czwartek, 9 lipca 2015

Byłam fajtłapą - o tym, jak konie potrafią uskrzydlić

Byłam dzieckiem, które najpóźniej we wsi nauczyło się jeździć na rowerku bez dodatkowych kółek (a przynajmniej tak to sobie zapamiętałam). W przedszkolu, kiedy wszystkie dzieci kozłowały, mi uciekała piłeczka. Hula-hop nie chciał współpracować i po 2-3 okrążeniach lądował na podłodze. Przez skakankę umiałam przeskoczyć wiele razy... Ale zawsze tylko jeden raz z rzędu. Na WF-ie w 2 klasie podstawówki wskutek wypadku straciłam pół zęba - bawiliśmy się w ganianego z szarfami w spodenkach, trzeba było zabierać "ogonki" innym, nie dać zabrać sobie... Mała Julia po prostu uznała, że trzymając mocno obiema rękoma za miejsce, gdzie miała wetkniętą szarfę, w końcu poradzi sobie lepiej niż zwykle (czyt. nie zejdzie z boiska w pierwszej minucie). Ktoś pociągnął mocno i oboje upadliśmy. I po zębie. Konsekwencje nieprzyjemne, muszę do końca życia chodzić na kontrole z tym związane, ale na szczęście tylko co kilka lat.

Nie muszę chyba wspominać o tym, że byłam wybierana do drużyny na WF-ie jako ostatnia lub jedna z ostatnich?


Nie zdałam prawa jazdy, już trzy razy, bo leży u mnie koordynacja oko-ręka, oko-noga... Takie tam różne koordynacje. Ale wiecie, co jest najlepsze? Że kiedy czegoś bardzo pragnę, przeszkody po prostu nie istnieją. Albo ja przestaję je widzieć.

Mając 13 lat zakochałam się w jeździe konnej. Trudno mi powiedzieć, dlaczego. Po prostu poprosiłam mamę, żebyśmy pojechali na weekend majowy na konie i tak się zaczęło. Okazało się, że chociaż początkowo nie radziłam sobie najlepiej, już tego samego lata nauczyłam się jeździć kłusem i pojechałam w teren. Siedziałam też na koniu, gdy przypadkiem zagalopował. Tego uczucia odprężenia i radości nie da się porównać z niczym. Czuję się, jakbym latała, uwielbiam galop.

Czułam, że chcę.
Czułam, że muszę.


I mimo przeciwności, nieregularnie, w miarę możliwości, jeździłam. Albo chociaż przebywałam blisko koni. Na przykład fotografując je, podchodząc do nich, albo pomagając przy hipoterapii.










Nie powiedziałabym, że dorastałam w siodle, ale na pewno konie pomagały mi dorastać. Zyskiwać pewność siebie. Wierzyć w swoją siłę. Osiągać maksymalne skupienie przy jednoczesnym rozluźnieniu - coś trudnego dla osoby nadpobudliwej z charakteru. A jakże jest to dla mnie zbawienne...

Prawdopodobnie konie nie dostały ode mnie wiele w zamian, chociaż chciałabym kiedyś to zwrócić swojemu własnemu konikowi. Całą wdzięczność dla wszystkich koni, na których miałam okazję jeździć przez lata.

Nigdy nie zagrzałam na dłużej miejsca w jednej stajni, bo tak to jakoś wychodziło. Ale myślę sobie, że na wszystko przyjdzie pora.


Dziś znowu jeździłam (drugi raz z kolei w Cavallino koło Brzozy) i moja nowa instruktorka, pani Ewa, powiedziała, że bardzo dobrze mi idzie. Pomogła mi skorygować kilka błędów, które sprawiały, że traciłam balans. To było to, czego brakowało mi od dawna. Bez problemu ubrałam konia, dobrze poszło mi na jeździe, dostałam same przydatne wskazówki i mnóstwo pochwał. A przede wszystkim, znowu czułam się wspaniale, galopując. Mimo że na padoku.

"Gdybym miała umrzeć dzisiaj, pomyślałabym, że miałam wszystko czego chciałam." - pomyślałam siedząc na grzbiecie Deep Love'a.

Już nie jestem ostatnim dzieckiem w szeregu. Teraz nie myślę o sobie niezdara. I inni też już tak o mnie nie myślą.


"I owned every second that this world could give
I saw so many places, the things that I did
Yeah, with evey broken bone
I swear I lived."