poniedziałek, 30 maja 2016

10 rzeczy, których nauczyła mnie praca w obsłudze klienta sklepu internetowego z grami komputerowymi

źródło


W 2013 roku przepracowałam 5 miesięcy w firmie zajmującej się m.in. sprzedażą kluczy do gier. Była to moja pierwsza "poważna praca." Wkrótce po jej zakończeniu machnęłam taki oto artykuł.

Oto niektóre z absurdalnych sytuacji, które nie są już w stanie mnie zdziwić. W zależności od humoru powodują jedynie szeroki uśmiech lub lekkie zdenerwowanie. :D

1. To nic, że napisałeś długi i wyczerpujący opis produktu.

Jeśli jest opcja kontaktu z obsługą, ktoś na pewno się skontaktuje, żeby zapytać o to, co już zostało powiedziane.
Wniosek: Każdy potrzebuje kontaktu z żywym człowiekiem (w szczególności idiota)

2. Nazwij coś "preorder i napisz, że nie ma tam bonusów, które zwykle są w standardzie.

Patrz na piętrzące się zamówienia. Od momentu ukazania się produktu aż do dnia premiery zbieraj: najpierw pytania, czy są bonusy, później hejty, że ich nie ma.
Wniosek: ludzie są tak nieogarnięci, że wciśniesz im bullteriera jako kota rasy sfinks.

3. "Dzień dobry chciałem zapytać o... a nie, przepraszam, już znalazłem"

- konwersacje trwające w najlepszym wypadku 30 sekund, w najgorszym do kilkudziesięciu minut, czyli ludzie, którzy wszystko w sklepie/na stronie znajdą sami, ale muszą mieć stojącego nad nimi murzyna, który będzie im świecił pochodnią i chwalił "tak panie, ty być mądry klient".
Wniosek: Ludziom milej się robi zakupy, gdy mogą z kimś porozmawiać, nie lubią być zostawieni samym sobie. Niektórzy nie zdają sobie nawet sprawy, że marnują Twój czas, chociaż potrafią wkurzyć do łez.


4. Bywa, że ktoś przyleci z reklamacją, chociaż nic nie kupił lub kupił to w innym sklepie.

Wniosek: Chce sprawdzić, ile wytrzymasz.


5. Jest jak najbardziej logiczne, że płacąc kartą prepaid typu Paysafecard, jedziesz ją kupić w momencie gdy dojdziesz do momentu, gdy musisz wklepać kod.

Później obowiązkowy bulwers - dlaczego sesja wygasła?!
Wniosek: Internetów się nie nauczysz, musisz je czuć.


6. Dla klienta jest oczywiste, że jeśli rozmawia z obsługą klienta na livechacie i musi iść na obiad/udawać przed rodzicami, że nie ma go na komputerze/iść pod prysznic, usłużny supporter na pewno na niego poczeka.

Wniosek: "Nasz klient, nasz pan" - tutaj nie ma żadnych granic.


7. Zawsze kiedyś musi paść pytanie, czy da się aktywować klucz Steam na Originie, a klucz uPlay na Steamie.

Wniosek: Nadzieja matką głupich, a czytanie zawsze jest za trudne.


8. "Chcę coś kupić, co mam zrobić?"

- czyli ludzie, którzy liczą na to, że pomożesz im zrobić wszystko, od początku, od założenia konta na portalu aż do kupienia produktu. Oni istnieją, naprawdę.
Wniosek: Niektórzy nie powinni wychodzić z lasu, bo bolą w społeczeństwo.

9. "Czy dostanę grę za darmo?", "Niestety nie"

- a więc się obrażę i ocenię Cię jako złego supportera.
Wniosek: Przecież gry za darmo powinien dostawać KAŻDY, kto poprosi.


