niedziela, 11 grudnia 2016

Chcę rodzić analogowo



Dzisiaj, przewijając sobie leniwie ścianę na Facebooku, natrafiłam na zdjęcia zakrwawionego, pokrytego śluzem, nagiego noworodka tuż po urodzeniu. Post (który przytoczę za chwilę) komentował inne zdjęcie, czyli w sumie mamy już dwa zdjęcia nagich, pokrytych śluzem i krwią noworodków. A właściwie to jeszcze więcej, bo w komentarzach roi się od pań chwalących się swoimi "bejbikami". Przez szacunek dla tej nowonarodzonych osób nie powielę tutaj tych fotografii, jeśli kogoś interesują, można poszukać ich na profilach Mamaginekolog oraz Superstyler.

Komentarz pani ginekolog prowadzącej ciążę do nagiego zdjęcia małego chłopczyka
Postawmy sprawę jasno.
Moja ciało = moja sprawa - mogę sobie w internecie umieścić nawet swoje nagie zdjęcia i nikt może w związku z tym wnosić żadnych roszczeń. (No, ewentualnie mój mąż może mieć pretensje, ale zabronić mi nie może)

Ciało mojego dziecka = sprawa mojego dziecka. Jeśli ono będzie chciało wrzucać swoje nagie zdjęcia z porodu, to mu je z radością przekażę i niech je uroczyście w dniu swojej osiemnastki opublikuje w mediach społecznościowych. Ale ja tego nie zrobię. Bo tak naprawdę nie mam prawa.

W świetle polskiego prawa rodzice mają prawo upubliczniać wizerunek swojego dziecka w internecie. Za to publikowanie nagich zdjęć kogokolwiek nie jest legalne. Teoretycznie, skoro to twoje dziecko, to ty rządzisz. Ale naprawdę chcesz publikować NAGIE zdjęcia SWOJEGO dziecka w internecie? Słucham? Możesz powtórzyć, bo nie wierzę?

Wszystko jest na sprzedaż 
(...)
Bo zawsze jest ktoś, kto chce zapłacić

Zdjęć z mojego porodu nie będzie w internecie. Ani na blogu, ani na fanpage'u, ani na mojej facebookowej ścianie.

Te zdjęcia, jeśli powstaną, zostaną wykonane z wyczuciem estetyki i starannością. Pozwolę najpierw sobie i dziecku odetchnąć i oszczędzę wszystkim naturalistycznego widoku. Nie chodzi o to, że zakrwawione noworodki są obrzydliwe. To po prostu intymna chwila.

I tak jak nie będziemy wrzucać zdjęć z chwili poczęcia dziecka, tak nie będziemy dzielić się publicznie chwilą jego narodzin.

Wszystko jest na sprzedaż 
(...)
Z wyjątkiem jednym, który znam 
Ja ciebie mam, ja ciebie mam 
Na zawsze mam, na zawsze mam 


Pewnie, że pozbawiam się wielu lajków i szansy na więcej obserwatorów.
Ale test ciążowy będzie leżał w szufladzie, a wszystkie USG w teczkach.
I tylko bliskim przyjaciołom rodziny pozwolę przeglądać ze mną te pamiątki.

Schowałem ciebie przed całym światem 
I nikt cię nigdy tu nie znajdzie

I tak, potępiam wstawianie nagich zdjęć dzieci w jakimkolwiek wieku.
Obojętnie czy podczas porodu, czy na basenie, w ogrodzie czy w domu.

Nie komentuję natomiast wyboru wstawiania zdjęć dzieci w ogóle. Dzieciństwo to całe osiemnaście lat życia, prawnie rzecz ujmując i graniczy to z niemożliwością, aby przez ten czas ani jedno zdjęcie dziecka w internecie się nie znalazło. Apeluję tylko o umiar i wyczucie. A co to znaczy dla ciebie - to już ty musisz wiedzieć.



Dlaczego ta piosenka? Bo blogerzy zarabiają na swojej popularności. Każda kontrowersja czy odrobina prywaty na ich profilach to dla nich lepsze statystyki, co przekłada się w dalszej perspektywie na lepsze przychody.

Ale czy warto sprzedawać intymne chwile swoich dzieci?
Dla mnie - żadne pieniądze nie są tego warte.

poniedziałek, 14 listopada 2016

Psychologia w działalności biznesowej – po co?



Psychologia jest wszędzie tam, gdzie są ludzie. Mając tego świadomość lub nie, oddziałujemy na siebie nawzajem. Znajomość pewnych mechanizmów jest pomocna, obojętnie czy jest się członkiem kadry zarządzającej, czy szeregowym pracownikiem. Kariera jest jednym z tych aspektów życia, które bez planu wymykają się spod kontroli. Dlatego, aby osiągać swoje cele, warto jest zgłębić chociaż podstawowe zagadnienia psychologiczne. Do czego może się konkretnie przydać taka wiedza? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie.

Czy ten, kto ma większą znajomość psychologii góruje nad tym drugim? I tak, i nie. Sama znajomość psychologii czy zagadnień coachingowych niewiele daje, jeśli nie jest odpowiednio wykorzystywana. Umiejętności miękkie to coś, z czego organizuje się kursy i czego ponoć można się nauczyć. Osobiście jestem jednak zdania, że wyuczone triki nie zastąpią autentyczności i pracy nad własnym charakterem. Nawet z pozoru naiwne i początkujące na polu biznesowym osoby szybko wyczuwają fałsz. Czy fakt, że nie potrafią nic na to poradzić i biernie poddają się woli przełożonego, czyni z niego zwycięzcę? Wątpliwe. Nieszczęśliwy i niepewny swojej sytuacji pracownik nie będzie dobrze wykonywał powierzonych mu obowiązków, może mu też grozić pogorszenie stanu zdrowia. Jest również duża szansa, że odejdzie z pracy.

Czy w takim razie managerowie i właściciele firm nie powinni sobie zawracać głowy psychologią? Taka postawa może prowadzić do opłakanych skutków. Osoby, które rozwijały w sobie predyspozycje do zarządzania od najmłodszych lat, były wybierane przez grupę na naturalnych przywódców, a później świadomie podjęły ścieżkę managerską są często lepszymi liderami. Niestety mają także skłonność do wywyższania się i epatowania władzą. Odpowiednie lektury oraz udział w warsztatach mogą im pomóc lepiej ukierunkować swoje siły i wykorzystywać możliwości. Zdarza się także, że ktoś zostaje powołany na stanowisko w kadrze zarządzającej ze względu na staż pracy lub z braku lepszych kandydatów, mimo że sam nie wyraził takiej woli. Zgadza się jednak pod presją przełożonego, bądź daje się skusić obietnicą szybkiego rozwoju kariery. W takich przypadkach niestety cierpią najczęściej obie strony – próbujący zarządzać i ci, którymi on zarządzać próbuje. Manager z przypadku stresuje się, ponieważ nie ma ani wrodzonych kompetencji, ani teoretycznego przygotowania, często brakuje mu także okresu przejściowego, oswojenia się z nową sytuacją, kiedy to koledzy przestają być kolegami, a on trafia „o szczebel wyżej”. Natomiast podwładni dostrzegają jego nieporadność, często padają także ofiarą nieprofesjonalnych zachowań, takich jak mało realistyczne wymagania, a nawet wyładowywanie złości, czy obmowa. „Powoli się to zmienia, ale w firmach wciąż jeszcze droga awansu wiedzie przez indywidualne osiągnięcia. Szefem sprzedaży zostaje przeważnie ktoś, kto miał najlepsze wyniki. Potem, w lęku o swoją posadę, wciąż nie pracuje dla siebie. Nie docenia osiągnięć podwładnych (…) Zamiast grać na zespół, wciąż pokazuje, że to on jest najlepszy.”1 Dlatego w idealnych warunkach, przed awansowaniem kogoś na managerskie stanowisko, firma sprawdza jego kwalifikacje w tym kierunku oraz wysyła go na obowiązkową serię warsztatów i szkoleń. Doszkalanie może nastąpić także już po rozpoczęciu nowej pracy.

