środa, 24 lutego 2016

Oddycha? Ojej, nie patrz na to. Włącz lewy kierunkowskaz, omiń przeszkodę.

Słyszałam to dzisiaj kilka razy na kursie prawa jazdy.
Widzisz już przeszkodę? Dobrze, włącz lewy kierunkowskaz, omiń.

Kilkadziesiąt minut później, gdy mąż wiózł już mnie do domu naszym samochodem, zauważyliśmy, że samochody przed nami omijają powoli właśnie taką przeszkodę. Nic szczególnego, prawda?

Mig-mig. Zjazd w lewo. Omija jeden, drugi, trzeci.
Teraz nasza kolej.
Patrzę na przeszkodę.
Przeszkodą jest duży czarny kot. Leży na boku i patrzy się na nas szeroko otwartymi oczyma. Szybko oddycha, jego klatka piersiowa wyraźnie się unosi. Na brzuszku ma kawałek wyrwanej sierści. Jest śmiertelnie przerażony. Ale z pewnością żywy.

Nikogo to nie obchodzi.
Najwyraźniej kot jest tylko przeszkodą na drodze.
Nikt nie ma czasu się zatrzymać.

- Obożeratujmygo
Ratujmy go
Zatrzymaj się

- Zaraz, już

Zszokowani, również mijamy kota. Później Oleh wpadnie na pomysł, że trzeba było zatrzymać się przed kotem i zablokować drogę innym pojazdom. Ale teraz jest teraz. Pierwszy raz ratujemy potrąconego kota.

Zatrzymujemy się kilkanaście metrów za nim.

Stajemy na światłach awaryjnych.

Biegnę do kota. Pochylam się nad nim. Nie widać żadnych obrażeń zewnętrznych.
Ciągle oddycha. Prawie nie zauważa, że do niego podeszłam. Czuję jego strach. Patrzy się niewidzącym wzrokiem na potwory podobne do tego, który go potrącił.

Staję przed kotem, jak tarcza. Albo jak pracownik drogówki. Albo jak policjant.

Mig-mig - mrugają potwory. - Mig-mig

Nikt się nie zatrzymuje. Wszyscy omijają zszokowaną dziewczynę w czerwonej kurtce i czarnego kota, najprawdopodobniej w agonii. A na pewno - ciężko poturbowanego.

Dobiega do mnie mąż, delikatnie przenosimy zwierzę na chodnik.
No właśnie - zwierzę. Zwierzę, to zwierzę. Dlaczego ktoś miałby się nim przejmować?

Prawie płaczę. Szlocham, nie dowierzam, nie mogę się ogarnąć. Kot zaczyna się ruszać, chce wstać, uciec, ale nie ma dość siły. Z wstępnych oględzin wynika, że kot ma połamany kręgosłup. Szczerzy zęby, wyciąga pazury. Zwija się, macha przednimi łapkami, porusza ogonem. Głaszczę go, uspokajam, przytrzymuję możliwie delikatnie, pilnując, by nie spadł z powrotem na jezdnię. Ma miękką długą sierść, zupełnie jak nasz kot, który teraz siedzi w domu i na nas czeka. Chwilę jestem z nim sama, gdy Oleh idzie do samochodu po rękawiczki. Jestem prawie pewna, że uratujemy czarnego kota.

Mimowolnie snuję scenariusz - uratujemy go i przygarniemy. Ten kot jest teraz najważniejszy na świecie. Niczego bardziej nie pragnę, jak tylko go uratować.

- Gdzie dzwonić? - pytam
- Bierzemy go i wieziemy do kliniki - odpowiada Oleh

Nagle podchodzi do nas jakiś chłopak.
Chce pomóc. Mówi, gdzie jest najbliższa klinika.
Tłumaczy mi, ale do mnie to nie dociera.
Nie mogę znieść tego, jak panikuję!

