piątek, 27 maja 2016

Jak moje łamliwe paznokcie stały się tak mocne, że mogą nawet zaryć o beton, i dalej wyglądają, jakbym wyszła ze SPA

Zawsze miałam delikatne paznokcie. Właściwie, to kiedy byłam dzieckiem, nie zwracałam na nie uwagi, a próba pomalowania mi ich przez mamę kończyła się moim warczeniem, burczeniem i patrzeniem spode łba.

Nienawidziłam lakierów do paznokci, byłam zainteresowana archeologią, zwierzętami i przyrodą ogólnie. Ale modą i urodą? A pffff...

Potem zaczęłam je obgryzać, jak to się zdarza wielu osobom na różnych etapach życia (ale tylko dzieciom się to wybacza). Nie było to nałogowe, nie obgryzałam do krwi. Właściwie to obgryzanie praktykowałam zamiast obcinania, i nie widziałam w tym nic specjalnie złego, potem sobie poprawiałam cążkami, jeśli była potrzeba. Ale zauważyłam w pewnym momencie, że zdarza mi się obgryzać paznokcie ze smutku (że nikt mnie nie lubi - hehehe, 13-latki)

Stwierdziłam, że obgryzanie paznokci nie pomoże mi w zdobyciu przyjaciół.
Że w ogóle w niczym nie pomoże.
A już na pewno nie w zyskaniu pewności siebie.

No i przestałam obgryzać. Miałam jakieś 14 lat i w szkole zaczęły się chłopięce konkury i dziewczęce pazury. Chłopięce konkury były prymitywne (co nie znaczy, że nie chciałam, żeby ktoś się mną zainteresował... Ech, nastolatki), ale pazury można było spróbować zapuścić. No i spróbowałam. Ale nie mogłam dorównać rówieśniczkom, gdy tylko paznokieć wychodził za palec, łamał się, obcinałam i tak w kółko. Miałam paznokcie różnych długości, bo żal mi było obcinać te najdłuższe, szczególnie kiedy tylko jeden się złamał! No i koleżanki też tak robiły...

I zaczęłam malować. Trwało to z przerwami przez całe liceum i tak aż do tej zimy. Od kilku lat malowałam intensywnie, miałam lakier kilka razy w miesiącu, a przez ostatni rok właściwie bez przerwy. Próbowałam odżywek, wzmacniaczy (oczywiście w lakierze, innych nie znałam). Brałam skrzypowitę, kupiłam sobie skrzyp do picia (chyba jeszcze ciągle stoi... nie byłam przekonana).

Pytałam dermatologa. Właściwie tylko potwierdził moje przypuszczenia. To mogło być wszystko. Na przykład hormony. Na przykład tarczyca. Akurat miałam też problem z okiem, więc...
Badałam tarczycę. Tarczyca zdrowa.
Skarżyłam się tacie - pewnie masz niedobory - mówił, i nie był pierwszą osobą, która tak mówiła, a mnie trafiał szlag, bo to tak łatwo powiedzieć - niedobory, ale kurczę no, niedobory czego?
Narzekałam koleżankom - często przyznawały się do podobnych problemów. Wiele z nich radziło, żeby zrobić hybrydy. Jednak hybrydy to powierzchowne rozwiązanie problemu. Nie chciałam nakładać na moje i tak wyniszczone paznokcie czegoś, co jeszcze bardziej je nadwyręży, tylko po to, żeby udawać przed sobą samą i wszystkimi, że są fajne, długie i zdrowe.

No to fora. Na forach dziewczyny polecały odżywkę Golden Rose Black Diamond. Kupiłam, bingo, rosły! Przestały się rozdwajać i łamać. Było cudownie, malowałam je na złoto i czułam się jak księżniczka.

Ale na raz zaczęły się łamać. I porozmawiałam z moją przyjaciółką-sąsiadką, a ona powiedziała mi, że od tego Black Diamond ma takie same objawy - łamliwe, kruche paznokcie. Przeraziłam się. Odstawiłam, wyrzuciłam.

Mój problem z paznokciami nie był już śmiesznym "ojeja, złamał mi się paznokieć" - typowym problemem stereotypowej dziewczyny. Moje paznokcie rozdwajały się i łamały po obcięciu na krótko. Musiałam uważać na wszystko. Parę razy przez to płakałam. Mówiłam - "zobacz, złamał mi się paznokieć, ale to nie tak, że dramatyzuję, jest naprawdę źle, no patrz" - i podtykałam ludziom prawie pod nos swoje palce, żeby zobaczyli, że nie żartuję.

Z kosmetyków do pielęgnacji paznokci mi tylko olej rycynowy, który miałam już wcześniej i, jak mi się wydawało, dobrze wpływał na paznokcie. Niemal ze łzami w oczach stwierdziłam, że przestaję używać lakierów. W ogóle. MOJA WSPANIAŁA KOLEKCJA MIAŁA SIĘ ZMARNOWAĆ. Byłam niepocieszona. Chyba nikt kto mnie zna, nie podejrzewałby mnie o taką fiksację na punkcie lakierów do paznokci. Miałam ich ponad 20. Ale z dnia na dzień zadecydowałam - koniec. Nie będę więcej malować, i zobaczę, co się stanie.

Smarowałam paznokcie codziennie - olejem rycynowym, kremem do rąk, serum do paznokci z Organique, a po kilku tygodniach kupiłam sobie także w drogerii DM w Berlinie 2 odżywki (krem i olej) z Alverde. Taka pielęgnacja trwa już kilka miesięcy. Kiedy obcinam - to na krótko. Cążkami, bo nie mam jednak cierpliwości do pilniczka.

I jakoś tak, niedawno, pomalowałam je z okazji komunii mojego kuzyna, tydzień później delikatnie zmyłam lakier, używając jak najmniejszej ilości zmywacza. Urosły długie i twarde. Za nic nie chciały się złamać. Wychodziły już za palce! Nigdy nie udało mi się osiągnąć takiego stanu.

Obcięłam je, bo przeszkadzały, wystylizowałam na fajny kształt (no dobra, próbowałam). "Tyle wygrać", pomyślałam. Więc to było takie proste. Moje paznokcie były w porządku. Niczego mi nie brakowało.

One po prostu miały dość zalewania sztuczną masą lakieru do paznokci i traktowania zmywaczem. Myślałam, że to nie tkanka, a martwe ciało, że nie potrzebuje odżywiania, bo nie chłonie. Jak bardzo się myliłam!

Kilka dni temu poszłam jeździć na longboardzie po lesie, ale nagle przestraszyłam się nadjeżdżającego samochodu i zaryłam ręką w beton. Jednym z paznokci też. Nie był uszkodzony. W ogóle. Teraz mam naprawdę paznokcie jak z diamentu. A dlaczego? Bo postawiłam na pielęgnację ekologicznymi, naturalnymi kosmetykami i dałam swojemu ciału czas na regenerację.

Kolejnym krokiem w pielęgnacji paznokci i odkrywania prawdy o nich metodą prób i błędów, będzie pójście na manicure japoński. :)