czwartek, 30 lipca 2015

Syn taksówkarza - czyli o tym, jak przejazd taksówką zawstydził mnie potrójnie

Ponad rok temu, 14 kwietnia 2014 na moim poprzednim blogu opublikowałam historię o synu taksówkarza. Nie dotarła ona do szerokiej publiczności i uważam, że to wielka szkoda. Chcę się nią podzielić ponownie i mam nadzieję, że tym razem przeczyta ją więcej osób. Zamawianie taksówki w celu dojazdu do pracy traktowałam (i traktuję do tej pory) jako małą osobistą przegraną - nie zdążyłam się ogarnąć na czas, więc muszę skorzystać z taksówki. A więc wstyd i wyrzuty sumienia. Pieniądze w błoto. Ale tamten dzień i tamtego taksówkarza zapamiętam na zawsze. Zapłaciłam za przejazd, a dostałam cenną lekcję życia...

źródło [klik]


Zaspałam. Budzi mnie telefon od kolegi z pracy. Jezus, Maria, szósta trzydzieści, od pół godziny powinnam być w biurze. Dzwonię po taksówkę.
- Kiedy będzie?
- Za trzy, cztery minutki.
Ubieram się pospiesznie, myję twarz, przeczesuję włosy, wybiegam. Mam wrażenie, że podstawowe czynności zajęły mi wieki. Wybiegam za bramę i widzę dużą taksówkę, gdy tylko otwieram drzwi, kierowca odpala silnik.

Zamawiam kurs na ulicę, której taksówkarz nie kojarzy. Usprawiedliwa się, że jeździ od niedawna - czuć w jego głosie lekki stres, tłumaczę więc pokrótce, gdzie dokładnie chcę dojechać. Połowa drogi upływa w milczeniu, postanawiam nawiązać rozmowę, chociaż cała trasa nie zajmie dłużej niż dziesięć minut. Pytam, na którą zaczął pracę, mówi że na szóstą, ale zwykle zaczyna chwilę po piątej. Moje myśli biegają wszędzie dookoła i nie rejestrują, dlaczego. Pytam. Odpowiada, że wozi swojego syna na trening.

- Co trenuje?
- Pływanie. Dwie godziny rano i dwie godziny po południu.
Myślę, podstawówka pewnie. No, może gimnazjum.
- Ile ma lat?
- Siedemnaście. Trenuje od jedenastu lat.

żródło [klik]


Po raz drugi dzisiaj, tym razem w mojej głowie, "Jezus, Maria." Ja ledwo daję radę regularnie pracować i ostatnio do niczego nie potrafię przysiąść na dłużej. Czy jest właściwie coś co z własnej woli robiłam w moim życiu regularnie i przez wiele lat? Nie ma nic takiego.

- Zapisaliśmy go na treningi, bo słabo rozwijała mu się klatka piersiowa.
- A pływakom rozwijają się całkiem dobrze - śmieję się.
- Tak - taksówkarz również się uśmiecha - to jedna z lepszych fizykoterapii na tego typu schorzenia.

Pytam, jakie miejsca zajmuje na zawodach. Dwudziesty któryś w Polsce na dwieście, trzysta osób. Zastanawiam się, co pcha go do przodu, cokolwiek to jest...

źródło [klik]


- Jeśli nie odniesie sukcesu w tej dziedzinie, to ma tyle samozaparcia, że na pewno uda mu się w innej. - mówię na głos
- Też tak myślę, mi by się nie chciało... Od jakiegoś czasu chodził na treningi pieszo, ale dla mnie to bez różnicy, czy zacznę o piątej czy o szóstej, więc zacząłem go wozić.

Później rozmowa schodzi na inny temat. Wysiadam na podjeździe koło mojej firmy, życzę taksówkarzowi miłego dnia, on mi także. Biegnę w stronę budynku w którym pracuję, chociaż nie musiałabym się aż tak spieszyć, bo niewiele to zmieni, ale lubię biegać.

Siedemnastoletni chłopak trenuje pływanie cztery godziny dziennie, dzień w dzień.
Poruszył tym ojca, który zaczął go dowozić na treningi.
A mnie poruszyli (i zawstydzili) oni obaj.