10. To zupełnie normalne, że w koncie nie podaje się prawdziwych danych osobowych...

...bo przecież każdy portal sprzedający gry oddaje informacje do CIA, FBI, NASA i ZUSu. Śmiesz prosić, żeby klient skorygował dane? Prędzej usunie konto!
Wniosek: Podawać prawdziwe dane ze względów bezpieczeństwa? Kpina.

piątek, 27 maja 2016

Sesja zdjęciowa w stroju opoczyńskim

Od dawna marzyła mi się sesja zdjęciowa z Olą Lewczyńską. Co mnie blokowało? Brak konkretnego pomysłu, no i... wstydziłam się. Tak, wstydziłam się umówić na zdjęcia z dziewczyną z sąsiedniej miejscowości, która jest w moim wieku. Dlaczego? Chyba dlatego, że robi takie świetne zdjęcia i to mnie onieśmielało.

Ale w końcu zdobyłam się na odwagę i termin był ustalony. Chciałam z początku sesję portretową w stylu biznesowym, żeby mieć zdjęcia do CV i na bloga. Ale przypomniałam sobie, że w mojej szafie wisi strój opoczyński po babci... I tak zaczęła się przygoda. W sobotę rano ubrałam się w strój ludowy babci (po uprzednim przymierzeniu go - pasował jak ulał), Oleh zawiózł mnie do Bydgoszczy.  Udało się ustawić sesję na ten sam dzień, kiedy w Douglasie trwała akacja Douglas Beauty Street. Umalowała mnie makijażystka Justyna Graczyk (Douglas), uczesała Malwina Bątor (Zaremba).

Wzięcie udziału w akcji kosztowało jedynie 50 złotych - za tę cenę miałam makijaż, fryzurę, jedno wywołane zdjęcie (pokazałam je tu) i jeszcze mogłam wybrać sobie produkty o wartości dokładnie 50zł! Kupiłam sobie dwa nowe pędzle do makijażu. Oprócz tego kupiłam w kwiaciarni kwiaty, miały być wplecione we włosy, ale Malwina uznała, że lepiej jednak będzie ich nie wplatać, więc po prostu wykorzystałyśmy je później z Olą podczas sesji.

Prosto z Bydgoszczy Oleh zawiózł mnie do Szubina, gdzie spotkałam się z Olą. Potem razem pojechałyśmy do Pińska na zdjęcia. Pogoda dopisała i sesja wyszła świetnie. Wszystko poszło nam bardzo sprawnie i wyrobiłyśmy się w 2 godziny. A pamiątka pozostanie na zawsze :)

Musiałam specjalnie na tę okazję kupić buty, których bym w innym wypadku nie kupiła chyba nigdy w życiu. I wiecie co? Świetnie mi się je teraz nosi!

Zdjęcia wraz z ciekawostkami na temat stroju, cytatami i różnymi faktami na mój temat zamieszczałam przez ostatnie kilka tygodni na instagramie @pyszczucha. Zachęcam do zaglądania także tam. :)



































Jak moje łamliwe paznokcie stały się tak mocne, że mogą nawet zaryć o beton, i dalej wyglądają, jakbym wyszła ze SPA

Zawsze miałam delikatne paznokcie. Właściwie, to kiedy byłam dzieckiem, nie zwracałam na nie uwagi, a próba pomalowania mi ich przez mamę kończyła się moim warczeniem, burczeniem i patrzeniem spode łba.

Nienawidziłam lakierów do paznokci, byłam zainteresowana archeologią, zwierzętami i przyrodą ogólnie. Ale modą i urodą? A pffff...

Potem zaczęłam je obgryzać, jak to się zdarza wielu osobom na różnych etapach życia (ale tylko dzieciom się to wybacza). Nie było to nałogowe, nie obgryzałam do krwi. Właściwie to obgryzanie praktykowałam zamiast obcinania, i nie widziałam w tym nic specjalnie złego, potem sobie poprawiałam cążkami, jeśli była potrzeba. Ale zauważyłam w pewnym momencie, że zdarza mi się obgryzać paznokcie ze smutku (że nikt mnie nie lubi - hehehe, 13-latki)

Stwierdziłam, że obgryzanie paznokci nie pomoże mi w zdobyciu przyjaciół.
Że w ogóle w niczym nie pomoże.
A już na pewno nie w zyskaniu pewności siebie.

