środa, 29 czerwca 2016

Prawie nie zdałam do szóstej klasy - uratowały mnie wulkany


Nigdy nie wpadłam na to, że można spersonifikować wulkan, ale kiedy przez przypadek natrafiłam na piosenkę z filmu "Lava" na YouTube stanęło mi przed oczami moje dzieciństwo...


Zbierałam kamienie od szóstego roku życia. A może od piątego? Myślę, że ten temat zasługuje na szerszy opis, więc dokonam go innym razem. W każdym razie jako swoje zainteresowania wymieniałam "skały, minerały i muszle", nie "kamienie i muszelki". Fascynowały mnie wulkany, jaskinie i procesy geologiczne. Drżałam z podekscytowania na hasła takie jak "trzęsienie ziemi" czy "tsunami".

Je veux aller au toilette.


Był taki trudny rok w moim życiu, kiedy pojechałam z rodziną do Francji, najpierw pół roku czekałam na wizę - zaczęłam chodzić do szkoły w Strasburgu na 3 miesiące przed wejściem Polski do Unii Europejskiej. Był luty 2004 roku, miałam za sobą 3 semetry nauki angielskiego, po francusku umiałam się przedstawić, policzyć do dziesięciu, powiedzieć "kwiatek", "słoneczko" i "chcę iść do toalety". Nie pamiętałam odmiany czasowników być i mieć w czasie teraźniejszym. Chyba nie muszę mówić, że nie umiałam złożyć ani jednego zdania. Po angielsku porozumiewałam się także kiepsko. Bardziej na migi. Usłużne koleżanki i koledzy w szkole międzynarodowej tłumaczyli mi wszysko na zasadzie porównań.

Lubię to!


"Like this" (jak to) - mówili co chwilę. A ja się zastanawiałam, co oni tak lubią? Czemu co chwilę coś lubią? I jak ja mam się do tego odnieść?

Oprócz zajęć z moją klasą, dziećmi w większości z rodzin dwujęzycznych bądź francuskich, miałam zajęcia FLE (Francais Langue Etrangere - czyli francuski język obcy). Nikt w mojej szkole nie mówił po polsku. Nikt. Moja mama rozmawiała raz z jakąś panią, która rzekomo była Polką i miała polskie dzieci. Ale jej dzieci nie były polskie. Bo kiedy mamy sobie tak rozmawiały, a ja zastanawiałam się, czy nie odezwać się do tych dzieci, jedno z nich podbiegło do swojej rodzicielki i zapytało czystym słodkim francuskim:
- Maman, ou est mon manteau? (Mamusiu, gdzie jest moja kurtka?)

Odebrałam ten przejaw wynarodowienia jako szczególnie obrzydliwy - nie rozumiałam, i nie zrozumiem, jak Polak do Polaka w obecności samych Polaków może mówić w innym języku niż polski?!

#zdawaniesprawdzianów #wjęzykuktóregonieznam #spoko - tak bym pewnie napisała na Twitterze, gdybym wtedy miała Twittera


Tak więc byłam zupełnie sama, ze swoim polskim i właściwie czułam się, jakbym uczyła się mówić od nowa. Musiałam zaakceptować mały zasób słów i to, że nie mogłam mówić tyle, ile lubiłam, bo nie potrafiłam. Mogłam przestać mówić. Ale ja kocham mówić i chyba dlatego robiłam szybkie postępy.

Jednak, żeby zdać rok, musiałam zdawać sprawdziany, tak jak inne dzieci, po francusku. Miałam niecałe pół roku, żeby nauczyć się mówić i pisać po francusku tak, żeby zdać. Pomogła mi w tym matematyka - z matematyki zawsze miałam dobre oceny, bo tam nie trzeba było się uczyć wielu słówek, matematyka jest międzynarodowa i przyjęłam wtedy ten fakt z wielką wdzięcznością.