Próbuję delikatnie podnieść czarnego kota.
Lekko podkładam rękę pod jego szyję. Coś lekko chrupie.
Jestem przerażona, bo kot właśnie mdleje, a ja mam go w rękach.
Jeszcze przed chwilą czułam jego napięte mięśnie.
Teraz jest bezwładny.
Umarł? Zemdlał? Co teraz?

Młody mężczyzna, jak się później okazuje, nazywa się Miłosz.
Podobno w takich sytuacjach dobrze mówić do ludzi po imieniu.
Podobno dobrze jest prosić o pomoc.
Proszę go więc, żeby pojechał z nami.

- Uważajcie, kot popuścił... - mówię
- Ojej... - to Oleh

Pod ogonkiem nieszczęsnego kota jest mała kałuża.

Miłosz i Oleh biorą kota na sweter i niosą go do samochodu, bo ja nie mogę.
Boję się, że coś mu połamię. Boję się, że chwycę źle. Nawet zdrowe koty nie lubią mojego chwytu.
Nie wiem jak udzielać pierwszej pomocy kotu. Oni też nie wiedzą. Ale wyręczają mnie bez gadania.
Ja mogę przytrzymać drzwi. Albo drzwi do bagażnika.
Chwilę zastanawiamy się, gdzie lepiej położyć małego pacjenta.
Ale trzeba działać szybko - trafia na tylne siedzenie, a obok niego siada Miłosz.
Oleh sprawdza ręką, czy kotu bije serce.
Mówi, że bije.

Odjeżdżamy.
Zdaje się, że mamy mało czasu.
Ale nie jesteśmy karetką pogotowia - nikt nie może wiedzieć, że właśnie ratujemy życie.
Jedziemy zgodnie z przepisami.
Prosto, prosto, w lewo, w lewo, w prawo. Jesteśmy.
Widzę klinikę. Samochód jeszcze się toczy, a ja już wysiadam.
Potykam się, zataczam lekko. Biegnę do środka. Wpadam jak burza.
Znajduję pokój weterynarzy, stoją we trójkę w otwartym gabinecie, akurat nikogo nie ma.

- Mamy kota. Ktoś go potrącił.
N-nie my. My go tylko przywieźliśmy.
Zemdlał nam po drodze.

- Proszę go tu przynieść i położyć na stole.
Weterynarz, który to mówi jest spokojny.
Jego spokój trochę mnie denerwuje, a trochę sama się dzięki temu uspokajam.

- Już wnosimy. 

Wybiegam. Pokazuję chłopakom drogę.
Wnoszą kota, kładą go na stół.
Miłosz i ja zostajemy, Oleh wychodzi przeparkować samochód.

Osłuchują kota.
Patrzą mu w zęby, oczy.

- Nie żyje.
Zatrzymanie akcji serca. Niestety.
Zbyt duże obrażenia wewnętrzne.

Patrzę i nie wierzę. Piękny, czarny, dorodny kot. Jeszcze przed chwilą walczył o życie, teraz leży tutaj bezradnie. Nie udało nam się. Jemu się nie udało. Pani weterynarz wychodzi do gabinetu obok i wraca z czarnym workiem.

To nieopisane poczucie straty. Nasz-nie nasz kot. Nasz kot. Tylko kilkanaście minut, ale już był nasz. Po prostu. Byliśmy z nim całym sercem. Był najważniejszy.

A teraz go pakują.
Pakują tego nieszczęsnego czarnego kotka do czarnego, beznadziejnego worka.

Trzeba zadzwonić na straż miejską, zutylizują go na koszt miasta - wyjaśnia weterynarz.

Zutylizują
ZUTYLIZUJĄ

Jesteśmy przybici.
Idziemy umyć ręce.
Najpierw Miłosz.

- Ty niosłeś kota, idź pierwszy.
- Dzięki.

Potem ja. Myję ręce i szlocham.

Chcę zmyć z siebie zapach śmierci.
Chcę zmyć z siebie śmierć.