Zaczęłam się zastanawiać - co ja jestem w stanie robić regularnie i z takim zacięciem, mimo wszelkich przeciwności. Czy jest coś takiego? A Ty, czy coś takiego masz?

sobota, 25 lipca 2015

Mam 22 lata i jestem bogata - historia moja, moich pieniędzy i czegoś jeszcze

Jak już wspominałam, mam 22 lata... Widzicie powyżej próbę upchania 22 świeczek na torcie, i jak największej ich liczby w wagonikach mojej ulubionej ciuchci, którą powinnam była odstawić już w 7 urodziny, bo ma tylko lokomotywę i 5 wagonów. Zamiast tego, dokupiłam niedawno kolejne... Nieważne... :D

Jak już kiedyś pisałam, mój inicjalny plan na życie nie różnił się wiele od tego, co przewiduje większość z nas -  po skończeniu liceum zamierzałam iść na studia, a po 3 lub 5 latach rozejrzeć się za pracą. Myślałam nawet o robieniu dwóch kierunków na raz. W 2013 roku, niespełna rok po skończeniu liceum, wylądowałam jednak w pracy, o czym możecie poczytać w kilku artykułach na tym blogu, polecam szczególnie zapoznać się z tym.

W pierwszej pracy może i nie zbijałam kokosów, ale była to płaca o kilkaset złotych większa niż minimalna krajowa i udawało mi się za te pieniądze:

  • wynajmować pokój dla dwóch osób
  • wyżywić dwie osoby
  • płacić rachunki
  • pozwalać sobie na drobne przyjemności
Nie potrafiłam natomiast odkładać pieniędzy i rzeczywiście przy tamtej kwocie wymagało to dużej determinacji. Próbowałam oczywiście oszczędzać, ograniczyłam się jednak do tego, by nie wydawać swoich już zgromadzonych oszczędności i udawało mi się to, przez kilka miesięcy.

Miałam to szczęście, że na osiemnastkę dostałam pieniądze, które rodzina zbierała dla mnie od dnia moich narodzin.

A teraz przyznam się Wam, co z nimi zrobiłam. Miałam pieniądze, które pozwoliłyby mi spokojnie przeżyć rok, albo i półtorej. Część z nich od razu przeznaczyłam na komputer stacjonarny dla graczy za dwa i pół tysiąca złotych. Kilkaset złotych przepuściłam na drobne przyjemności. Resztę odłożyłam - najpierw trzymałam pieniądze na lokacie i wydawałam odsetki - punkt dla mnie, brawo Julia.

Ale w pewnym momencie zaczęłam wydawać te pieniądze, wbrew radom moich rodziców. Po pół roku rezerwy stopniały do około połowy. Mogłam zapobiec tej sytuacji, ale nie chciałam, była dla mnie wtedy sprawa ważniejsza niż oszczędzanie.

Czy żałuję? Nie.
Czy popełniłam błąd? Zdecydowanie tak.

Potem, kiedy zakończył się mój kilkuletni związek i opuściłam Poznań, pojechałam do Niemiec i na Korsykę w ramach nieoficjalnej terapii. W Niemczech nie wiedziałam, że za pomocą mojej karty w ramach usługi "bankomaty bez granic" mogę wyjmować z bankomatów gotówkę bez prowizji. Ale gdy trafiłam na Korsykę...

Na Korsyce przez 2 tygodnie żyłam jak królowa i kupowałam wszystko co wpadło mi w oko, jadłam w drogich restauracjach, a gdy bankomat wypluwał moje pieniądze w euro przyjmowałam pozę zniecierpliwionej księżniczki i mówiłam "no szybciej".

Przedkładałam "mieć" nad "być" i moja mina na tym świątecznym zdjęciu dobrze to oddaje ;)

A potem wróciłam do Polski, kupiłam sobie laptop i skończyły mi się pieniądze. Nie mogłam się pozbierać po dość traumatycznych wydarzeniach związanych z zerwaniem z chłopakiem i mama zaproponowała mi, żebym po prostu poszła do pracy. I też tak zrobiłam. Praca wyleczyła mnie z depresji, co prawda nikt jej u mnie nie zdiagnozował, bo nie byłam u psychologa, ale jestem pewna, że miałam jej początki.

I zaczęło się dla mnie coś zupełnie nowego, bo nagle zarabiałam więcej, niż mogłam sobie wyobrazić, że będę, co prawda pracowałam na zmiany i było to dla mnie trudne. Borykałam się też z typowym dla ludzi pracujących w korporacji wypaleniem zawodowym. Zastanawiałam się, czy warto pracować w korporacji.

Najczęściej wydawałam całą swoją wypłatę i nie oszczędzałam. Spełniałam wszystkie swoje marzenia i zachcianki. Kupowałam różne książki, sprzęty, jeździłam za granicę. W roku 2014 odwiedziłam 8 krajów Europy: Czechy, Finlandię, Niemcy, Włochy, Szwajcarię, Danię, Łotwę i Anglię.