Nie byłam ambitna

Nie byłam wcale ambitna. To był instynkt przeżycia. Ja jęczałam, że nie chcę pracować ze słownikiem i odmawiałam tłumaczenia tekstów słówko po słówku. Mama namawiała, siedziała ze mną lub nie, pomagała, trwała przy mnie, ale nie można powiedzieć, że mama nauczyła mnie francuskiego. Z jakiegoś powodu większość ludzi, którzy wiedzą, że jest tłumaczką francuskiego i skończyła filologię romańską, zapytała mnie o to co najmniej raz. Nie, mama nie nauczyła mnie francuskiego. Ona dała mi przestrzeń do nauki francuskiego. Tylko tyle i aż tyle.

Pewnego razu nastąpił przełom. Naprawdę chciałam nauczyć się na sprawdzian. Był o wulkanach i miałam pradziwą motywację. Musiałam długo maltretować fiszkę, na której oparty był test oraz tłumaczyć słówka (niestety). Dostałam 17/20*! Puchłam z dumy! To był przełom - pierwszy sprawdzian wymagający pisania, który napisałam tak wysoko. Zapamiętam to do końca życia.

Prawdę mówiąc, nikt nawet mi nie mówił, że mogę nie zdać do następnej klasy. Mama powiedziała mi później, że było blisko, ale dałam radę i zdałam. W tamtym roku nie otrzymałam polskiego świadectwa, a jedynie certyfikaty potwierdzające ukończenie 2 trymestrów nauki we Francji, w klasie CM2 (odpowiednik klasy 5 lub 6  - zależy jak patrzeć - we Francji).

I oto cała historia.

*Tak wyglądają oceny we Francji - skala 0-20. 1-9 - niezdane

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Jak znalazłam pierwszą "poważną" pracę?


Niegodna "normalnej" pracy?

Chociaż konto na pracuj.pl miałam chyba od 15 roku życia, to wydawało mi się, że mając 20 lat ciągle nie jestem godna tego portalu. No, że po prostu tam pracy nie znajdę. Gdybym mogła cofnąć czas - zaczęłabym swoje poszukiwania właśnie od pracuj.pl. Jak się okazało, nie byłam wcale gorsza, niż absolwenci uczelni... Ale do rzeczy. Rozpoczęłam poszukiwania pracy od solennego postanowienia, że za żadne skarby nie pójdę co pracy w call center, bo nienawidziłam (i nienawidzę dalej) telemarketerów.

Oczywiście mam znajomych, którzy w tej branży pracowali, ale większość z nich sama tej pracy nienawidziła - moim zdaniem to przeżytek i nieetyczny sposób nagabywania ludzi, który powinien po prostu umrzeć śmiercią naturalną. Chociażby przez brak chętnych do tej roboty.

Jako że wykluczyłam typowe portale do poszukiwania pracy, zostało mi olx.pl i gumtree. Moje pierwsze CV nie było zbyt bogate... Uznałam, że nie nadaję się na żadne "poważne" stanowisko. Nawet rozdawanie ulotek wchodziło u mnie w grę. Wysłałam kilka CV bez rezultatu. Większość czasu, w którym powinnam była przeglądać portale i szukać pracy, przeznaczałam jednak w nieco beznamiętne stukanie w moje ulubione League of Legends.

AAA Młodej, długonogiej sekretarki poszukuję...


Oglądałam niezliczone oferty, obawiając się w pracy molestowania seksualnego, za każdym razem, gdy trafiałam na ogłoszenie o pracy dla sekretarki, która a to miała mieć "miłą aparycję", a to nie więcej niż 25 lat. Czasem nawet wprost było napisane, że przyszły szef będzie wymagał od dziewczyny "czegoś więcej". (Przez to wszystko na pierwszą rozmowę o pracę poszłam przerażona niczym młoda sarna).