Wiedza psychologiczna bywa także bardzo pomocna dla układania relacji ze współpracownikami. Najczęściej nie mamy wpływu na to, z kim jesteśmy w zespole. W kontaktach z trudnymi osobami podczas spotkań towarzyskich często wystarczy powstrzymać się od nadmiernych reakcji, bądź pominąć pewne sprawy milczeniem. Taka strategia nie zda jednak egzaminu w przypadku, gdy mamy obowiązek z kimś długofalowo współpracować. Dlatego warto edukować młodzież w zakresie typów osobowości oraz rozwiązywania konfliktów – te dwa zagadnienia mogą uratować niejeden projekt od porażki na starcie. A że oficjalna ścieżka edukacji nie zawsze przewiduje kształcenie w tym zakresie, obowiązek spada niejako na pracodawcę. „[…] Nawet jeśli okiełznamy to, co w nas złe, nie staniemy się mistrzami kooperacji bez wsparcia firmy, a przynajmniej szefa. To dlatego, że podstawowym warunkiem współpracy jest przekonanie o wspólnym celu i stworzenie warunków, które tę współpracę wspierają. A to potrafi tylko dobry lider.”(1)

Czy to oznacza, że szeregowy pracownik - jeśli znajdzie się w tak patowej sytuacji - jest bezradny wobec toksycznego otoczenia i niekompetentnego szefa? Absolutnie nie. Nawet jeśli wyklucza się możliwość otwartego buntu, można zawsze popracować nad swoim nastawieniem. Zostało naukowo udowodnione, że ludzie „zarażają” się nawzajem swoimi nastrojami. Osoba, która przychodzi do biura z uśmiechem z reguły wydaje się wszystkim sympatyczniejsza, niż taka, która ciągle narzeka. Wykazano również, że zmuszenie się do uśmiechu może spowodować, że poczujemy się lepiej. Tę zasadę, wyrażoną w zdaniu „Zachowuj się tak, jak chcesz się czuć” z powodzeniem testowała pisarka i prawniczka Gretchen Rubin podczas inicjatywy „Projekt Szczęście”. (2)

Wiedza o psychologii jest wysoce użyteczna dla ludzi biznesu. Pomaga kontrolować emocje, efektywniej zarządzać sobą i układać zdrowe relacje ze współpracownikami oraz podwładnymi. Marek Aureliusz powiedział „Nasze życie jest tym, co zeń uczynią nasze myśli.” – dlatego warto poznać zasady funkcjonowania człowieka w społeczeństwie i mieć je na uwadze, aby świadomie pokierować własną karierą.

1. Opracowanie zbiorowe „Jak przetrwać w korporacji”, Warszawa 2015: Aleksandra Boćkowska „Razem można więcej” (artykuł)
2. Gretchen Rubin, „Projekt Szczęście”, Warszawa 2011

sobota, 12 listopada 2016

Otwarte zasoby edukacyjne - twoje okno na świat



Na moich studiach (architektura informacji), mamy przedmiot poświęcony otwartym zasobom edukacyjnym (OZE). Angielska nazwa to Open Educational Resources (OER). Dlaczego są takie wspaniałe? Przede wszystkim dlatego, że można nie tylko swobodnie z nich korzystać, ale także je modyfikować i rozpowszechniać - a to wszystko zupełnie zgodnie z prawem!

Za otwarte zasoby edukacyjne można uznać wszystkie materiały udostępniane w ramach otwartych licencji (więcej informacji na temat wolnych licencji znajdziesz tutaj).

Chciałabym Ci polecić kilka OZE, które można wykorzystać do samokształcenia oraz nauki języków, a przy okazji - będąc na przykład blogerem - bez oporów udostępniać treść swoim czytelnikom. Warto wcześniej zapoznać się jednak dokładniej z warunkami różnych licencji. Czasem jest dozwolone tylko niekomercyjne użycie, w niektórych przypadkach można modyfikować treść, a w innych nie.

Tylko dwie z sześciu otwartych licencji typu Creative Commons są wolne (czyli można z nich korzystać w najbardziej swobodny sposób - zarówno do celów komercyjnych, jak i niekomercyjnych). Są to Creative Commons Uznanie Autorstwa (CC-BY) oraz Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach (CC-BY-SA). Oprócz nich istnieje jeszcze moja ulubiona licencja - Creative Commons Zero (CC0) - wszystko, co jest oznaczone tą licencją należy do domeny publicznej, czyli nie posiada praw autorskich. Są nią oznaczone (na przykład) wszystkie obrazki na stronie darmowego banku zdjęć Pixabay.

1. Khan Academy

głównie licencja CC BY-NC-SA (zdarzają się też inne licencje CC)

Khan Academy to edukacyjna organizacja non-profit, której misją jest dostarczenie wysokiej jakości materiałów edukacyjnych. Obecnie zawiera ponad 1,600 wykładów w formie wideo głównie z matematyki, ekonomii, nauki, historii.


Interfejs KhanAcademy jest przyjazny i opracowany w oparciu o zasady grywalizacji. Nie masz wrażenia, że się uczysz, a raczej, że grasz w jakąś interesującą grę, zdobywając kolejne odznaki i poziomy. Duża część materiałów na stronie jest dostępna również po polsku.



Khan Academy jest dobrym źródłem informacji zarówno dla dzieci w wieku szkolnym, które umieją już czytać i pisać, jak i dla dorosłych. Serio, serio! Sprawdź sam.

2. Szkolna biblioteka internetowa Wolne Lektury

Domena publiczna (większość tekstów), licencja CC BY-SA (komentarze, tagowanie, pojedyncze audiobooki i teksty)

Ta biblioteka to oddolna inicjatywa mającą na celu cyfryzację zasobów z Domeny publicznej lub udostępnianych na wolnych licencjach.


Oprócz klasycznych dzieł po polsku (i w polskim tłumaczeniu) na tej stronie znajdziesz również kolekcję polskich utworów przetłumaczonych na języki obce. Chcesz komuś pokazać piękno polskiej literatury, ale on nie kwapi się do nauki polskiego, albo jeszcze raczkuje w temacie? Wybierz dla niego coś na tej podstronie.

Albo podeślij mu audiobooka. Niech sie osłucha z naszym językiem.

3. Wikisłownik

licencja CC BY-SA; oprócz zdjęć i multimediów, które są na różnych wolnych licencjach

Pewnie go znasz, a jeśli jeszcze nie, to na pewno zaraz poznasz i pokochasz. Jest to słownik
uniwersalny, pełniący jednocześnie rolę słownika ogólnego dla danego języka jak i słownika dla tłumaczy, a także pełni rolę słownika etymologicznego, słów bliskoznacznych i ortograficznego. Polska wersja działa od 2004 r. Aktualnie polski Wikisłownik zawiera ponad 189 tys. osobnych wpisów słownikowych.

Używam go od czasów szkolnych, jest też przydatny w pracy, kiedy trzeba szybko znaleźć jakieś słowo, czasem w kilku językach.

4. Feedbooks

Domena publiczna

Książki na tej stronie (z sekcji "domena publiczna") można do woli ściągać, rozpowszechniać i bezczelnie wykorzystywać do własnych celów. A są ich... tysiące! Z tego co się orientuję - wszystkie po angielsku. Oprócz tego jest jeszcze sekcja "free original books" - te  z kolei są dostępne za darmo, ale nie na wolnej licencji.



5. Free Music Archive

Różne licencje, warunki wykorzystania utworów znajdują się przy każdym utworze

Jeśli lubisz się uczyć przez muzykę, albo jesteś vlogerem lub muzykiem i poszukujesz ciekawych i wysokiej jakości utworów na wolnych licencjach, powinno cię zainteresować to archiiwum nagrań muzycznych stworzone przez amerykańskie radio WFMU. Projekt działa dzięki profesjonalnym kuratorom wybierającym i udostępniającym nagrania z wielu gatunków muzycznych. Udostępniane są nie tylko pliki muzyczne, ale również słowa piosenek.




PS. Przeglądając stronę zakochałam się w utworze "That Old Guitar"!

"So I’m not scared of a changing world. We’ve lost nothing that we are. ‘Cos I hear echoes of distant good times every time I play that old guitar."

(Więc nie boję się zmieniającego się świata. Nie straciliśmy niczego z naszego jestestwa. Bo słyszę echa odległych dobrych czasów, zawsze kiedy gram na tej gitarze)

Więc i Ty nie bój się świata, który szybko idzie do przodu i korzystaj z jego dobrodziejstw. Otwarte zasoby edukacyjne na pewno ci w tym pomogą. I, żeby nie było, ten post również ustostępniam na wolnej licencji. Niech leci w świat.

Creative Commons License

Do napisania tekstu wykorzystałam "Przewodnik po otwartych zasobach edukacyjnych".
Opracowanie: Karolina Grodecka, Kamil Śliwowski
wersja 4. zaktualizowana
Koalicja Otwartej Edukacji, 2012

Przewodnik udostępniany na licencji Creative Commons: Uznanie autorstwa, Na tych samych warunkach 3.0. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz autorów i Koalicji Otwartej Edukacji. Zezwala się na dowolne wykorzystanie treści pod warunkiem wskazania autorów i Koalicji Otwartej Edukacji jako właścicieli praw do tekstu oraz zachowania niniejszej informacji licencyjnej tak długo, jak tylko na utwory zależne będzie udzielana taka sama licencja. Tekst licencji dostępny na stronie: http:// creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/deed.pl

piątek, 11 listopada 2016

Ślub z cudzoziemcem w Polsce - formalności



Szczerze mówiąc, bardzo obawiałam się ilości formalności związanych ze ślubem z osobą spoza Unii Europejskiej, ale udało nam się wszystkiego dopiąć w pół roku. Z tego postu dowiecie się, co zrobić, żeby wziąć ślub z cudzoziemcem i dlaczego czasami przed ślubem musi odbyć się... rozprawa sądowa.