Finlandia 2014
Dania 2014
Szwajcaria 2014

Same podróże były dobrym pomysłem. Oszczędzałam nawet na mieszkaniu i jedzeniu, ale za to wydawałam horrendalne kwoty na pamiątki., i to było błędem. Z perspektywy czasu myślę, że powinnam była raczej zainwestować w lepszy aparat. Chociaż, nie, myślę inaczej - potrzebowałam tych wszystkich rzeczy, żeby pomyśleć - po co tyle tego nazwoziłam?

Kiedy udało mi się odłożyć równowartość 2/3 moich miesięcznych dochodów w ciągu 4 miesięcy, musiałam je wydać, żeby opłacić pierwszy semestr studiów informatycznych. Jednak zrezygnowałam z nich po dwóch miesiącach i część pieniędzy przepadło. Przenosząc się na inną uczelnię, musiałam opłacić jeszcze większe czesne, ponieważ grafika komputerowa wychodziła tam bardzo drożej niż informatyka stosowana na mojej poprzedniej uczelni. W październiku zeszłego roku wyprowadziłam się też z domu. Przez sytuację ze zmianą uczelni zabrakło mi środków. Musiałam więc pożyczyć pieniądze od taty.

Stop, nie, nie musiałam ich pożyczać. Ja po prostu ciągle żyłam ponad stan, nie miałam zabezpieczenia finansowego i nie potrafiłam rezygnować z częstych zakupów w centrach handlowych. Zachowywałam się często jak zakupoholik, przejawiałam objawy zaburzeń żywienia - każde rozczarowanie i smuteczek zajadałam lub kompensowałam sobie jakimś wydatkiem, za sukcesy nagradzałam się podobnie. Brak okazji też był dobry, żeby coś sobie sprezentować.

Kiedy znów poczułam, że częściej zbiera mi się na płacz, niż się uśmiecham, zostawiłam pracę. Dlaczego? Bo i tak niedługo później wylądowałabym na terapii, czułam to. Z moim zdrowiem również nie było najlepiej. Spędziłam cały luty w łóżku, z powodu zapalenia dróg oddechowych. A jako że w ciągu poprzednich 12 miesięcy byłam 5 razy na antybiotyku, lekarz nie przepisał mi go tym razem i długo wracałam do zdrowia.

W maju założyłam startup w Akademickich Inkubatorach Przedsiębiorczości, i trochę się pospieszyłam, bo w maju nie zarobiłam ani grosza. Na szczęście, pracowałam jeszcze na etacie. W czerwcu rzuciłam studia po raz trzeci, a w lipcu moja sytuacja finansowa zaczęła się stabilizować. Przez najbliższe kilka miesięcy będę prawdopodobnie zarabiała mniej niż w swojej pierwszej pracy, po odjęciu wszystkich kosztów.

Pochodzę z domu, w którym niczego mi nie brakowało, ale przez chęć robienia co chcę (niektórzy nazywają to głupotą) znalazłam się już w różnych sytuacjach. Musiałam zaciskać pasa, odmawiać sobie różnych rzeczy. W czasach poznańskich ze stresu i braku pieniędzy byłam chuda i blada.

Kiedy zostawiłam za sobą pracę na etacie, patrzyłam na swoje rzeczy i myślałam: "Mam ich naprawdę dużo.


Zgromadziłam w domu prywatną bibliotekę, ale nie przeczytałam większości książek. Mam świetne kosmetyki i nie używam ich wszystkich. Mam mnóstwo akcesoriów do rysowania, malowania i tworzenia, ale prawie nie rysuję. Mam mnóstwo pamiątek, ale nie znalazłam sposobu, żeby je wyeksponować."



I wtedy zaczęłam robić to, o czym tak naprawdę marzyłam. Przekładać "być" nad "mieć". Zaczęłam korzystać z tego wszystkiego, na co własną pracą zarobiłam, a czego nie wykorzystywałam, ponieważ jedyne co mnie zajmowało, to ciągłe wydawanie pieniędzy.

Przygotowując się do odejścia z korporacji zaczęłam też chodzić na różnorakie szkolenia i taki zwyczaj został mi do tej pory. Czytam także książki. I gdzieś zasłyszałam coś, co było dla mnie całkiem nowe. Niestety nie umiem zacytować autora tej myśli.