No i przestałam obgryzać. Miałam jakieś 14 lat i w szkole zaczęły się chłopięce konkury i dziewczęce pazury. Chłopięce konkury były prymitywne (co nie znaczy, że nie chciałam, żeby ktoś się mną zainteresował... Ech, nastolatki), ale pazury można było spróbować zapuścić. No i spróbowałam. Ale nie mogłam dorównać rówieśniczkom, gdy tylko paznokieć wychodził za palec, łamał się, obcinałam i tak w kółko. Miałam paznokcie różnych długości, bo żal mi było obcinać te najdłuższe, szczególnie kiedy tylko jeden się złamał! No i koleżanki też tak robiły...

I zaczęłam malować. Trwało to z przerwami przez całe liceum i tak aż do tej zimy. Od kilku lat malowałam intensywnie, miałam lakier kilka razy w miesiącu, a przez ostatni rok właściwie bez przerwy. Próbowałam odżywek, wzmacniaczy (oczywiście w lakierze, innych nie znałam). Brałam skrzypowitę, kupiłam sobie skrzyp do picia (chyba jeszcze ciągle stoi... nie byłam przekonana).

Pytałam dermatologa. Właściwie tylko potwierdził moje przypuszczenia. To mogło być wszystko. Na przykład hormony. Na przykład tarczyca. Akurat miałam też problem z okiem, więc...
Badałam tarczycę. Tarczyca zdrowa.
Skarżyłam się tacie - pewnie masz niedobory - mówił, i nie był pierwszą osobą, która tak mówiła, a mnie trafiał szlag, bo to tak łatwo powiedzieć - niedobory, ale kurczę no, niedobory czego?
Narzekałam koleżankom - często przyznawały się do podobnych problemów. Wiele z nich radziło, żeby zrobić hybrydy. Jednak hybrydy to powierzchowne rozwiązanie problemu. Nie chciałam nakładać na moje i tak wyniszczone paznokcie czegoś, co jeszcze bardziej je nadwyręży, tylko po to, żeby udawać przed sobą samą i wszystkimi, że są fajne, długie i zdrowe.

No to fora. Na forach dziewczyny polecały odżywkę Golden Rose Black Diamond. Kupiłam, bingo, rosły! Przestały się rozdwajać i łamać. Było cudownie, malowałam je na złoto i czułam się jak księżniczka.

Ale na raz zaczęły się łamać. I porozmawiałam z moją przyjaciółką-sąsiadką, a ona powiedziała mi, że od tego Black Diamond ma takie same objawy - łamliwe, kruche paznokcie. Przeraziłam się. Odstawiłam, wyrzuciłam.

Mój problem z paznokciami nie był już śmiesznym "ojeja, złamał mi się paznokieć" - typowym problemem stereotypowej dziewczyny. Moje paznokcie rozdwajały się i łamały po obcięciu na krótko. Musiałam uważać na wszystko. Parę razy przez to płakałam. Mówiłam - "zobacz, złamał mi się paznokieć, ale to nie tak, że dramatyzuję, jest naprawdę źle, no patrz" - i podtykałam ludziom prawie pod nos swoje palce, żeby zobaczyli, że nie żartuję.

Z kosmetyków do pielęgnacji paznokci mi tylko olej rycynowy, który miałam już wcześniej i, jak mi się wydawało, dobrze wpływał na paznokcie. Niemal ze łzami w oczach stwierdziłam, że przestaję używać lakierów. W ogóle. MOJA WSPANIAŁA KOLEKCJA MIAŁA SIĘ ZMARNOWAĆ. Byłam niepocieszona. Chyba nikt kto mnie zna, nie podejrzewałby mnie o taką fiksację na punkcie lakierów do paznokci. Miałam ich ponad 20. Ale z dnia na dzień zadecydowałam - koniec. Nie będę więcej malować, i zobaczę, co się stanie.