Ślub cywilny

Dokumenty wymagane od obywatela Polski to:
  • dowód osobisty
  • odpis skrócony aktu urodzenia (nie jest konieczny, jeśli ślub zostanie zawarty w tym samym USC, gdzie został sporządzony akt urodzenia)
Wspólnie musicie dostarczyć:
  • oświadczenie o nazwisku, które będziecie nosić po ślubie (ten dokument dostaje się do wypełnienia w USC, podczas wypełniania go należy również zdecydować, jakie nazwisko będą nosić dzieci urodzone z tego związku) - ciekawostka: nie trzeba przyjmować nazwiska męża, mąż ma prawo przyjąć nazwisko żony, albo moją oboje zdecydować się na łączone
  • jeśli któreś z was jest wdową/wdowcem - skrócony opis aktu zgonu poprzedniego małżonka
  • jeśli któreś z was jest rozwodnikiem - odpis skrócony aktu małżeństwa z adnotacją o rozwodzie albo prawomocny wyrok sądu orzekający o rozwodzie
  • jeśli któreś z was nie ukończył wymaganego wieku do zawarcia małżeństwa (kobieta między 16 a 18 rokiem życia, a mężczyzna przed 21 rokiem życia) - zezwolenie sądu rodzinnego na zwarcie małżeństwa
A teraz to, czego pewnie się boisz... (ale może niepotrzebnie)

Twój wybranek/twoja wybranka musi mieć:
  • ważny paszport
  • odpis aktu urodzenia
  • jeśli ma status uchodźcy w Polsce - Genewski Dokument Podróży, a jeśli na stałe mieszka w Polsce - karta pobytu stałego bądź czasowego
  • dokument stwierdzający, że zgodnie z prawem swojego kraju jest zdolny do zawarcia małżeństwa za granicą
Agnieszka (żona rosyjskojęzycznego Ukraińca): Z ciekawostek pani w Urzędzie Stanu Cywilnego w moim rodzinnym mieście upierała się, że wie lepiej jak powinno sie wymawiać nazwisko męża, niż on sam, bo uczyła sie rosyjskiego w szkole :-D. Nie mogliśmy też użyć tlumaczenia jego aktu urodzenia, bo nazwisko zostało przetłumaczone z cyrylicy na polski, a w paszporcie i angielskim akcie ślubu nazwisko jest w pisowni angielskiej i wygląda inaczej. W rezultacie wydano nam niepełny polski akt ślubu.

I tutaj zaczynają się schody, ponieważ nie każdy kraj wydaje zaświadczenia o zdolności do zawarcia związku małżeńskiego za granicą. Nie uzyskacie tego dokumentu z następujących państw:
Albania, Australia, Chorwacja, Estonia, Grecja, Hiszpania, Serbia, Czarnogóra, Litwa, Malta, Macedonia, Rumunia, Ukraina i USA.

Jeśli chce się zawrzeć związek małżeński z obywatelem/obywatelką któregoś z tych krajów, trzeba zawnioskować do polskiego sądu rodzinnego o zgodę na zawarcie małżeństwa bez tego zaświadczenia. Na rozprawę czeka się średnio dwa-trzy miesiące. My czekaliśmy trochę ponad miesiąc.

Na samej rozprawie ma być obecny cudzoziemiec oraz jego/jej przyszły współmałżonek. Sędzia zadaje im oboje po kilka pytań (m.in. gdzie pracują, kim są z wykształcenia). W końcu pada też kluczowe pytanie o stan cywilny cudzoziemca i obie osoby muszą zeznać, że to prawda. Trzeba też głośno zadeklarować chęć zawarcia małżeństwa, w związku z czym na miesiąc przed ślubem czuliśmy się trochę, jakby się właśnie odbywał na sali sądowej. ;) Pani sędzia była miła i cały czas się do nas uśmiechała. Oprócz niej i nas dwoje w sali była obecna jeszcze protokolantka.

Później trzeba trochę poczekać na decyzję, z tego co pamiętam około tygodnia, ale ten czas może się wydłużyć. W miarę możliwości lepiej nie zostawiać tego na ostatnią chwilę.

Jolanta: Wraz z moim mężem (z Kirgistanu) też przeszliśmy przedślubne biurokratyczne piekiełko - począwszy od dwukrotnego jeżdżenia do ambasady, sprowadzania i tłumaczenia dokumentu, który okazał się nieważny, aż po odbijanie się od sądu, który nie chciał nas przyjąć. Był nawet pomysł ślubu za granicą w ambasadzie, w której... akurat zabrakło blankietów aktu małżeństwa. W pewnym momencie zwątpiliśmy, czy ślub w ogóle się odbędzie - a goście byli już zaproszeni i przygotowania do wesela daleko posunięte. Właściwie udało się tylko dzięki znajomościom w sądownictwie.

Monika (żona Brytyjczyka): My tez mieliśmy problemy natury papierologicznej przed ślubem. Chodziło o tzw. zaświadczenie o zdolności do zawarcia związku małżeńskiego, którego wymagano w Polsce. Mieszkaliśmy wtedy na Cyprze i tamtejsza High Commission nie wystawiała w ogóle takiego zaświadczenia dla obywateli brytyjskich, bo Cypr jest częścią Common Wealth. Polska nie jest, wiec ambasada brytyjska by wystawiła, z tym, ze trzeba byłoby mieć status rezydenta w Polsce. Tzn. mój wtedy potencjalny mąż musiałby ten status mieć. Sprawa wypłynęła dosyć późno, bo ważność tego dokumentu nie jest długa, wiec wszystko już było zaplanowane, goście zaproszeni.... W końcu udało się to zrobić w ten sposób, ze High Commission na Cyprze wystąpiła do ambasady brytyjskiej w Polsce z prośba o wystawienie stosownego zaświadczenia i w ten sposób udało się obejść brak statusu rezydenta mojego męża. Oficjalnie występował urząd, a nie on. Musze przyznać, ze dużo w tym było dobrej woli samych urzędników, którzy wykazali się inicjatywa, bo generalnie nie jest to przyjęte postepowanie.

Każdy dokument potrzebny do ślubu musi być przetłumaczony na język polski. Tłumaczenie musi wykonać tłumacz przysięgły.

Jeśli twój narzeczony/twoja narzeczona lub któryś ze świadków nie znają polskiego, trzeba zatrudnić tłumacza przysięgłego, aby ślub był uznany za ważny. Tłumacz w dniu waszego ślubu musi mieć ze sobą dowód osobisty i dokument potwierdzający wpis na listę tłumaczy przysięgłych (prowadzoną przez Ministerstwo Sprawiedliwości).

Niektóre państwa wymagają, aby ich obywatele ubiegali się przed ślubem o specjalne pozwolenie. Przykłady takich państw to Jemen, Kambodża, Kuwejt, Libia, Sudan, Syria, Zambia. (Co ciekawe, Zambia zakazuje studentom studiującym za granicą zawierać małżeństwa z obcokrajowcami!)
Brak dostarczenia takiego pozwolenia skutkuje nieważnością w kraju ojczystym cudzoziemca.

Jeśli zdarzy się, że obowiązuje zakaz zawierania małżeństw z cudzoziemcami w ogóle, wówczas obywatel takiego kraju zostaje zwolniony z obowiązku przedłożenia wyżej wymienionego dokumentu. Jednak jego małżeństwo raczej nie zostanie uznane w ojczystym kraju.

Jeśli prawo polskie i to obowiązujące w ojczyźnie cudzoziemca wykluczają się nawzajem, przykładowo - u nas obowiązuje monogamia, a cudzoziemiec miałby już żonę w swoim kraju, to nie ma możliwości zawarcia małżeństwa w Polsce.

Jeśli cudzoziemiec nie przebywa na terenie Polski, może złożyć wymagane dokumenty za pośrednictwem Wydziału Konsularnego Ambasady RP w swoim kraju pochodzenia.

Małżeństwo można zawrzeć najwcześniej miesiąc po dostarczenia wszystkich dokumentów do urzędu. Kierownik USC ma prawo skrócić ten okres, jeśli będą jakieś ważne przyczyny ku temu.