Obojętnie ile pieniędzy dostaniesz czy zarobisz, jeśli nie będziesz myśleć jak bogaty człowiek - nie pozostaniesz bogaty.
Bo te pieniądze przepuścisz na głupoty i będziesz tego żałować.

Tak było ze mną. Teraz zarabiam mniej niż kiedykolwiek podczas mojej kariery i nie wstydzę się do tego przyznać. Dlaczego? Dlatego, że

W końcu jestem bogata, bo nauczyłam się dobrze zarządzać moimi pieniędzmi.


Poszłam w końcu w dobrą stronę i wkrótce, gdy moje finanse się ustabilizują, będę dążyć do odłożenia większej kwoty. Po za tym, na szczęście, wydawałam pieniądze na doświadczenia - czyli podróże oraz na edukację - czyli książki, inwestowałam także w swój rozwój, płacąc za studia i kupując akcesoria takie jak tablet graficzny czy kamerkę Go Pro, dzięki którym mogę teraz rozwijać swoją kreatywność.

Anglia 2014. Wspomnienia i doświadczenia to aspekty, na które nie trzeba żałować pieniędzy. Bez przedmiotów można się obejść, choć różne drobiazgi mogą się okazać kluczami do głęboko ukrytych wspomnień. :)

Jednak nie wszystko co kupiłam było mi niezbędne i potrzebne.
A wczasach dobrobytu i życia ponad stan zostało przybyło mi 5 kilogramów wagi. Byłam uroczą kluseczką i dziwię się, że mój narzeczony się we mnie wtedy zakochał. :D

Ktoś może powiedzieć, że poprzewracało mi się w głowie od dobrobytu i teraz o, wyciągam taaakie niesaaamowite wnioski. Jednak, pomijając straconą wyprawkę w dorosłość -

Na wszystko pracowałam sama.


I jestem z tego dumna.

czwartek, 23 lipca 2015

Mój kodeks honorowy przyszłej Panny Młodej w XXI wieku, czyli o tym, co ważniejsze i mniej ważne



Miałam ochotę napisać artykuł "dlaczego nie ekscytuję się moim weselem", ale to nie byłaby do końca prawda. Zdaje się po prostu, że są rzeczy, które zajmują mój umysł o wiele mocniej niż suknia ślubna, buciki, dekoracja kościoła i sali czy też oprawa muzyczna.

Co może być dla mnie ważniejsze od tego wszystkiego?

Wybór: ślub kościelny czy cywilny ważniejszy niż wybór dekoracji

Zdecydowaliśmy się na ślub kościelny. Nie dlatego, że rodzice tak chcieli i nie dlatego, że zawsze chodziliśmy co niedzielę do kościoła. Po prostu czuliśmy, że chcemy swój związek przypieczętować przed Bogiem i uznaliśmy to za najlepsze rozwiązanie. Kultura i tradycja w której się wychowaliśmy to powód, dla którego (na przykład) nie odprawimy tego rytuału samodzielnie, w lesie, pod drzewami. Mój narzeczony jest greko-katolikiem, bierzemy ślub w obrządku rzymsko-katolickim. Proceduralnie nie sprawia to żadnych kłopotów. Na poziomie naszych umysłów - także nam się to podoba.

Oczywiście, musieliśmy przejść kurs przedmałżeński oraz odbyć poradnictwo rodzinne, ale możecie mi wierzyć - nawet jeśli nie wszystko, co zostało nam powiedziane, uznaliśmy za adekwatne wskazówki, warto było posłuchać, co mają do powiedzenia osoby, które tam spotkaliśmy.

Budowanie relacji z narzeczonym ważniejsze niż wieczór panieński

Oczywiście znamy się już dobrze, ale zawsze można poznać się lepiej. Staramy się sobie poświęcać jak najwięcej czasu, nie zaniedbując przy tym ani przygotowań, ani znajomych, ani pracy... Oczywiście rozwiązań idealnych nie ma, i są dni, w których pada się na łóżko bez życia, a równowaga w którejś ze stref jest mocno zachwiana (na przykład - nie mieliśmy czasu porozmawiać, albo - problem ostatnich kilku tygodni - przez wiele dni przekładaliśmy wybór piosenek dla DJa).

Przygotowania do ślubu to kolejna sytuacja, w której przyszli mąż i żona mogą się lepiej poznać. Tym razem sprawdzamy, czy umiemy coś razem zorganizować. :p Jak łatwo można się domyślić, Oleh lepiej radzi sobie z tą sytuacją, przytaczając dialog sprzed kilku dni:
J: Idziemy oglądać "Resurrection". (:D)
O (mentorskim tonem): Najpierw zrobimy coś związanego z weselem, a potem "Resurrection".
J: No dobra...