Miłosz wychodzi z łazienki, Oleh wraca i słyszy, że kot nie żyje.

Ja szlocham i myję ręce.
Chyba cztery razy.
Bo pachniały przerażeniem, walką o życie i śmiercią.
Wszystkim na raz.

Miłosz podaje nam numer do straży miejskiej, idzie do domu.
- Poradzicie sobie dalej?
- Tak, dziękujemy.
- Nie ma sprawy. Szkoda, że tak wyszło.

Dzwonię do straży miejskiej.
Przełączają mnie do utylizacji odpadów.
Mówię, że znaleźliśmy kota, nie udało się go uratować, nie zdechł, jest w klinice - podaję adres.

- Gdzie leży? Gdzieś przy krawężniku?
- Nie, jest w klinice. Zdechł po drodze.

Mówię: zdechł, ale myślę: zmarł.
Mówię: zdechł, bo dzwonię do utylizacji odpadów.
Jest mi przykro.
Dzwonię, bo nie przydałam się bardzo w akcji ratowniczej.
Nienawidzę dzwonić gdziekolwiek.
Ale dzwonię, bo tym razem chcę, bo tym razem muszę.
Mają adres, przyjadą.

Żegnamy się, wychodzimy.
Kiedy wsiadamy do samochodu, mój mąż ma łzy w oczach.

- Nie rozumiem, dlaczego ludzie są tacy.

Omijają przeszkody.

Wracamy do domu w ciszy. Staramy się o tym nie rozmawiać. Radio gra, ale żadne z nas go nie słucha. Ja cicho płaczę, a Oleh wyznaje, że powstrzymuje się od płaczu cały czas.

Mig-mig. Mig-mig.
Potwory autozaury. Tak mówiła o samochodach moja bajka z dzieciństwa.
Potwory autozaury, a w autozaurach autoludzie.
Autoludzie na automacie.

Przeszkoda.
Lewy kierunkowskaz.
Omijamy, wracamy na swój pas.
Prawy kierunkowskaz.
I jedziemy dalej swoją drogą.

Byłabym zapomniała. Ktoś jeszcze przecież tego kota potrącił i odjechał.
To on powinien się był zatrzymać, tak, to oczywiste.
Ale jednak tego nie zrobił.
Wzięliśmy na klatę to, co należało do niego.
Spróbowaliśmy uratować pięknego czarnego kota.
Oleh, Miłosz i ja.

Teraz duży czarny kot jest za tęczowym mostem.
Mruczy i kula się po trawie, pokazuje grubiutki brzuszek.
Wierzę, że będzie naszym dobrym duchem.
Zawsze dobrze jest mieć po swojej stronie czarnego kota.

Gorzej, kiedy ma się z nim na pieńku.
Chyba już wiem, dlaczego czarne koty przynoszą pecha.
To wina ludzi, którzy je potrącają.

***

PS. Miłosz, jeśli to czytasz - to jeszcze raz dzięki.

Wypadek miał miejsce dzisiaj ok. godziny 18:30 w Bydgoszczy, na ulicy Solskiego, tuż obok skrętu w Leszczyńskiego (od strony Ronda Kujawskiego). Jeśli to był Twój kot - wiedz, że zrobiliśmy wszystko, żeby go uratować. Był cały czarny, nie miał żadnych łatek. Wyglądał na zadbanego, ale z drugiej strony pojawił się w rejonie, gdzie koty nie powinny chodzić wolno. Trudno powiedzieć - może komuś uciekł, a może był bardzo dobrze radzącym sobie dzikim kotem, skoro wyglądał dorodnie i dożył dorosłości.

Mam nadzieję, że ta historia (jakich wiele) dotrze do jak największej liczby osób.
Jeśli chociaż jedna osoba będzie dzięki temu jeździć ostrożniej, albo stanie się bardziej wrażliwa na dobro zwierząt, to osiągnę swój cel. Nikomu nie życzę takich przeżyć, jakie dzisiaj przypadły nam w udziale.