Smarowałam paznokcie codziennie - olejem rycynowym, kremem do rąk, serum do paznokci z Organique, a po kilku tygodniach kupiłam sobie także w drogerii DM w Berlinie 2 odżywki (krem i olej) z Alverde. Taka pielęgnacja trwa już kilka miesięcy. Kiedy obcinam - to na krótko. Cążkami, bo nie mam jednak cierpliwości do pilniczka.

I jakoś tak, niedawno, pomalowałam je z okazji komunii mojego kuzyna, tydzień później delikatnie zmyłam lakier, używając jak najmniejszej ilości zmywacza. Urosły długie i twarde. Za nic nie chciały się złamać. Wychodziły już za palce! Nigdy nie udało mi się osiągnąć takiego stanu.

Obcięłam je, bo przeszkadzały, wystylizowałam na fajny kształt (no dobra, próbowałam). "Tyle wygrać", pomyślałam. Więc to było takie proste. Moje paznokcie były w porządku. Niczego mi nie brakowało.

One po prostu miały dość zalewania sztuczną masą lakieru do paznokci i traktowania zmywaczem. Myślałam, że to nie tkanka, a martwe ciało, że nie potrzebuje odżywiania, bo nie chłonie. Jak bardzo się myliłam!

Kilka dni temu poszłam jeździć na longboardzie po lesie, ale nagle przestraszyłam się nadjeżdżającego samochodu i zaryłam ręką w beton. Jednym z paznokci też. Nie był uszkodzony. W ogóle. Teraz mam naprawdę paznokcie jak z diamentu. A dlaczego? Bo postawiłam na pielęgnację ekologicznymi, naturalnymi kosmetykami i dałam swojemu ciału czas na regenerację.

Kolejnym krokiem w pielęgnacji paznokci i odkrywania prawdy o nich metodą prób i błędów, będzie pójście na manicure japoński. :)

niedziela, 15 maja 2016

Wyjdź z toksycznego związku: Gdy on decyduje, kto jest "plebsem"

źródło


Zaczyna się cudownie. Poznajesz kogoś wyjątkowego - on nie jest jak inni, chciałoby się powiedzieć - ekscentryk, idywidualista. Bardziej odpycha ludzi, niż ich przyciąga i to napawa cię dumą - on chce być właśnie z tobą, więc musi być w tobie coś wyjątkowego, coś "jego". Sama pewnie nie jesteś przekonana o swojej wartości, dlatego łatwo połykasz haczyk. (Często jest tak, że ta osoba nawet nie próbuje zarzucać przynęty... Nie wszyscy potencjalnie toksyczni mężczyźni działają świadomie. Powiedziałabym nawet, że większość z nich działa instynktownie.)

On powoli odkrywa przed tobą swój świat i okazuje się, że on tak naprawdę częścią ludzi gardzi. Nazywa ich "zwyczajnymi", "normalnymi", albo po prostu tytłuje ich "plebsem". Oczywiście ty, on i garstka znajomych należą do elity. I oczywiście to on decyduje, kto do owej elity się zalicza.

Nie zauważasz w tym z początku nic złego lub traktujesz to z lekkim pobłażaniem. Przecież każdy z nas ocenia innych, dzieli trochę świat na tych lepszych i gorszych, przecież są ci bardziej i mniej inteligentni, ładniejsi i brzydsi, no kurczę, nie da się ukryć. Ale... stopniowo odkrywasz, że jego wrogi stosunek do innych ludzi i wywyższanie się to prawdziwy problem. Dzieląc świat na lepszych i gorszych, zapędza się czasem za daleko. Zamiast mieć otwarty umysł, zamyka się w ciasnych czterech ścianach swoich przykrych, niesprawiedliwych przekonań.

O dziwo, rzadko kiedy okazuje pogardę otwarcie. W kontaktach społecznych bywa powierzchowny, ale jest taktowny. Sprawia wrażenie kulturalnego, miłego... Nikt nie przypuszczałby, jakie poglądy wygłasza, gdy jesteście sam na sam.