Ta, uzależniłam się od "Resurrection", serialu, w którym zmarli wracają do życia i robią zadymę wśród żywych, nie dlatego, że są zombie, czy coś, ale po prostu wraz z nimi zmartwychwstają dawno zażegnane problemy. Już poluję na książkę.

Pozostając przy tym temacie, przed ślubem ważne jest jeszcze coś...

Pogodzenie się z przeszłością ważniejsze niż biała suknia i welon

Biorę ślub konkordatowy, więc jest to sakrament. Zanim do niego przystąpię, muszę się wyspowiadać. Nie, powiem więcej - ja CHCĘ zrobić rachunek sumienia i CHCĘ, żebym miała znowu czystą kartę, na tyle, na ile się da. I nie wyobrażam sobie tego, jeśli nie pogodzę się z moją przeszłością i nie przeproszę ludzi których zraniłam, nie wybaczę tym, którzy mnie zranili.

Nie wymażę przeszłości.
Nie sprawię, że mój narzeczony będzie moją pierwszą miłością.
Ale mogę sprawić, że poczuję się prawdziwie wolna i czysta, bo zaakceptuję moją przeszłość i zostawię ją tam, gdzie jej miejsce. Otworzę się na coś nowego.

"There is no starting over without finding closure." - Six Degrees of Separation, The Script


Zdrowie, dobre samopoczucie i czysta skóra ważniejsze niż fryzura i makijaż

Na kilka miesięcy przed ślubem postanowiłam, że zacznę bardziej dbać o skórę, aby w dniu ślubu nie trzeba było tuszować wszystkich niedoskonałości grubą warstwą podkładu. Poza tym, chcę, żeby mój mąż obudził się dzień po weselu z taką samą kobietą, z jaką wziął ślub dnia poprzedniego. I to nie dlatego, że zapomnę zmyć makijaż. ;)

Na około pół roku przed ślubem zaczęłam jeździć rowerem, zamiast autobusem. To samo zresztą robi Oleh. Może nie zastąpi nam to siłowni czy regularnych ćwiczeń, ale jest to już coś i na pewno wzmacnia organizm.

Oboje przestaliśmy się objadać słodyczami. Prawie nie pijemy alkoholu. Staramy się jeść zdrowo. Czujemy efekty, coraz rzadziej pada kultowe zdanie, wypowiadane przez nas często jednocześnie "Kiciu, nażarłem/am się." ;D

Względem zeszłego roku schudłam już prawie 5 kilogramów. I czuję się znaczne lżej i lepiej.

Radość i uśmiechy gości ważniejsze niż kasa i prezenty

Mamy wszystko. Nie potrzebujemy pieniędzy, ani prezentów. To znaczy - jak zawsze, wiadomo, przydadzą się każdemu, więc i nam. Ale nie po to robimy wesele. Na przestrzeni kilku ostatnich lat w mojej rodzinie było kilka pogrzebów. Nie godzę się na to, aby ukochaną rodzinę widzieć tylko podczas tak smutnych wydarzeń. Po za tym, zależy mi na mojej rodzinie i chcę, żeby dzieliła ze mną ważne chwile. Oczywiście, nie byliśmy w stanie zaprosić wszystkich-wszystkich, ani też nie każdy mógł przyjechać, ale bardzo się staraliśmy, spisując listę gości i była wielokrotnie modyfikowana. Na początku chcieliśmy malutkie wesele, właściwie bankiet, ale w pewnym momencie zrozumiałam, że to nie jest konkurs - ani "kto wyda więcej pieniędzy", ani na "kto wyda mniej". To jest po prostu ważne wydarzenie, które potrzebuje adekwatnej oprawy i warto zaprosić wszystkich, którzy są bliscy sercu. Tylko tyle i aż tyle. Dlatego na ilości zaproszonych osób nie warto oszczędzać.

