawie kazań wygłaszanych w różnych kościołach na terenie kraju) utkane na modłę typu:

A.
1.Parafaza przed chwilą odczytanego fragmentu z Biblii
2.Sztampowo przedstawiona interpretacja, którą osoba chodząca regularnie do kościoła i uczęszczająca na lekcje religii słyszała już co najmniej kilka razy
3. Mętne podsumowanie i powiadomienie wiernych, że na pewno popełniają grzechy, które dzisiaj zostały przytoczone

B.
Luźna interpretacja tematu i podążenie poprzez wszystkie kontrowersyjne tematy, od homoseksualizmu, przez politykę, in-vitro, na wspólnym mieszkaniu przed ślubem kończąc

C.
Połączenie schematu A i B.

D.
Kazanie skierowane do dzieci, które przeradza się w show dla dorosłych (zadawanie pytań prostych, jakby wyjętych z teleturnieju, w konsekwencji - salwy śmiechu w kościele)

Wśród wielu księży wygłaszających kazania zaobserwowałam przeciętny rejestr językowy, tendencję do wzbudzania poczucia winy w słuchaczach, stereotypowe myślenie, brak umiejętności zainteresowania innych tematem.

Przecież mogłoby być inaczej. Przecież kazanie mogłoby sprawiać, że wychodzi się z kościoła pobudzonym do działania, do pracy nad sobą, do zmiany. Czy gdybyśmy chodzili na wystąpienia świeckiej osoby, a okazała by się ona beznadziejnym mówcą, wrócilibyśmy jeszcze kiedykolwiek na jej wykład?

Ja bym raczej nie wróciła.
Powiem sarkastycznie: sytuacja idealna dla takiej osoby - zostać księdzem. Osądzanie jej będzie nie na miejscu, krytyka wobec niej bezpodstawna, bo "ksiądz też człowiek". Ksiądz przeszedł przez seminarium i odprawia Mszę, więc kazanie jest drugorzędne. Czy na pewno? A ile osób można by było wprowadzić na właściwą ścieżkę, gdyby księża poważniej traktowali temat kazań?

Możnaby zamiast tępić złe zachowania, chwalić dobre.
Zamiast mówić o tragediach, wspominać o pozytywach.

Może jedna zagubiona dusza, która po wielu latach przyszłaby na mszę, miałaby ochotę przyjść raz jeszcze. Czy kościoły w miastach są takie puste, bo ludzie są głupi, źli i bezbożni? Ja myślę, że są puste, bo ludzie w miastach wiedzą, że trzeba się otaczać tymi, którzy nie ciągną nas w dół, tylko pomagają nam się wspinać coraz wyżej.

PS. Frustracja została uwolniona. ;)