Ogranicza siebie. I krzywdzi ciebie.
Jeśli podejmowałaś z nim rozmowę na ten temat, pewnie niewiele dała.

To niestety znak, że musisz uciekać. Oczywiście, jesteś wyjątkowa, niezależnie od tego, czy będziesz należeć do grona"wybrańców" twojego faceta. Znaj swoją wartość, ona nie powinna być zależna od osądów innych. Nigdy nie znajdziesz spokoju, jeśli będziesz szukać aprobaty, by poczuć się ze sobą dobrze. Oczywiście niekoniecznie chodzi o to, by iść pod prąd. Po prostu zajrzyj wgłąb siebie, pomyśl o tym, co w sobie lubisz, co potrafisz i znajdziesz odpowiedź na to, kim jesteś.

Naucz się dostrzegać w sobie i w innych ludziach piękno, a będzie żyło ci się lepiej. Podziały na lepszych i gorszych nie mają sensu. W mojej serii artykułów zwracam się przede wszystkim do dziewczyn i kobiet, ale nie tylko. Czasami także mężczyźni wplątują się w złe związki, między innymi dlatego, że nie wierzą w siebie.

Zapraszam do obejrzenia tego krótkiego wideo. Wzruszyłam się oglądając.



***

Inne artykułu z cyklu "Wyjdź z toksycznego związku":

piątek, 13 maja 2016

Czy opłaca się uczyć więcej niż 2 języków obcych? Jakie języki warto znać?



... czyli, czy warto być poliglotą.

1 x NIE, jeśli rozważasz to w kontekście pracy u kogoś

Najczęściej spotykane oferty pracy dotyczą specjalisty z jednym lub dwoma językami, przy czym jeden z tych języków to zwykle angielski - służący nie tylko do pracy, ale i do komunikacji wewnątrz firmy. Oczywiście, znajomość każdego kolejnego języka na poziomie komunikatywnym to atut, ale może również okazać się kulą u nogi. Nie zawsze zarobisz więcej, a czasem możesz zostać wykorzystany i pracować za tę samą pensję co reszta, ale używając o jeden język więcej. Taka sytuacja przytrafiła się jednej mojej znajomej.


Jeśli chodzi o zapotrzebowanie na języki europejskie (w zapotrzebowaniu na inne nie mam rozeznania, więc się nie wypowiem), poszukiwani są ludzie znający języki krajów sąsiadujących z Polską (rosyjski, niemiecki, czeski, słowacki - rzadziej ukraiński, białoruski, litewski - w tych krajach i tak każdy zna rosyjski) oraz krajów wysoko rozwiniętych w Europie Zachodniej (francuski, niderlandzki, hiszpański, włoski) i Północnej (duński, fiński, szwedzki, norweski). Jeżeli masz wątpliwości, czy opłaca się uczyć języka, w którym jesteś zakochany, wejdź na pracuj.pl, wpisz ten język w wyszukiwarkę i sprawdź, co wyskoczy. ;)

Najczęściej spotykane są jednak oferty z francuskim i niemieckim!

Jeśli znasz język na który jest zapotrzebowanie, pracodawca jest w stanie ci wybaczyć, że niedomagasz w angielskim. Nie wszystkie prace wymagają też jego znajomości, najczęściej jest używany do komunikacji wewnętrznej w dużych firmach i stąd wymóg, by go znać. Nie bój się złożyć CV, jeśli nie spełniasz DOKŁADNIE WSZYSTKICH wymagań. Spełnienie 3/4 tych najważniejszych wymagań w zupełności wystarczy. Reszty potrzebnych ci umiejętności nauczysz się po drodze.