Szansa na rozwój dla innych ważniejsza niż idealne zdjęcia i filmy

Nie zatrudniliśmy profesjonalnego fotografa i kamerzysty. Ktoś może pomyśleć, że jestem skąpa, robiąc coś podobnego, ale chodzi tu o coś zupełnie innego, niż zwykłą oszczędność pieniędzy. Filmować będzie mój brat, Mikołaj, który swoich sił próbuje już od jakiegoś czasu na YouTube (tutaj możecie obejrzeć jego fanpage). Zdjęcia natomiast będzie robić moja bardzo dobra znajoma, Ada, z którą nie możemy się jakoś już od wielu lat spotkać, bo zawsze coś stoi na przeszkodzie. Wiedząc, że robi cudowne zdjęcia (jej prace możecie obejrzeć tutaj), zaprosiłam ją do siebie na ślub i zgodziła się. Nie boję się oddać utrwalania ważnych dla mnie chwil tym osobom, ponieważ wiem, że są prawdziwymi pasjonatami. W ten sposób Mikołaj i Ada będą mieli coś wartościowego, co będą mogli włożyć do swoich portfolio, a ja i Oleh będziemy mieli pamiątkę. 



PS. Jeśli ciekawi Cię, dlaczego na weselnych grafikach pojawiła się Ukraina, zajrzyj do tego artykułu. :)

środa, 15 lipca 2015

Nie da się? Da się! Źle wybrane liceum = dobrze zdana matura, rezygnacja ze studiów = sukces w pracy, rezygnacja z etatu = własny startup

źródło [klik]


Od razu uprzedzam, że nie ma uniwersalnej recepty, chociaż każdy (nawet ja) o tym marzy. Chciałabym tylko krótko opowiedzieć o tym, co mi się przydarzyło... Tym razem pod kątem nastawienia do życia.

W liceum byłam na profilu dwujęzycznym francuskim. Trwał on 4 lata, w pierwszym roku miałam 18 godzin francuskiego w tygodniu, od 2 do 4 roku - 6-7 godzin. Za to angielskiego moja klasa miała tyle co kot napłakał - 2 godziny w tygodniu. W ramach tych 2 godzin, choć podzieleni na grupy wg poziomu zaawansowania, nie byliśmy przygotowywani do matury rozszerzonej nawet na najwyższym poziomie. Nigdy nie miałam korepetycji z angielskiego, ani dodatkowych zajęć. Po prostu się zawzięłam, to była kwestia być albo nie być - za wszelką cenę potrzebowałam wysokiego wyniku z angielskiego.

Na początku liceum miałam same tróje z angielskiego


w 4 klasie miałam piątkę, 93% z rozszerzonej matury i 100% z ustnej.

Co zrobiłam? Nastawiłam się na chłonięcie. Robiłam rzetelnie wszystkie zadania do szkoły, oglądałam filmy po angielsku (z angielskimi napisami), grałam w gry RPG po angielsku, czytałam artykuły... Zaczęłam korespondować z osobami z zagranicy. W klasie maturalnej spotkałam się kilka razy z moją nauczycielką indywidualnie (mniej niż 5 razy), napisałam parę wypracowań na rozszerzenie w domu, które ona potem sprawdziła. Zrobiłam chyba wszystkie zadania zamknięte z poprzednich lat (i wcale nie zajęło mi to zbyt długo - nie dlatego, że jestem geniuszem - nie było tego po prostu dużo).

Na maturę się wyspałam, rano najadłam i poszłam jak na bój, ale starałam się nie spinać. Dałam z siebie wszystko. Dostałam się dzięki temu na wymarzone studia (no, prawie, chciałam norweski, a wylądowałam na szwedzkim, bo na norweski nie było naboru... długa historia, do której pewnie wrócę) - filologię szwedzką z angielskim na UAM.



W Anglii znalazłam się dopiero 2 lata po opisywanych wydarzeniach. :) Wówczas mówienie po angielsku nie było już dla mnie stresem.

Ale potem, przez problemy osobiste, zrezygnowałam ze studiów, a właściwie gdybym nie zrezygnowała, zostałabym wyrzucona, lub miałabym warunek. Miałam przeświadczenie, że

tylko debile przerywają studia.


I to był problem, głównie dlatego, że to ja przerwałam studia. Ja, zawsze jedna z najlepszych uczennic w szkole, ja, która nigdy nie miałam problemów z nauką, ja, w której wszyscy zawsze pokładali tyle nadziei, ja, o której mówili - "jak nie ty, to kto, Julka?"