Poszłam na jedną rozmowę o pracę, chodziło o "trenera Wellness". Nazwa stanowiska brzmiała fajnie, zastanawiały mnie jednak niskie wymagania... Rozmowa odbyła się ona w jakiejś dziwnej dziurze (no dobra, przesadzam - był to mały oddział Herbalife przy wielkim blokowisku - wyglądał niezwykle marnie). W ten sposób zapoznałam się bliżej z tą dziwną stroną rynku pracy, czyli MLMem i postanowiłam trzymać od niego z daleka. Potrzebowałam stałych dochodów, a nie przygód - nie miałam kasy, żeby pić drogie dietetyczne koktajle, a potem hipnotycznym głosem przekonywać innych, że zmienią także ich życie.


Tata, nie mogę, rozwalam inhibitor


Pewnego pięknego dnia zadzwonił ojciec.
- Co robisz?
- Szukam pracy.
- Cały czas jej szukasz?
- No... Tego...
- Czy możesz przyjechać pomóc mi na farmie? Siedzisz tam bez sensu, a będąc w domu, też możesz szukać pracy.

No, co miałam zrobić? Powiedzieć mu, że jestem zajęta napierdalaniem w inhibitor, pod postacią chomika bądź różowej wróżki i dlatego nie mam czasu zająć się królikami albo nakarmić drobiu? Pojechałam. Zresztą miałam ochotę w końcu poczuć się potrzebna.

Jakoś wtedy odbyła się też dość poważna rozmowa z obojgiem rodziców. Była trochę długa, ale przesłanie krótkie i jasne: "Albo idziesz do pracy, albo wracasz do domu. Nie będziemy sponsorować twojego pobytu w Poznaniu, skoro rzuciłaś studia."

Jeszcze zanim pojechałam do domu, natknęłam się na reklamę google, że firma Kinguin (wtedy znana jeszcze pod nazwą level77) poszukuje osób do obsługi sklepu internetowego z grami komputerowymi, z językami francuskim i angielskim. Wow! Kojarzyłam ich z Facebooka. Bałam się wysłać CV. Pomyślałam, że to oferta dla ludzi po studiach, a ja jestem jakimś tam leszczem, i w ogóle, co ja tam umiem. Tata zachęcał mnie, żebym spróbowała. Mama trochę się krzywiła, no bo znów te gry.

Króliki, kury i CVki


A potem, zajmując się już królikami i kurami, przygotowałam 2 wersje CV (już wtedy obiło mi się o uszy, że kreatywność czasem ma znaczenie, a ja nie miałam nic do stracenia). Im dłużej opiekowałam się uszatymi mieszkańcami klatek, tym bardziej rozumiałam, że nie mam ochoty spędzić z nimi całego życia (chociaż było fajnie - to jednak monotonia dawała mi w kość).

Wersja nr 1 - poważna.
Wersja nr 2 - kreatywna
Napisałam jeszcze list motywacyjny. Naprawdę chciałam się dostać na to stanowisko, w mojej ówczesnej sytuacji było ono szczytem marzeń.

Zostałam przyjęta. Moje CV zostało zapamiętane i ktoś później pochwalił je w momencie, gdy w ogóle się tego nie spodziewałam. W dodatku dostałam taką pensję, o jaką poprosiłam! Tata podpowiedział mi, że muszę sobie policzyć, ile wystarczy mi na życie i nie zgadzać się na mniej. Zastosowałam się do tej rady i w ten sposób, bez szarpania i negocjacji, dostałam od razu wynagrodzenie, które przyjęłam z wdzięcznością. Z perspektywy czasu widzę, że wyceniłam się dość tanio, ale tragedii nie było.

Współpraca z szefem układała mi się bardzo fajnie, był z mojej pracy zadowolony, często mnie chwalił i na koniec powiedział, że zawsze mogę wrócić. Odchodząc, planowałam zakładać własną firmę (nieco zbyt optymistycznie i nieco zbyt bez planu :D) Wszyscy życzyli mi powodzenia i mój ostatni dzień w pracy był prawdziwym happy endem. Zdecydowałam się na zakończenie współpracy wyłącznie dlatego, że chciałam wyprowadzić się z Poznania, gdybym zdecydowała się zostać, miałabym przedłużoną umowę.