Co ciekawe, można zawrzeć małżeństwo przez pełnomocnika, np. jeśli cudzoziemiec ma poważnie utrudniony wyjazd z kraju. W takim wypadku potrzebne są jeszcze dodatkowe dwa dokumenty (należy je dostarczyć kierownikowi USC):
  • pisemne pełnomocnictwo od cudzoziemca
  • zgoda sądu rodzinnego
Akt małżeństwa zostanie sporządzony po polsku. Aby zarejestrować małżeństwo w kraju pochodzenia cudzoziemca, należy przetłumaczyć dokument (oczywiście musi to zostać zrobione przez tłumacza przysiegłego).


Ślub konkordatowy w Kościele Katolickim

Nie będzie problemów, jeśli narzeczony/narzeczona jest takiego samego wyznania (rzymskokatolickie) lub wyznania grekokatolickiego. Tak samo nie będzie problemu przy innych wyznaniach chrześcijańskich - więcej na ten temat - tutaj. Z góry ostrzegam, że jest tam napisane, iż "kościół odradza takie małżeństwa, ale ich nie uniemożliwia". Nie spotkaliśmy się osobiście z żadnymi przeszkodami, odradzaniem, sugestiami, że mogę powinniśmy poszukać sobie innych związków, gdzie wyznania będą się zgadzały. Ksiądz, który udzielał nam ślubu prosił jedynie mojego narzeczonego o nauczenie się kilku modlitw po polsku, ale w końcu go z tej wiedzy nie sprawdził.

Musieliśmy za to przysiąc podczas ślubu, że dzieci będą wychowane w obrządku katolickim.

Poza tym, wymagane dokumenty są takie same dla obojga narzeczonych - narodowość nie ma tu znaczenia. Trzeba jednak pamiętać, że oprócz nich są obowiązkowe wszystkie dokumenty, które obowiązują przy ślubie cywilnym.

Swoją drogą, grekokatolicy nie mają oddzielnie bierzmowania, więc dokument potwierdzający chrzest automatycznie potwierdza u nich także bierzmowanie.

O ślubie z ateistą możesz poczytać tutaj. Więcej informacji o ślubach mieszanych (z osobą innego wyznania) znajdziesz tutaj.

Podczas pisania artykułu korzystałam z własnych doświadczeń, wypowiedzi osób z grupy Dwujęzyczność dziecięca oraz książki "Prawo dla Pań".

Jeśli zawierałaś/zawierałeś związek małżeński z cudzoziemcem (w Polsce lub w innym kraju) i chcesz się podzielić doświadczeniami, pisz śmiało tutaj lub na maila julkawis[at]gmail.com. Planuję kolejny artykuł w tej tematyce, tym razem skupię się na anegdotach od osób, które mają za sobą ślub z cudzoziemcem.

wtorek, 8 listopada 2016

Jak (nie) nazywać dzieci #3


Ale jaja! Jeśli wejdziesz w związek z Malezyjką lub Malezyjczykiem, masz szansę na pokazanie swojego poczucia humoru w zupełnie nowej formie. Masz niepowtarzalną szansę, by nazwać córkę Jaja. Bonus: jeśli wyjdzie za Greka, w przyszłości wnuki na bank będą mówić na nią Jaja Jaja. No bo po grecku γιαγιά znaczy babcia.

 

Równie przemyślanym krokiem jest nadanie córce imienia Mama (pochodzi ono z centralnej części Afryki). Nadając takie imię upewniamy się, że nasz ród nie wygaśnie przez jeszcze jedno pokolenie. Szkoda, że Mumin to imię męskie i z zupełnie innej części świata, bo Mama Mumin brzmi już prawie jak "Mama Muminka".

niedziela, 6 listopada 2016

Jak (nie) nazywać dzieci #2


Mumin! To jest imię dla którego warto zaryzykować ewentualne pretensje dziecka. Czy da się nie lubić Muminków? Prewencyjnie należałoby puszczać tę bajkę młodemu od wczesnych lat niemowlęcych. Chociaż nie, za młodu karmiono mnie marchewką, a teraz nie mogę na nią patrzeć. Nie wiem, jak to rozwiązać, ale pomysł uważam za pozytywny i popieram w 100%. Znałam nawet gościa, na którego wołano Mumin, bo przyklejał sobie plastry z Muminkami, chociaż jego stateczny wiek (17 lat) już na to nie pozwalał. Ach, młodość.

sobota, 5 listopada 2016

Jak (nie) nazywać dzieci? #1

fot. Dorota Lin

Żyjemy w świecie wielokulturowym - to już fakt. Globalna wioska to nie termin w podręczniku, ale nasza rzeczywistość. Coraz więcej osób jest w tzw. związkach mieszanych, których owocem są często dzieci dorastające pod wpływem dwóch lub więcej kultur, znające różne języki.

Za chwilę dowiecie się, dlaczego według Ukraińców Doroty robią dobre lody (i to nie takie z maszynki), a każdy Jarek to dla Turków zwyczajny kutas. Czy warto się tym przejmować przy wyborze imiona dla dziecka? Moim zdaniem tak - chociaż i tak nie przewidzimy wszystkich sytuacji, więc nie warto popadać w skrajności. Dziecko fukcjonujące na styku kilku kultur powinno mieć imię łatwe do wymówienia i dobrze/neutralnie się kojarzące we wszystkich językach, z którymi będzie się stykało.

czwartek, 3 listopada 2016

Sprzedać, oddać czy wyrzucić?



Przy porządkach pojawia się pytanie- jak pozbyć się zbędnych rzeczy? Najszybciej jest po prostu je wyrzucić, takie rozwiązanie pozwala im nie zalegać zbyt długo w domu już po sprzątaniu. Jednak szkoda wyrzucić reklamówkę czy worek dobrych jeszcze ubrań. Stare, podniszczone ubrania, coś co bardziej przypomina szmatki niż odzież można za to spokojnie wrzucić do kontenerów na ubrania. To, co do nich trafia jest poddawane recyklingowi bądź przeznaczane do odsprzedaży. Co ważne, nic nie trafia bezpośrednio do potrzebujących rodzin (więcej przeczytasz tutaj).

wtorek, 1 listopada 2016

Minimalizm wybiórczy

Ten góralski kapeć miał ilustrować sielskość mojego życia. Resztki po sushi i papierki także.
Pamiętam moment, kiedy przeczytałam pierwszą książkę o tematyce minimalistycznej. Koncept ten w równym stopniu przeraził mnie, co zachwycił. Ludzi takich jak ja szufladkuje się jako chomiki - najczęściej powodem ich przywiązania do rzeczy jest umiłowanie przeszłości, bądź strach przed przyszłością. Ci pierwsi chomikują pamiątki, ci drudzy "przydasie", czyli przedmioty, które nie są im niezbędne, ale jeszcze kiedyś mogą się przydać. Większość chomików to typ mieszany.

Mówi się, że Polakom (ale chyba nie tylko Polakom) trudno jest myśleć w kategoriach minimalistycznych, gdyż jeszcze w latach 80 i 90 wielu rzeczy nam brakowało (a niektórym brakuje do dzisiaj). Zorientowanie się na gromadzenie zamiast wyrzucania jest więc naturalnym posunięciem. Ale czy potrzebnym?

piątek, 28 października 2016

Bóg nie umarł - a szkoda, współczuję mu

Bóg nie umarł, niestety. Trochę mi go szkoda - musi patrzeć na to, jak ludzie krzywdzą innych ludzi w jego imię. Na przykład beznadziejną filmową propagandą.


W 2014 roku reżyser Harold Cronk popełnił jedno wielkie faux pas. Nie wiem, jak zdobył granty, kto mu to sfinansował, ale udało mu się wypuścić na rynek gniot o nazwie "Bóg nie umarł". Dlaczego zaczynam tak ostro?

Postanowiłam obejrzeć dzieło Cronka, ponieważ jestem z tych wierzących poszukujących, w wierze utwierdzać się lubiących. Ale jeśli ktoś próbuje wciskać mi do uszu i oczu brednie, reaguję alergią. Nie wysypką, ale przekleństwami, słowotokiem i zarzekaniem się, że przez najbliższy czas nie zafunduję sobie podobnej rozrywki (nie obejrzę podobnego filmu, nie pójdę do kościoła, nie przeczytam danej gazety, nie będę z kimś rozmawiać - i tak dalej).