No więc właśnie mi się nie udało. Musiałam się do tego przed sobą przyznać i przestać myśleć "jestem debilem", przy okazji rozgrzeszając w swoim umyśle wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek ze studiów zrezygnowali bądź oblali. Zamiast skupiać się na ocenianiu siebie, pomyślałam, co mogę zrobić. Co już umiem. "Umiałam" francuski i angielski. "Umiałam", bo języków się nigdy nie "umie", ich nigdy nie przestaje się uczyć... W każdym razie trzeba było przeczekać czas do kolejnego roku akademickiego, gdyż był dopiero luty. I tak, szukając na różnych portalach, znalazłam moją pierwszą pracę - obsługę klienta francusko- i anglojęzycznego w branży e-commerce. Sprzedawaliśmy gry komputerowe, więc dobrze się w tym odnajdywałam, bo lubiłam wówczas grać, i to bardzo. Grałam niemal codziennie po pracy i nikt w pracy mi tego nie wytykał - liczyło się to jako moje zaangażowanie w wykonywany zawód, ponieważ lepiej doradzałam klientom. Niektórzy pytali, co trzeba zrobić, żeby pracować, tam gdzie ja. Mogę powiedzieć, że zawodowo byłam wtedy w 100% szczęśliwa - zarabiałam tyle ile potrzebowałam, a nawet trochę więcej, podobało mi się to, co robiłam, a przede wszystkim - cieszyłam się, że miałam okazję doświadczyć atmosfery dużej, międzynarodowej organizacji PRZED ukończeniem studiów. Dzięki temu mogłam jeszcze raz przemyśleć swoje wybory.


Po mojej krótkiej, 5-miesięcznej karierze w e-commerce, ze względów osobistych przeniosłam się do Bydgoszczy i rozpoczęłam tam pracę w Atosie, międzynarodowej korporacji. Praca na Service Desku na kontrakcie, na który trafiłam była bardzo przyjemna, z początku. Z czasem dochodziły nowe obowiązki i bywały momenty, gdy było mi ciężko, choć przez długi czas radziłam z tym sobie dzięki wsparciu przyjaciół, narzeczonego, relaksowi po pracy. Szczególnie uciążliwe były dla mnie nieregularne zmiany, zaczęłam źle znosić nocki i trudno było mi się przestawić po nich na wczesne wstawanie. Podjęłam decyzję, niełatwą, o odejściu. Pomyślne przejście wewnętrznej rekrutacji i przesunięcie mnie na inne stanowisko trwałoby około pół roku, rekrutacje w innych firmach kończyły się niepowodzeniem, bądź rezygnowałam sama. Zaczynałam też mieć oznaki depresji. Nieregularny tryb życia odbierał mi chęci do rozwoju - w czasie wolnym zbyt często martwiłam się pracą i płakałam.

Zrezygnowałam, ale jeszcze będąc na etacie, założyłam startup w Akademickich Inkubatorach Przedsiębiorczości. Zmotywowały mnie do tego warsztaty, w których uczestniczyłam w marcu. Wcześniej nie myślałam poważnie o rozpoczynaniu własnej działalności, szukałam raczej kolejnego miejsca, w którym mogłabym się zaczepić. Powiem to, co lubią mówić właściciele firm i startupów...

Nie było lekko...


Ale dałam radę (to też zawsze mówią...) Ale dobra, wystarczy tych clichés. Prawda była taka, że chociaż był pomysł, chęci, umiejętności i środki, brakowało motywacji i prawdziwego entuzjazmu. Byłam trochę jak zombie. Potrafiłam wydrukować ulotki, ale zamiast je rozwiesić, położyć je na biurku. A potem przetrawić dzień na coś, co powinnam robić w nagrodę - na przykład czytanie książek lub naukę języków (tak, dla mnie to forma nagrody). W końcu powiedziałam do siebie, jak do małego dziecka - "dobrze, skoro nie wiesz, gdzie rozwiesić ogłoszenia i nie masz ochoty projektować ulotek, ani wizytówek, dodaj chociaż ogłoszenia na OLX i e-korepetycje". Przygotowałam ogłoszenia i teraz mam dzięki temu kilka telefonów w tygodniu. Wraz z pierwszymi klientami, przyszły pierwsze sukcesy - udane animacje na urodzinach, zadowoleni mali uczniowie... I ja śpię spokojniej w nocy.

Ale mogło też być tak, że zamiast myśleć pozytywnie i starać się zaspokoić własne potrzeby, dostosowywałabym się cały czas do otoczenia.

Mogłam nigdy nie znaleźć pracy.
Albo na innym etapie życia - mogłabym bać się ją zostawić.
Mogłam nie założyć startupu, bo to przecież nie najlepszy moment.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Julia Irmina Wiśniewska (@pyszczucha)
Ale jest inaczej, jestem spełniona, choć to nie koniec - mam ciągle wiele planów. Jak myślisz - mam szczęście, czy raczej obracam porażki w sukcesy?