2 x NIE, jeśli Twoim celem jest perfekcja

Spójrzmy prawdzie w oczy - nawet w swoim własnym języku robimy błędy, a co dopiero w językach obcych. Jeśli chcesz być prawdziwym specjalistą od jakiegoś języka, nauka każdego kolejnego zabiera ci czas na szlifowanie tego pierwszego czy drugiego. Zamiast uczyć się trzeciego języka - szlifuj swoją perełkę oraz nie zaniedbuj angielskiego - bez angielskiego się ginie. A jeśli Twoim pierwszym i najważniejszym językiem obcym jest właśnie angielski? Wtedy możesz poprzestać nawet na jednym języku obcym.

3 x NIE, jeśli nie masz na to ochoty

Po co się zmuszać? Z pewnością znajdzie się coś innego, w czym jesteś dobry. Jeśli myślisz, że fajnie by było jakiś język umieć, ale nauka nie sprawia ci frajdy, to albo zmień metodę, albo daj sobie spokój. Dla chcącego - nic trudnego, ale dla niechcącego... najlepszą radą jest zaprzestanie starań, bo i tak na niewiele się zdadzą.

1 x TAK, jeśli sprawia Ci to frajdę

Osobiście uwielbiam uczyć się języków, przygotowywać sobie plany z tym związane, testować nowe sposoby nauki, no i najbardziej - wypróbowywać swoje umiejętności w realnych sytuacjach. Nauka języków może stać się częścią stylu życia i początkiem fascynujących przygód.

2 x TAK, jeśli kochasz poznawać świat

Nie we wszystkich krajach z łatwością dogadasz się po angielsku. Jeśli jesteś hardkorowym podróżnikiem i chcesz się zapuszczać w coraz to bardziej nieznane rejony, dobrym pomysłem będzie przyswojenie chociaż podstaw języka obowiązującego w kraju, na którego terytorium się wybierasz. A czasem po prostu... możesz wywołać uśmiech na czyjejś twarzy, zamawiając herbatę łamanym norweskim lub rzucając niezgrabne "bonjour". Więc... chyba warto?

3 x TAK, jeśli marzy Ci się bizines o międzynarodowym zasięgu

Oczywiście bycie poliglotą to w tym przypadku nie konieczność, ale może się okazać atutem. Język to coś, dzięki czemu ludzie postrzegają Cię jako bardziej "swojego", może ci zatem otworzyć wiele drzwi. Biznesman (albo bizneswoman) będący jednocześnie poliglotą widzi więcej i ma szerszą perspektywę.

A jakie są według Was za i przeciw? Jestem bardzo ciekawa, bo przykłady na ten temat można mnożyć, a ile ludzi, tyle opinii :D

piątek, 6 maja 2016

Efektywna nauka niemieckiego - jak to zrobić?

źródło [klik]
Mam w Niemczech kilkoro dobrych znajomych, w tym takich "przyszywanych" kuzynów, którzy mówią tylko po niemiecku i angielsku. Ale kiedyś nie znaliśmy angielskiego, i potrzebowaliśmy tłumacza, żeby rozmawiać.

Dlatego ciocia tłumaczyła. I jeden kuzyn zapytał, kiedy nauczę się niemieckiego, a ja odparłam, że będę miała w gimnazjum (spodziewałam się, że będziemy mieli drugi język). Tak się jednak nie stało. W liceum także się nie doczekałam - okazało się, że mój program tego nie przewiduje i nie miałam możliwości zapisać się na trzeci język, nawet w ramach zajęć dodatkowych (chodziłam do klasy "dwujęzycznej francuskiej", miałam 6 godzin francuskiego w tygodniu i 2 godziny angielskiego). Żałowałam bardzo. Próby nauczenia się chociaż trochę niemieckiego podejmowałam za każdym razem, gdy w planach był nawet kilkudniowy wyjazd do Niemiec. I w ten sposób łyknęłam trochę słów.

Pierwszym narzędziem do nauki, które zakupiłam, był zeszyt-słowniczek (ze słówkami na marginesach). Zabrałam go na wakacje do mojej koleżanki z Monachium. Zaglądając do niego w wolnych chwilach nauczyłam się kilka słów. Ale z Leah i z jej rodziną rozmawiam po francusku, więc nie było wielkich postępów.