Film jest bardzo tendencyjny - wszyscy chrześcijanie to osoby prawe, gotowe walczyć o swoje przekonania do ostatniej kropli krwi. Główny bohater (Josh) w obronie wiary ryzykuje wyrzucenie ze studiów, zostawia go zirytowana tym faktem dziewczyna; muzułmankę słuchającą Biblii na iPodzie bije po twarzy i wyrzuca z domu jej ojciec; jedna kobieta zostawia swojego wybranka (profesora Jeffrey'a Radissona), ponieważ ten jest ateistą i oczywiście okazuje się być zły do szpiku kości (spoiler - w ostatnich minutach filmu nawraca się tuż przed śmiercią!) Nawiasem mówiąc, brat wspomnianej kobiety też jest złym ateistą (i biznesmenem). Rzuca swoją dziewczynę, gdy dowiaduje się, że ma ona raka. Mówi jej, że popsuła tym wyznaniem kolację (xD). Dziewczyna prowadzi bloga "nowa lewica", gdzie głównie ośmiesza chrześcijan. Oczywiście po rozstaniu ze złym ateistą nawraca się, robiąc wywiad z muzykami grającymi chrześcijańskiego rocka (pojawiają się oni w ostatnich scenach filmu).

Warto wspomnieć o tym, wokół jakiego wątku kręci się cała fabuła filmu. Są to zajęcia filozofii prowadzone przez już wspomnianego profesora Radissona. Na początku pierwszych zajęć prosi on wszystkich studentów o napisanie na kartkach "Bóg umarł" i złożenie podpisu. Co prawda dodaje tej chwili dramatyzmu i obnosi się ze swoją władzą jako wykładowcy, ale (NA RANY CHRYSTUSA) napinającemu się niepotrzebnie Joshowi tłumaczy, że to tylko na potrzeby zajęć. Przecież trzeba przyjąć jakieś założenia, żeby móc prowadzić zajęcia z etyki czy filozofii. Na tego typu lekcjach podważa się wiele rzeczy, dlatego potrzeba jakichś niepodważalnych tez, na których się oprze, przynajmniej na początku. W Joshu budzi się jednak duch cierpiętnika i rozpoczyna krucjatę przeciwko wykładowcy. Nie zgadza się napisać na karteczce, że Bóg umarł i zawiera z Jeffrey'em umowę - musi przekonać profesora, że Bóg istnieje. Dla równowagi (trudno wygrać z zatwardziałym ateistą) oceniać jego pracę będzie grupa. Josh dramatycznie zakłada, że żadna z osób w grupie nigdy nie była w kościele, co moim zdaniem jest równie prawdopodobne, jak to, że na sali siedział jakiś kosmita, no ale niech już będzie.

W międzyczasie Josha rzuca jego godna pożałowania blond dziewczyna, która uważa, że krucjata chłopaka jest niepotrzebna i może narobić mu problemów. Mówi, że jej sprawy to jego sprawy i jego sprawy to jej sprawy, no i że przecież ON JEST STUDENTEM PRAWA. Blond dziewczyna pyta, czy ważniejszy jest profesor Jeffrey, czy ona. Josh odpowiada, że Jezus i to jest właściwie koniec tego związku. Może i dobrze, bo i tak by się nie dogadali - ona nie potrafi uszanować wolności drugiego człowieka, a on spina się o byle gówno.

Zyskuje jednak przyjaciela - nieśmiałego Chińczyka, który twierdzi, że krucjata Josha zmieniła jego życie. (Oczywiście Josh wygrywa swoją krucjatę, bo w tym filmie chrześcijanie to dobro, które zawsze wygrywa.) PS. Nieśmiały Chińczyk ma tatę-ateistę, złego biznesmena (wiadomo).

Jedziemy dalej.

Muzułmanka Mina pakuje głowę w chustę na pokaz każdego dnia, bo jej "baba" (czyli tata) jest radykalnym muzułmaninem. Przypominam, że tytuł filmu to "Bóg nie umarł", a nie "Jezus żyje" - ale to najwyraźniej nie ma znaczenia. Baba jest skrajnie złą postacią, autorytarnym ojcem, który pod przykrywką miłości wyrządza córce krzywdę. Brat Miny jest bezmyślnym, małym smarkiem, który wbija jej do pokoju bez ostrzeżenia, spogląda ciekawie na to, czego siostra słucha na iPodzie, po czym wyrywa go jej i ucieka. Następuje szarpanina i Mina odzyskuje swój odtwarzacz, po czym błaga braciszka o niewyjawianie babie sekretu - słuchała sobie Biblii. Potem Mina dostaje w ryj i ojciec wyrzuca ją na ulicę.

No ekstra. W filmie o Bogu nie ma miejsca na ekumenizm? Promuje się pogląd, że inna wiara to zła wiara, a każdy kto chce zmienić wyznanie, musi cierpieć? Powinno być ostrzeżenie na samym początku - że to film wyłącznie dla chrześcijan. W dodatku takich o zamkniętym umyśle i radykalnych.

Co tam jeszcze się działo...?
Aha, dwóch pastorów chce się wybrać na wakacje do Disneylandu, ale nie działa im samochód. Zamawiają zastępczy, ale też nie działa. I potem dostają jeszcze jeden, ale też nie odpala. W międzyczasie pomagają typkom, którzy bez ich pomocy zalaliby się łzami i utonęli w oceanie własnych chrześcijańskich łez - vide Josh, Mina. Na koniec jeden z pastorów wpada na zajebisty pomysł - uwierzmy, że samochód zapali. Wkładają bagaże do bagażnika, siadają do środka i ten genialny mówi; "Boże spraw, by ten samochód zapalił!". Drugi trochę wątpi: "Myślisz, że to wystarczy, żeby zadziałało?" Na co ten pierwszy: "A znasz lepszą modlitwę na to, żeby samochód odpalił?"

Hihi, haha. Śmieszkom nie było końca.
No ale serio, to zadziałało i w końcu pojechali.

Kulminacyjna scena - masa ludzi idzie na koncert w czymś, co chyba ma być kościołem, ale wygląda jak centrum handlowe (dobry trik). Pastorzy przejeżdżają obok i tak jakoś szczęśliwie się zdarza, że są świadkami wypadku - Jeffrey'a potrąca samochód. Ma połamane żebra, ale jest nadzwyczaj gadatliwy. Nawraca się w kilka sekund, bo ma zaraz umrzeć. W tym czasie Mina, Josh, Chińczyk, Blogerka Chora Na Raka, Religijna Dziewczyna i Wszyscy Inni Dobrzy Chrześcijanie robią Wielkie Chrześcijańskie Pogo.

To chyba pierwsza fajna scena - z niezłą muzyką i niesamowitym klimatem wielkiego koncertu.
Niestety, to też ostatnia fajna scena, bo na tym gniot się kończy.
Czego się dowiedzieliśmy?

Ateiści są nie tylko źli, ale złośliwi (szczególnie wobec chrześcijan).
Ateiści robią kariery jako Ludzie W Garniturach Na Wysokich Stanowiskach. (Wspominałam już, że są źli?)
Każda sytuacja jest dobra, żeby poprzesadzać i zrobić z siebie męczennika. Jezus to uwielbia!
Wierzący wszystko traktują zbyt serio i nie potrafią sobie wyobrazić sytuacji, gdzie milczą dla własnego dobra.
Muzułmanie to nie są wierzący, są źli i w ogóle są tacy sami jak ateiści (albo gorsi).
Jeśli jesteś złym ateistą, to Bozia może cię ukarać. Albo nie, bo w jednej scenie staruszka chora na demencję, w chwili oświecenia peroruje, że czasem Bóg pozwala ateistom przeżyć życie beztrosko.
Nie istnieją agnostycy, wątpiący, nie istnieją wierzący niepraktykujący. Istnieją turbochrześcijanie i ateiści (z reguły bezmózdzy, no i źli - mówiłam już o tym?)

Hej, świat nie jest czarno-biały. Wyznawcy innych religii nie są źli. Nie wszyscy, którzy nie chodzą do kościoła to ateiści. Nie wszyscy ateiści to, przepraszam, kutasy. Filmu nie rekomenduję nikomu. Przemówiłby do mnie, gdybym miała 7-12 lat, ale nie polecam karmić czymś podobnym swoich dzieci.

środa, 19 października 2016

Nauka sprowadzania do wspólnego mianownika



Mam 6 lat. Jestem jednym z najbystrzejszych dzieci w pierwszej klasie. Szybko to zauważam, nikt nie musi mi tego mówić, po prostu moja ręka ciągle jest w górze i znam odpowiedzi na większość pytań.

Słyszę pochwały, tak, ale słyszę też "daj szansę innym", "nie wolno uzupełniać ćwiczeń do przodu".
Na świadectwie przez trzy lata same dobre słowa, wygrane konkursy i dwa zadania "Julia ma problem z organizacją miejsca pracy i panowaniem nad swoimi emocjami." Bo notorycznie robię bałagan na ławce i nie panuję nad emocjami. Shit happens.

piątek, 7 października 2016

Był Wołyń, mógłby być Zwierzogród, a teraz jest życie



Poszłam na "Wołyń" właściwie przypadkiem, ponieważ miałam dwie godziny czasu i nie chciałam ich spędzać w galerii handlowej.