Pracodawcę polecam z całego serduszka i jeśli jesteś z Koszalina lub Poznania i marzy Ci się praca w branży gier, aplikuj koniecznie na www.kinguin.net/jobs!

Jest jeszcze jedna ciekawostka. Przez pierwszy miesiąc pracy w Poznaniu miałam... 2 prace. Dostałam 3, ale w końcu zdecydowałam się na 2.

C D N -> Jak zostałam animatorką?

piątek, 24 czerwca 2016

Czym jest zło?


Zło. Za tym słowem kryje się znaczenie niemal dla nas oczywiste, jednak trudne do zdefiniowania. Zło jest określeniem czegoś niezaprzeczalnie negatywnego, aczkolwiek ciężko wskazać konkretną sytuację, przedmiot, cechę czy cokolwiek, co można by nazwać jednoznacznie złym.
Określając człowieka epitetem „zły”, mamy najczęściej na myśli kogoś, kto popadł w konflikt z prawem, bądź złamał (czy też łamie notorycznie różne zasady). Złe zwierzę, np. zły pies – to właściwie zwierzę agresywne, ponieważ zwierzęta nie są z natury złe (wg wiary chrześcijańskiej). Złym przedmiotem może być natomiast rzecz, która kojarzy nam się z negatywnymi, niefortunnymi przeżyciami, które z kolei mogą zyskać miano złych zdarzeń.

Aby od najmłodszych lat kształtować u dzieci poczucie dobra i zła służą między innymi wszelkiego rodzaju bajki, baśnie. W klasyce – takiej jak baśnie Andersena czy braci Grimm można znaleźć wiele przesłanek moralnych, które są jasne nawet dla dzieci (rzecz jasna dorosły czytelnik odbiera sens tych utworów nieco inaczej) i właśnie dlatego dzieciom powinno się od najmłodszych lat czytać bajki. Oczywiście, nie należy się starać by poznawały zło doświadczając go „na własnej skórze”, ale muszą je znać, aby kiedyś, w przyszłości nie wybrały złej drogi. To dlatego w bajkowym świecie zło zawsze przegrywa z dobrem – po to, żeby dzieci wzorowały się na dobrych bohaterach i również zwyciężały zło, zarówno będąc dziećmi, jak i gdy dorosną. „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj” są to słowa świętego Pawła, ale sądzę, że oddają również doskonale ogólne przesłanie bajek.