Później próbowałam uczyć się z książki z serii "Blondynka na językach" Beaty Pawlikowskiej. Ogólnie - nie polecam. Zrobiłam może z 2 strony... Metoda opiera się na powtarzaniu zdań, wyrażeń oraz pojedynczych słów zawartych w książce. Dołączona jest płyta. W moim odczuciu kurs był męczący i nie czułam, że robię postępy. Pani Beata śmiało zakłada, że gramatyka jest niepotrzebna, by zacząć mówić. Oczywiście to prawda, że gramatyka nie jest niezbędna, ale czuję się lepiej poznając także gramatykę. Książka poleciała na bookcrossing. Ktoś się nią poczęstował, i może jemu bardziej przypasuje.

Przeglądałam też oczywiście klasyczne rozmówki niemieckie. Uważam jednak, że rozmówki to narzędzie dla odważnych (albo znających solidne podstawy języka - tylko czy tacy sięgają jeszcze po rozmówki?). Jestem tchórzem i nie odważyłabym się w nieznanym sobie języku powiedzieć czegokolwiek, na co mogę uzyskać odpowiedź, której prawie na pewno nie zrozumiem! Mówię czterema językami i nie umiem używać rozmówek. Mimo, że kupiłam sobie kiedyś rozmówki ukraińskie, okazały się nieprzydatnym gadżetem. Zajrzałam do nich może dwa razy, a jestem w stanie prowadzić już normalnie rozmowę i czytać proste teksty (artykuły, komiksy, teksty piosenek).

Dalej były klasyczne podręczniki. Jednego z nich używałam na zajęciach z niemieckiego w ramach kursu finansowanego przez firmę, w której pracuję. Używałam go, póki chodziłam na kurs (dodam, że jednego kursu na poziomie A1 nie ukończyłam - nie miałam dość motywacji i przestałam chodzić, wypisałam się, później udało mi się uczestniczyć w kursie na poziomie A2 (dzięki mojej przygodzie z Memrise, o którym za chwilę, już coś-niecoś umiałam), ale było mi ciężko, kurs był intensywny i nie doczekał się niestety kontynuacji). Później zajrzałam do niego kilka razy, ale nie potrafiłam się zmotywować, mimo, że miałam już jakieś podstawy, a dzięki dołączonej płycie mogłam ćwiczyć wymowę. Był jeszcze kurs z wydawnictwa Edgard, książka + płyta CD, niestety nie mogę go zrecenzować, bo kupiłam go i jeszcze do niego nie zajrzałam (chyba od roku...)

Pierwszym z efektywnych narzędzi, którego zaczęłam używać był portal e-learningowy Memrise. Wybrałam sobie jeden z kursów dla początkujących i rzetelnie przerobiłam 3/4 treści. Jednak Memrise jest narzędziem niedoskonałym - każdy może stworzyć tam kurs, kursy nie są weryfikowane, często brakuje audio, mogą pojawiać się błędy.

Dlatego, kiedy trafiłam na Duolingo, byłam zachwycona. Również każdy może się przyłączyć do tworzenia kursu, ale jest to jeden spójny kurs dla każdej pary języków (np. nauka niemieckiego po angielsku), osoby przystępujące do tworzenia są weryfikowane, ich liczba ograniczona, nowe kursy są oznaczone jako wersje beta, a użytkownicy biorący w nich udział mogą zgłaszać swoje uwagi (po zakończeniu bety zresztą także). Kurs niemieckiego tam dostępny zapewne pokrywa poziomy A1 i A2 oraz jest wstępem do B1 (mogę tak stwierdzić na postawie kilku innych kursów językowych które tam ukończyłam - niemiecki jeszcze w trakcie).