Ta-dam! Rozwiązanie zagadki z wczoraj. Przygotowuję ulotkę w formie popularnej zabawy "piekło-niebo".Moja firma ma...

czwartek, 9 lipca 2015

Byłam fajtłapą - o tym, jak konie potrafią uskrzydlić

Byłam dzieckiem, które najpóźniej we wsi nauczyło się jeździć na rowerku bez dodatkowych kółek (a przynajmniej tak to sobie zapamiętałam). W przedszkolu, kiedy wszystkie dzieci kozłowały, mi uciekała piłeczka. Hula-hop nie chciał współpracować i po 2-3 okrążeniach lądował na podłodze. Przez skakankę umiałam przeskoczyć wiele razy... Ale zawsze tylko jeden raz z rzędu. Na WF-ie w 2 klasie podstawówki wskutek wypadku straciłam pół zęba - bawiliśmy się w ganianego z szarfami w spodenkach, trzeba było zabierać "ogonki" innym, nie dać zabrać sobie... Mała Julia po prostu uznała, że trzymając mocno obiema rękoma za miejsce, gdzie miała wetkniętą szarfę, w końcu poradzi sobie lepiej niż zwykle (czyt. nie zejdzie z boiska w pierwszej minucie). Ktoś pociągnął mocno i oboje upadliśmy. I po zębie. Konsekwencje nieprzyjemne, muszę do końca życia chodzić na kontrole z tym związane, ale na szczęście tylko co kilka lat.

Nie muszę chyba wspominać o tym, że byłam wybierana do drużyny na WF-ie jako ostatnia lub jedna z ostatnich?


Nie zdałam prawa jazdy, już trzy razy, bo leży u mnie koordynacja oko-ręka, oko-noga... Takie tam różne koordynacje. Ale wiecie, co jest najlepsze? Że kiedy czegoś bardzo pragnę, przeszkody po prostu nie istnieją. Albo ja przestaję je widzieć.

Mając 13 lat zakochałam się w jeździe konnej. Trudno mi powiedzieć, dlaczego. Po prostu poprosiłam mamę, żebyśmy pojechali na weekend majowy na konie i tak się zaczęło. Okazało się, że chociaż początkowo nie radziłam sobie najlepiej, już tego samego lata nauczyłam się jeździć kłusem i pojechałam w teren. Siedziałam też na koniu, gdy przypadkiem zagalopował. Tego uczucia odprężenia i radości nie da się porównać z niczym. Czuję się, jakbym latała, uwielbiam galop.

Czułam, że chcę.
Czułam, że muszę.


I mimo przeciwności, nieregularnie, w miarę możliwości, jeździłam. Albo chociaż przebywałam blisko koni. Na przykład fotografując je, podchodząc do nich, albo pomagając przy hipoterapii.










Nie powiedziałabym, że dorastałam w siodle, ale na pewno konie pomagały mi dorastać. Zyskiwać pewność siebie. Wierzyć w swoją siłę. Osiągać maksymalne skupienie przy jednoczesnym rozluźnieniu - coś trudnego dla osoby nadpobudliwej z charakteru. A jakże jest to dla mnie zbawienne...

Prawdopodobnie konie nie dostały ode mnie wiele w zamian, chociaż chciałabym kiedyś to zwrócić swojemu własnemu konikowi. Całą wdzięczność dla wszystkich koni, na których miałam okazję jeździć przez lata.

Nigdy nie zagrzałam na dłużej miejsca w jednej stajni, bo tak to jakoś wychodziło. Ale myślę sobie, że na wszystko przyjdzie pora.


Dziś znowu jeździłam (drugi raz z kolei w Cavallino koło Brzozy) i moja nowa instruktorka, pani Ewa, powiedziała, że bardzo dobrze mi idzie. Pomogła mi skorygować kilka błędów, które sprawiały, że traciłam balans. To było to, czego brakowało mi od dawna. Bez problemu ubrałam konia, dobrze poszło mi na jeździe, dostałam same przydatne wskazówki i mnóstwo pochwał. A przede wszystkim, znowu czułam się wspaniale, galopując. Mimo że na padoku.

"Gdybym miała umrzeć dzisiaj, pomyślałabym, że miałam wszystko czego chciałam." - pomyślałam siedząc na grzbiecie Deep Love'a.

Już nie jestem ostatnim dzieckiem w szeregu. Teraz nie myślę o sobie niezdara. I inni też już tak o mnie nie myślą.


"I owned every second that this world could give
I saw so many places, the things that I did
Yeah, with evey broken bone
I swear I lived."