- Dobrze widzę, że mam do wyboru Smoleńsk albo Wołyń?
- No, tak, na to wygląda
- To już wolę Wołyń
*uśmiech zrozumienia ze strony kasjerki*

Tragicznie zrobiony film na temat tragedii, albo po prostu film na temat tragedii. Nie miałam ochoty na nic ciężkiego, bo byłam zmęczona, ale niestety poza tymi dwoma produkcjami polskiego kina miałam do wyboru tylko jakiś horror.

niedziela, 11 września 2016

Dlaczego ma mnie obchodzić prawo? - randka z książką "Prawo dla Pań"



Nie jestem fanką prawa. Nie, wróć, ja nienawidzę tematów prawniczych. Szanuję i podziwiam osoby, które pracują w tym sektorze, jak również studentów - dla mnie to wszystko tematy zawiłe, rozległe i sztywne. Jednak - spójrzmy prawdzie w oczy - tak bardzo potrzebne.

"Prawo dla pań" przybliża tematy prawne, które powinny zainteresować każdą przeciętną Kowalską, podtytuł "krótki kurs prawa dla każdej z nas" jest jak najbardziej właściwy.

O czym przeczytamy w tej publikacji?

O tym jak wyjść z mąż

Gdybym przeczytała tę książkę wcześniej, nie byłabym zaskoczona, że przed ślubem z Ukraińcem czeka nas... rozprawa sądowa. I to nie dlatego, że on coś przeskrobał, ale z tego powodu, że Ukraina nie wydaje zaświadczeń o stanie cywilnym swoich obywateli. Ustala się go więc na sali sądowej na podstawie zeznań przyszłego pana młodego i jego wybranki.

O pracy

Sądziłam, że wiem wszystko o typach umów i długości poszczególnych urlopów, i że właściwie tematy związane z pracą mam już "obcykane". A jednak nie - nie miałam pojęcia, że ukończenie szkoły średniej zakończonej egzaminem maturalnym daje mi 4 lata stażu pracy! Wiedziałam, że po studiach wyższych ma się 8 lat stażu pracy. Po 10 latach stażu dostaje się upragnione 26 dni urlopu zamiast 20. Ta perspektywa jest bliżej niż myślałam ;)

O nieruchomościach

Kupowanie domu lub mieszkania jest jeszcze przede mną, dlatego informacje na ten temat były szczególnie cenne. Przeczytałam też uważnie fragment o kredytach hipotecznych, choć nie zamierzam się o taki starać.


O dzieciach

Czy wiedzieliście, że prawo przewiduje sytuację, gdy rodzice nie nadają imienia dziecku? Wówczas decyduje urzędnik USC (urzędu stanu cywilnego) - nadaje jedno z popularnych imion. Ja nie miałam o tym pojęcia! Można także przeczytać o zwykłych procedurach, które należy dopełnić w związku z urodzeniem dziecka. A także o dziwnych imionach, które rodzice nadają dzieciom i o tym, że nie zawsze dostają zgodę ;)

O zakupach, ratach i długach

Dzięki temu działowi dowiedziałam się, że reklamacje można składać również drogą pocztową. Może w końcu spróbuję się ubiegać o zwrot gotówki za buty, które kupiłam w innym mieście, a po niecałym roku zaczęły się rozpadać...

O zdrowiu

W tym dziale można się dowiedzieć, jak wybrać lekarza rodzinnego, co jest refundowane przez NFZ i na jakich zasadach, a także jak starać się o odszkodowanie w wypadku błędu lekarskiego.

O rozwodach i alimentach

Wśród moich znajomych są dziewczyny, których związki się rozpadły. Przed lekturą książki, rozmawiając z nimi, nie miałam pojęcia o trudnościach prawnych, którym muszą stawić czoła. Dowiadywałam się od nich o procedurach przez jakie przechodzą, unosiłam brwi i mówiłam "taaak?" Teraz to jest bardziej "aha", i nawet potrafię się domyślić niektórych rzeczy. Mam nadzieję, że taka wiedza nie przyda się mi w praktyce, ale zawsze będę potrafiła komuś doradzić, albo przynajmniej zrozumieć, przez co przechodzi.

O rentach i emeryturach...

... a nawet ubezwłasnowolnieniu. Dobrze wiedzieć, że ktoś od nas zależny finansowo może mieć ograniczone prawa, jeśli za dużo bryka ;)

O dziedziczeniu

Kiedy umiera nam bliska osoba, ostatnia rzecz, którą chcemy się zajmować to prawne regulacje związane z rozdzielaniem jej majątku. Niestety, jest to konieczne. Dobrze jest mieć gdzieś z tyłu głowy przynajmniej ogólne pojęcie o tym, co można lub co należy zrobić.


Co jeszcze znajdziemy w książce?


  • wzory dokumentów
  • ciekawostki
  • spisy najważniejszych aktów prawnych dotyczących danego tematu
  • instrukcje krok po kroku co robić w różnych sytuacjach życiowych i gdzie zasięgnąć porady
  • wykresy i statystyki
  • historie z życia wzięte

Werdykt? Ta książka przekonała mnie, że wiedza o prawie może być podana w ciekawy i przystępny sposób. Za jej udostępnienie do lektury dziękuję serdecznie wydawnictwu Lingo.

niedziela, 28 sierpnia 2016

Fear of the RAK



Miałam pięć, może sześć lat, kiedy moja babcia zachorowała na raka. W moich oczach to było coś nagłego, coś brutalnego, dziwne zdarzenie, które przełamało miłą rutynę do tego stopnia, że wyryło się minuta po minucie w mojej pamięci. Wszystkie inne zdarzenia z tamtych czasów, pierwszy dom i moje wesołe zabawy to jedna, niespójna całość. Zaledwie kilka zdarzeń wyróżnia się na tyle, żebym mogła opowiedzieć je w sposób zorganizowany i chronologiczny.

Jedliśmy przy stole w kuchni jakiś posiłek, rozmawialiśmy. Nagle babcia zerwała się z krzesła jak oparzona i popędziła do przedpokoju. Oparła się o duży, wiklinowy kosz z praniem, który był chyba wyższy ode mnie. Zaczęła jęczeć z bólu. Ktoś wezwał pogotowie. Ja stałam i patrzyłam, nie wiedziałam, co się dzieje, wiedziałam, że coś złego.

W tym momencie chciałabym złożyć wyrazy najszczerszego uznania dzieciom, które ratują dorosłych dzwoniąc na pogotowie. Ja nawet nie znałam numeru.

Za jakiś czas babcia wróciła i dorośli powiedzieli mi, że wyzdrowiała. Ale to nie była prawda. Minęło kilka lat, zanim dowiedziałam się o nawracającym charakterze raka. "Ta choroba nazywa się rak, ponieważ lubi się cofać. A raki chodzą do tyłu." - wyjaśniła mi babcia.

Babcia prała, sprzątała, gotowała, wychowywała swoje wnuki, czyli mnie i brata. Uczyła mnie czytać, odrabiała ze mną lekcje, rozmawiała ze mną, chodziła na spacery. Angażowała się w przygotowywanie mnie do konkursów. Pracowała z dziadkiem w ogrodzie, robili też razem zaprawy i jeździli na wycieczki. Spotykali się ze znajomymi.

A gdzieś tam, poza zasięgiem wzroku wszystkich, babcia prowadziła drugie życie. Cierpiała. Wylewała swoje egzystencjalne żale do pamiętnika, który spaliła, by oszczędzić nam przykrych oskarżeń wobec ludzi i świata, jaki zapewne zawierał. Pamiętam wieczór, kiedy darła zeszyty i wrzucała je do pieca. Pytałam dlaczego, a ona powiedziała po prostu: "Nie chcę, żeby ktoś to czytał. Pisałam to pod wpływem złych emocji."

Wcale nie gdzieś tam, ale całkiem blisko nas, codziennie, babcia prowadziła drugie życie. Myślała o śmierci, o nieuchronnym końcu. To było widać, kiedy brał ją nastrój na czarny humor. Miała mdłości. Wymiotowała. Nie skarżyła się na to wnukom. Traktowała swojego raka jak nic nie znaczące przeziębienie. Mówiła, że jest w porządku. Często chorowałam i wtedy babcia zajmowała się mną tak, jakbym to ja była obłożnie chora, a nie ona. Trzydzieści osiem stopni gorączki i zapalenie gardła czy oskrzeli u wnusi było zawsze ważniejsze niż jakiś tam nowotwór. Pozwalała mi spać w swoim łóżku, na co zawsze narzekał dziadek. Nie miałam pojęcia, dlaczego ;)

Tak naprawdę nie powinna była się narażać - choroba układu oddechowego mogłaby się dla niej skończyć tragicznie. Ale nigdy się nie skończyła. Nigdy nie udało mi się zarazić babci. Podawała mi lekarstwa, przygotowywała posiłki, wodę z miodem i z cytryną, sok z malin.