A na koniec wisienka na torcie, czyli kurs, który funduje mi mój obecny pracodawca - Rosetta Stone! Kurs składa się z 20 rozdziałów, z których każdy zajmuje kilka godzin. Zrobiłam dopiero 1/4, ale mój zapał nie stygnie. Jest to najbardziej intuicyjny, najprzyjemniejszy i jednocześnie najskuteczniejszy ze wszystkich kursów. Nie opiera się na tłumaczeniach, ale na total immersion, uczymy się począwszy od podstawowych zwrotów i słów, sens łapiemy z kontekstu dzięki ogromnej liczbie zdjęć zawartych w kursie.

Obecnie oceniam się na poziom A2 - jestem w stanie zamówić coś w restauracji, zrozumieć niektóre nagłówki w gazetach, komunikaty na lotnisku. Bardzo mocno "otworzył" moje ucho pobyt u cioci w Niemczech 2 lata temu, chociaż trwało to tylko 2 tygodnie, miałam kontakt z językiem całymi dniami i zaczęłam wyłapywać co raz więcej słów, ten język przestał być dla mnie bełkotem. Zaczęłam słyszeć i wyróżniać pojedyncze słowa. Myślę, że to był kamień milowy. A teraz moja przygoda trwa i intensywnie się rozkręca, bo kiedy skończę kurs z Rosettą Stone, to będzie kolejny duży krok w nauce niemieckiego. :)

czwartek, 5 maja 2016

Wyjdź z toksycznego związku: Wstęp

Toksyczne związki, to nie coś, co zdarza się wyłącznie w filmach i książkach. Jesteśmy otoczone osobami, którym się to kiedyś przytrafiło, a być może przytrafia właśnie teraz. Jest to artykuł kierowany do wszystkich, ale w szczególności do dziewczyn i młodych kobiet, bo to właśnie im zdarza się najczęściej "wpakować" w coś takiego.

Będę opisać w oparciu o własne przemyślenia i to, co mi się przydarzyło. Będą też wywiady/opowieści (raczej anonimowe) osób, które przeszły przez coś podobnego. Fakty i wnioski, to jest to co dostaniecie w tej serii artykułów. Żadnych krzywdzących konkluzji o tym, że "każdy facet to świnia" (a jestem pewna, że niejednej z nas zdarzyło się tak pomyśleć przez coś złego, co nas spotkało).

Łatwiej jest milczeć - wszyscy milczą. Bo jest jakby wstyd. Bo w toksycznym związku narasta agresja i możesz stać się nie tylko ofiarą, ale i katem. Czasem trudno odróżnić, kto jest kim. Czasem z bliskiej perspektywy przemyślenie tego, co się dzieje i obiektywna ocena sytuacji jest w ogóle niemożliwa.

Czasem kończy się na dwuznacznych żartach. Czasem jesteś kontrolowana, czasem tylko oceniana. Czasem dochodzi do rękoczynów, czasem tylko jego okropne słowa sprawiają, że czujesz się, jakbyś dostała obuchem w łeb.

Dlaczego taka seria? Ofiary przemocy psychicznej najczęściej zwracają się w pierwszej kolejności nie do rodziny czy znajomych, ale do wyszukiwarki. Zapętlone, nierozumiejące już co jest prawdą, a co tylko manipulacją, chroniąc partnera, wolą milczeć. I ja milczałam. Ale już nie chcę.

Swojemu byłemu partnerowi wybaczyłam i on o tym wie. Z frustracją, nienawiścią i poczuciem niesprawiedliwości ciężko się żyje, więc warto wybaczać. Ale wybaczyć, w moim słowniku, nigdy nie znaczyło zapomnieć. Dlatego dla wszystkich dziewczyn, które potrzebują lub będą potrzebowały pomocy, otwieram tę właśnie serię. Nie jest to dla mnie proste, ale zbudowałam swoje życie na nowo dzięki temu, że wykorzeniłam chwasty, jakim były pokłosia toksycznego związku. Chcę pomóc i zapraszam do współpracy. Jeśli wspólnie pomożemy choć jednej osobie, to będzie prawdziwy sukces.

Pyszczucha nie boi się mówić głośno o trudnych tematach!


źródło [klik]

W sprawie zgłoszeń do projektu można pisać na adres julkawis[at]gmail.com