Niektórzy wierzą, że zło jest samoistne, niektórzy uważają, że nie. Ja natomiast chciałabym wierzyć, że nie ma samoistnego zła, ponieważ jego istnienie byłoby czymś napawającym mnie ogromnym strachem. Życie ze świadomością, że istnieje coś takiego jak zło w czystej postaci, czyhające gdzieś w świecie czy po za nim, bezwzględne, bezlitosne, niepohamowane i działające destrukcyjnie właściwie bez przyczyny, byłoby trudne i niemal nie do zniesienia. Właściwie zło nie musi być nawet samoistne, żeby „straszyło” – ludzie boją się doświadczyć zła, a jednocześnie sami bardzo często działają na szkodę innych ludzi. W ten sposób zamyka się błędne koło, które kręci się w ten sposób zapewne od początku dziejów.
Co lub kto jest tak naprawdę źródłem zła? Na to pytanie nikt nie jest i nie będzie w stanie nigdy dać jednoznacznej odpowiedzi. Ponoć dobro pochodzi od Boga. Ale nie koniecznie można powiedzieć, że analogicznie zło pochodzi od szatana, ponieważ on kiedyś był dobry, dlatego nie może być z natury zły. Jeśli jednak założymy, że zło pochodzi od szatana, będzie nam łatwiej poukładać sobie w myślach pewne sprawy i nie będą nas męczyć wątpliwości (takie właśnie są „plusy” uproszczeń). Joseph Conrad powiedział niegdyś: „Wiara w nadnaturalne pochodzenie zła jest zbyteczna. Ludzie sami umieją się zdobyć na każdą niegodziwość.” W tym stwierdzeniu jest wiele prawdy. Najwięcej zła na świecie powodują ludzie i nie ma się co oszukiwać w tej kwestii.
Osobiście uważam, że zło moralne jest wynikiem decyzji podjętych przez człowieka – złe decyzje zawsze będą prowadzić do zła. „Piekło to inni”, jak mawiał Jean-Paul Sartre. Chociaż „nie zawsze nieznajomość zła jest złem.” (Aureliusz Augustyn z Hippony). Dlatego nie możemy mówić o złu, gdy ktoś wyrządził je niechcący. Powinniśmy to wtedy, wykazując się zrozumieniem i lojalnością, nazywać to nieszczęśliwym wypadkiem, czy też przypadkiem. Co do zła ontycznego – ciężko winić za nie kogokolwiek. W przyrodzie nic nie dzieje się bez przyczyny i zazwyczaj, jeśli coś zostaje zniszczone, to po to, żeby dać możliwość rozwinięcia się czemuś nowemu. Można nawet kwestionować istnienie zła ontycznego i utrzymywać, że siły natury, nawet te niszczące, są mimo wszystko dobre. Jednak zaprzeczając istnieniu zła ontycznego musielibyśmy zaprzeczyć istnieniu samego zła, ponieważ definicja zła moralnego opiera się na definicji zła ontycznego – zło moralne to nic innego jak zło ontyczne, które wyrządza człowiek (poprzez świadome działanie, zaniechanie lub zaniedbanie).

Dlaczego ludzie tak chętnie wybierają zło, czyniąc to często nie do końca świadomie lub usprawiedliwiając to chęcią skorzystania z życia? Czynienie zła jest o wiele łatwiejsze niż czynienie dobra. Zło zdaje się być tak właśnie skonstruowane: łatwe, zachęcające, na pozór przyjemne. Po za tym zło jest jak zakazany owoc, dlatego każdy śmiertelnik chętnie po nie sięga. Tę skłonność, czy może nawet tęsknotę oddają doskonale słowa Woody’ego Allena: „Dobrzy ludzie śpią lepiej od złych, ale ci drudzy bawią się znacznie lepiej, kiedy nie śpią.” Czy też słowa Svena Darko: „Zło jest dobre.” Zło zdaje się niekiedy dominować w świecie. Kiedy pomyślimy, ile jest wojen, chorób, złoczyńców, sytuacji bez wyjścia… Często narzekamy na specyfikę dzisiejszego świata: za dużo w nim pośpiechu, zakłamania, egoizmu. Jakże aktualne są dziś słowa Demokryta: „Kto szuka dobra, z trudem je odnajduje, zło natomiast i bez szukania można znaleźć”.
Czy wobec tego wszystkiego możemy się po prostu poddać i zobojętnieć na całe zło, które panoszy się wszędzie wokół nas? Czyż nie jesteśmy tylko jednymi z wielu i czy nie można powiedzieć, że jeden człowiek w obliczu milionów nie znaczy nic? Nie! „Kto jest bierny wobec zła, ten jest jego współuczestnikiem” (Zofia Kossak-Szczucka), dlatego, jeśli nie chcemy być źli, musimy starać się pokonywać zło. Ono jest jak czarna dziura i jeśli na chwilę przestanie się mu opierać, wciągnie do środka i nie pozwoli się zbyt łatwo wydostać. Dlatego trzeba mu się przeciwstawiać zawsze, bez względu na wszystko, z całych sił. I to nie są jakieś mrzonki czy bajki dla dzieci. To jest brutalna rzeczywistość i sama prawda.