Jeden sylwester spędziłyśmy razem. Ja, z wysoką gorączką, niezdolna oglądać fajerwerki o północy - nacieszyłam się nimi może z minutę, bo od wyjścia z łóżka natychmiast dostawałam dreszczy. Babcia - w remisji, czyli potocznie, jak to się u nas mówiło "zdrowa", przygotowująca mi butelki z ciepłą wodą, owijająca je ręcznikami, żeby ogrzać mi nogi.

Kiedy myślę o tym dzisiaj, to odwrócenie ról mogło być dla niej zbawienne. Musiała być silna, więc była silna. Przeżyła 8 lat z cieżką odmianą raka.

A ja cały czas się bałam, że zachoruję. Mimo że byłam dzieckiem, miewałam momenty, gdy czułam się pogodzona ze światem i gotowa na śmierć. Może to brzmieć śmiesznie lub strasznie, ale to także moja głęboka wiara przekonywała mnie do tego, że hasło memento mori stanowi ważną część życia. Teraz twierdzę tak samo, ale nie powiedziałabym, że jestem gotowa na śmierć. Bardziej niż kiedykolwiek chcę żyć. Mam plany i aspiracje, jestem w takim momencie życia, że boję się raka i śmierci bardziej niż bym chciała.

Fear of the dark, fear of the dark
I have a constant fear that something's always near

piątek, 26 sierpnia 2016

W drodze na Lofoty - przypadkowe detale (fotoreportaż)

Co zobaczyć w Norwegii, 10 najważniejszych zabytków Szwecji, 50 najciekawszych...
Stop, nie.

Po prostu patrz.

Sztokholm





A to już za Sztokholmem







Wioska Samów - czyli Lapończyków






Kemping na plaży i zbieranie muszelek




środa, 24 sierpnia 2016

Jak umierają rozgwiazdy



Będąc małą dziewczynką, uwielbiałam chodzić po plażach w Norwegii i wyszukiwać wyjątkowe rzeczy, które morze wyrzuciło na swój brzeg. Bez trudu znajdywałam różnego rodzaju muszle, a także zasuszone kraby. Ale trudno mi było znaleźć rozgwiazdę, a jeśli już jakąś widziałam, była żywa, przyklejona wszystkimi pięcioma ramionami do kamienia, kilkanaście centymetrów pod wodą, o wiele piękniejsza niż te, które czasem zdarzało mi się znajdywać na brzegu.

Te, które miałam w swojej kolekcji, opowiadały swoją formą zupełnie inne historie niż rozgwiazdy ze sklepu, z dumnie wyprostowanymi ramionami, wybielone chemicznie bądź pomalowane na absurdalny, czerwony kolor.

Miały pozwijane ramiona, jakby walczyły z żywiołem, kiedy fale wyrzucały je na brzeg. Nawet jeśli znajdowałam nie całkiem wyschnięte, nie mogłam wyprostować ich zesztywniałych ciałek. Wyglądały trochę smutno, może tajemniczo, ale były prawdziwe. Suszyłam je więc mimo wszystko i zabierałam na pamiątkę. Zobaczyłam kiedyś rozgwiazdy zbierane przez inną dziewczynkę były ładne, proste i bardzo duże. Zapytałam ją, jak to robi.

Powiedziała, że suszy takie wyłowione z wody żywcem. Pomyślałam, że to trochę okrutne, ale warte spróbowania, w końcu nieraz rozbijałam omułki, żeby patrzeć jak pożywiają się nimi kraby, więc nie byłam jakoś nadmiernie wrażliwa na śmierć małych stworzonek.

Wyłowiłam rozgwiazdę i zabrałam ją ze sobą do letniego domu. Położyłam na stole na tarasie, w pełnym słońcu. Ku mojemu zdziwieniu, mimo że od powrotu z plaży minęło kilka godzin, stworzonko jeszcze żyło. Zaczęło zwijać swoje ramiona do wewnątrz, aby utrzymać szybko uciekającą z niego wilgoć. Zrobiło mi się smutno, ale rozprostowałam jej ramiona, żeby uzyskać oczekiwany efekt.

I wtedy ona zrobiła to znów. I znów. Obojętnie ile razy próbowałam rozłożyć jej ramiona, ona ciągle walczyła. W końcu wyschła, ale nie była idealnie prosta, bo nie miałam ani cierpliwości, ani serca, żeby ją męczyć.

Nigdy więcej nie próbowałam suszyć żywych rozgwiazd. Możecie się ze mną zgodzić, albo nie - według mnie, jeśli zabijasz coś, żeby się pożywić - jest to uzasadnione. Ale jeśli zabijasz coś wyłącznie po to, żeby postawić to w domu jako dekorację - jest to brak szacunku do życia.

PS. Ciężko winić małe dziewczynki, że nie do końca świadomie decydują o życiu rozgwiazd. Warto jednak, by dorośli pamiętali, że dorodnie wyglądające okazy mieszkańców mórz zwykle są poławiane i zabijane tylko po to, żeby cieszyły nasze oko. Nie kupujcie w sklepach takich pamiątek. Zebranie z plaży przynosi o wiele więcej radości niż zakup, a ponadto jest etyczne i (jeśli zbieramy na małą skalę) nieszkodliwe dla środowiska.

piątek, 19 sierpnia 2016

Dla kogo są książki o modzie, urodzie i... sprzątaniu?



Nigdy nie interesowały mnie takie tematy. Dinozaury, wulkany, skamieniałości, minerały, muszle, języki obce, astronomia, geografia, podróże - owszem. Ubrania, makijaż, moda - to było coś, co uznałam za domenę dziewczyn, które lubią się pokazać. Często miałam wrażenie, że zainteresowanie modą jest bezwartościowe i jeśli ktoś interesuje się tylko tym, jak dobrze wyglądać, automatycznie zasługuje na brutalne wrzucenie do szufladki "pustak" (najlepiej tak, żeby sie jeszcze solidnie potłukł, lądujac na samym dnie). Cóż. Pustak, nie pustak, ale jednak zazdrościogenny... Bo mojej poetyckiej duszy i zamiłowania do fantastyki nie było wiadać jak na dłoni, więc dziewczyny, które wiedziały, jak wyglądać, odbierały mi pewność siebie, ściągając na siebie wszystkie spojrzenia. Myślałam wtedy, że moda to coś na czym się nie znam, do czego nie mam drygu i czego nigdy się nie nauczę. Że albo będę się ubierać jak dziwadło, albo tak, jak chce mama - bo ona ma świetne wyczucie, ale jednak nasze style nieco się rozmijają, więc rzadko kiedy miałam ochotę oddać swój wizerunek w jej ręce.

Przeszłam więc przez fazę kupowania wszystkiego w ulubionych kolorach, a później przez fazę "TYLKO CZERŃ, bo wszyscy muszą wiedzieć, że słucham metalu i jeżdżę na konwenty". Moim głównym źródłem nowych ubrań były obwoźne kramy na festiwalach - nosiłam namiętnie fandomowe koszulki i reklamy kolejnych zjadów miłośników fantastyki. To było fajne, ale jednak czułam się mało kobieco. Póki miałam kobiecość w nosie, czułam się doskonale w przebraniu czarnego fantasy nerda. Ale później poczułam się, no właśnie - jak w przebraniu. Odkryłam, że nie mam stylu, a w mojej szafie jest wszystko i zaczęłam sięgać po książki o modzie, najpierw z zażenowaniem, wstydząc się przyznać, że takie coś mnie serio interesuje. Kilka książek i dwa lata później nie mam już z tym problemu.

Hej, to świetna sprawa! Z tymi książkami zrobiłam porządki w głowie, w szafie i na łazienkowej półce. Posortowałam swoją biżuterię i zrozumiałam, dlaczego ubrania dobrej jakości to lepsza inwestycja niż poliestrowe łachy. Rozróżniam materiały! Coś, co było czarną magią, stało się oczywistością, wystarczy, że dotknę tkaniny i rozpoznaję moją ulubioną wiskozę.

Praktyczne wykorzystanie wiedzy o wizerunku to nie pustactwo, lans czy chęć pokazania się.
Moda to również dziedzina nauki i obiekt zainteresowania naukowców!
Makijaż, przy odpowiednim podejściu, to nie szpachlowanie, ale sztuka.
Od kiedy myślę w ten sposób, nie ma we mnie tyle złości i zawiści wobec stylowych dziewczyn.
Bo ja też wiem, jak pięknie wyglądać. :)

Oto 4 książki, które polecam, jeśli chcesz zrobić porządek ze swoim wizerunkiem - czyli: makijażem, ubiorem i otoczeniem.

Zacznij się malować tak, jak lubisz



Książka zawiera właściwie wszystko, co trzeba wiedzieć, aby wykonać zarówno zupełnie podstawowe, jak i pełne makijaże. Dobry punkt wyjścia dla kogoś, kto dopiero zaczyna lub komu brakuje wiedzy dotyczącej najważnieszych zagadnień. Szczegółowe i jasne instrukcje, lista przedmiotów, w które warto się zaopatrzyć, realistyczne i luźne podejście autorki do tematu makijażu (nie próbuje lansować żadnych "must have", ani "must do", za to pokazuje ilość możliwych opcji i tzw. "najlepsze praktyki"). Wiele zdjęć i ilustracji, wszystko wysokiej jakości, miła dla oka czcionka i przejrzysty układ książki, odnośniki do innych rodziałów, a do tego świetny styl pisarski autorki. Przez ten podręcznik przebija jej miły, nieco zadziorny charakter i czytając nie da się nie czuć do niej sympatii.

Ogarnij swoją szafę!



Książka bardzo pomocna w zdefiniowaniu własnego stylu. Z punktu widzenia osoby takiej jak ja, która do tej pory miała styczność jedynie z klasycznym pojmowaniem mody i stylu, gdzie więcej znaczy lepiej, ten podręcznik to prawdziwe remedium na ubraniowe troski. Joanna pokazuje, jak uprządkować szafę i na co zwrócić uwagę, wybierając się na zakupy. Wspaniałe jest to, że autorka nic nie próbuje nikomu narzucić, ani naciągać na wielkie wydatki. Wręcz przeciwnie - podczas czytania, zrozumiałam, że moja garderoba jest niemal kompletna, i bardziej muszę z niej parę rzeczy odjąć niż do niej dodać. Co za ulga!

Wskocz na kolejny modowy poziom - zainspiruj się



Książka nie tylko świetnie napisana, ale niezwykle estetyczna, z wieloma zdjęciami i szkicami autorki. Powiedziałabym - uczta wizualna. Czyta się niezobowiązująco i leniwie, niczym starannie wydaną gazetę, jednak jeśli miałabym precyzyjnie opisać charakter tej publikacji, przyrównałabym ją raczej do stylowego pamiętnika/autobiografii. Dużym plusem jest to, że autorka "stylem" nazywa nie tylko ubiór, ale i zachowanie oraz mnóstwo innych elementów, które na styl mogą się składać. Nie jest to (na szczęście!) typowy poradnik (choć można wiele zaczerpnąć dla siebie), a narracja w stu procentach osobista, zabawna, niekiedy autoironiczna. Idealna lektura na weekend czy wakacje.

A teraz - porządki!


I na koniec - pozycja o sprzątaniu. Szczerze mówiąc, radziłabym ją nawet przeczytać jako pierwszą z tych czterech. Temat może się wydawać absurdalny, co najlepiej ilustruje moja rozmowa z mamą.

- Mamo, mam świetną książkę, nazywa się "Magia sprzątania"!
- Nie trzeba, znam tę magię. (śmiech)

No cóż, trudno temu przeczyć, niektóre ze sposobów porządkowania przedstawionych w tej książce znałam praktycznie od zawsze, z czasów, gdy porządkowałam z babcią. Jednak, jeśli masz problem z nawracającym chaosem, Marie Kondo naprawdę może pomóc. Nie będzie słowa o typach odkurzaczy czy rodzajach ścierek, za to mnóstwo historii i praktycznych porad na temat tego, jak rozprawić się z nadmiarem rzeczy i brakiem organizacji.

Inna książka o podobnej tematyce: "Sztuka prostoty" Dominique Loreau. Nie jest tak uniwersalna jak "Magia sprzątania" i jak na mój gust, nadmiernie opiewa minimalizm, przez co może się wydawać nieżyciowa.
***

Oczywiście, gdybym wzięła sobie do serca WSZYSTKIE porady ze WSZYSTKICH poradników, jakie czytałam, miałabym teraz w głowie niesamowity chaos. Nie zgadzam się z każdą uwagą, zasadą czy propozycją, ale 75% treści powyższych książek uważam za wartościowe. Przeczytałam jeszcze kilka innych, więc jeśli nie masz zamiaru wciągać się w takie tematy, ale chcesz po prostu się ogarnąć na polu wizerunku - zaufaj mi!

Teraz czytam kolejną książkę - "Elementarz stylu" Katarzyny Tusk. Jeśli jesteś ciekaw(a), co o niej sądzę, zajrzyj za kilka dni na mój profil na Goodreads lub Lubimyczytac. Zawsze zamieszczam krótkie recenzje na Goodreads, teraz postanowiłam też powrócić na rodzime lubimyczytac. Zaproś mnie do znajomych, jeśli chcesz być na bieżąco i masz ochotę powymieniać się książkowymi rekomendacjami. :)

czwartek, 18 sierpnia 2016

Arktyczna rocznicowa sesja w ślubnych strojach - Lofoty, Norwegia [część 1]



Jesteśmy już rok po ślubie! Bardzo szybko to zleciało (chyba każdy tak mówi). Że lata szybko lecą, że dzieci rosną i tak dalej. Albo: "nic się nie zmieniłaś!", żeby z kolei zaprzeczyć biegowi wydarzeń.

Na podróż poślubną pojechaliśmy do Krakowa i w Bieszczady, niewielkim kosztem - mieszkaliśmy u znajomych w pokoju oraz u rodziny w drewnianym wakacyjnym domku, podróżowaliśmy pociągami i autobusami. 


Natomiast rok po ślubie wybraliśmy się trochę dalej i w większym gronie (i znów powiem - nie, nie jestem w ciąży, ani się nie okociłam nie urodziłam). Był z nami mój tata i moje 3 dobre koleżanki, zrobiliśmy sobie roadtrip po Skandynawii. Punktem kulminacyjnym wycieczki były Lofoty. W ostatniej chwili przed wyjazdem złapałam nasze ślubne stroje (myślałam wcześniej o sesji zdjęciowej, ale prawie o tym zapomniałam!)


Na Lofotach byłam po raz trzeci, a mój mąż po raz pierwszy. O fotografowaniu na północy Norwegii mogę powiedzieć z całą pewnością - nie musisz być mistrzem. Wystarczy pstrykać dookoła, ładne widoki zrobią robotę za ciebie. Z tym założeniem przekazaliśmy aparat w ręce Natalii, Magdy i mojego taty, po raz kolejny pomijając w swoich planach usługi profesjonalnych fotografów. Muszę ze wstydem przyznać, że wcześniej wiele razy nie pozwalałam Magdzie robić zdjęć i krzyczałam, że nie umie, a wystarczyło dać jej kilka wskazówek na temat kadrowania i trochę pochwalić, żeby zaczęła robić niesamowite fotografie.


Makijaż wykonała Natalia Gwiazda. Warunki były spartańskie, malowała mnie na dworze, siedziałam na murku, a koło nas co rusz przejeżdżały autobusy i wózki widłowe z suszonymi dorszami. Ponadto wiał dość mocny wiatr, a ja przez nadużywanie narkotyków czekolady, miałam straszny problem z cerą. Te wszystkie czynniki składały się na fakt, że niełatwo było mnie umalować, ale dała radę!
Na zdjęciach tego nie widać, ale było strasznie zimno, około 12 stopni. Bolerko (ku mojemu zaskoczeniu - pasowało do sukni, a kupiłam je kilka miesięcy po ślubie i nosiłam na co dzień) pomagało mi trochę wytrzymać ten chłód, zdjęcia robiliśmy w kilku miejscach i pomiędzy ujęciami chodziłam w trenczu (do kilku zdjęć nawet go nie zdjęłam, bo wyglądał dość fajnie).

A to zdjęcie to chyba nawet ja zrobiłam :)

Kwestię wianka i bukietu rozwiązaliśmy prosto - zerwaliśmy to, co rosło wszędzie, czyli piękne, fioletowe kwiaty. Miałam wianek ze sztucznymi kwiatami, który pomógł stworzyć bazę pod ten właściwy. Nie było to trwałe rozwiązanie, ale do sesji w sam raz.


Spotkaliśmy po drodze sporo osób, którzy nam gratulowali, a my się śmialiśmy i dziękowaliśmy. Miły, romantyczny i zabawny sposób na spędzenie rocznicy. Polecamy!

Podziękowania dla taty, Natalii, Magdy i Agaty za pomoc w przygotowaniu i wykonaniu sesji! <3