Chociaż nie łatwe do zdefiniowania i niemal nieuchwytne, zło istnieje i kusi ludzi swoją na pozór atrakcyjną aparycją. Nie dajmy się jednak zwieść. „Zło to zło. Mniejsze, większe, średnie, wszystko jedno, proporcje są umowne a granice zatarte (...), jeżeli mam wybierać pomiędzy jednym złem a drugim, to wolę nie wybierać wcale.” (Andrzej Sapkowski – „Mniejsze Zło”)

2009, I klasa liceum, wypracowanie na etykę, ocena: 5+

Pewnie sporo osób je zerżnęło i przedstawiło w szkole jako swoje, bo na starym blogu miało dokładnie 3663 wyświetlenia (co jest absolutnym rekordem, którego żaden z moich postów jeszcze długo nie pobije). Well. A jeśli to komuś w czymś pomogło lub się zainspirował, to się cieszę.

środa, 22 czerwca 2016

Nie obchodzi mnie, kto wygra EURO 2016



Polubiłam kiedyś taki fanpage na fejsbuczku, trudno przetłumaczyć tę nazwę tak, żeby ciągle się śmiesznie rymowała...

Jeśli mój syn będzie lubił piłkę, porzucę go na autostradzie

"Si mon fils aime le foot, je l'abondonne sur l'autoroute"
czyli "Jeśli mój syn będzie lubił piłkę, porzucę go na autostradzie"

Uważałam to za bardzo zabawne. Ogólnie nie porzuciłabym dzieciaka na autostradzie, co to, to nie, ale uważałam fanów piłki nożnej za głuptasów. Takich co patrzą jak iluśtam chłopa biega za piłką i kopie to ją, to siebie nawzajem. A gdzieś pośród tego bałaganu grubas z gwizdkiem wręcza kolorowe post-ity zawsze nieodpowiednim osobom.

No, ogólnie żal.

Piłka i niebo


Ale tak się przewrotnie stało, że to fani piłki nożnej pomogli mi dostrzec światełko w tunelu w jednym z najbardziej depresyjnych epizodów w moim życiu. Nigdy nie zapomnę tego uczucia, kiedy w październikowe popołudnie stałam na całkiem sporym, polnym boisku do piłki nożnej, gdzieś niedaleko Hannoveru, byłam zdyszana, spocona i patrzyłam się w niebo.

"Ja żyję. Żyję naprawdę." - ta myśl była o wiele silniejsza od tego, że nie mogłam wbić moim kuzynom i ich kumplowi ani jednej bramki.

Pikselowe maratony

Moje kości i mięśnie były zesztywniałe po miesiącach siedzenia przed komputerem. Rozwalałam inhibitor w League of Legends kilka razy dziennie, biegałam - myszką, walczyłam - klawiaturą. To było w nocy, tak do trzeciej-czwartej nad ranem. Potem spałam, a popołudnia i wieczory spędzałam w pracy. Dni wolne? Muszę mówić, jaki był mój wybór? ;)

Grałam ciągle, żeby zapomnieć, że mam problemy. Grałam, bo tam byłam wolna, w innym świecie, który był kolorowy i ciekawszy, niż moja szara rzeczywistość. Oczywiście, nie przyznawałam się do tego, nawet przed sobą samą. Szczególnie przed sobą samą.

Najdziwniejsze wakacje w życiu

A potem, kiedy wyjechałam na dziwne, terapeutyczne wakacje - to było tak, odwiedziła nas ciocia z Niemiec i zobaczyła, że jestem blada i smutna, rodzice wypchnęli mnie wręcz siłą z domu, a ona zabrała mnie ze sobą na dwa tygodnie - po prostu odżyłam. Czułam znów, że mam ciało. To było jak wybudzenie się ze snu, jak w filmie "Avatar", gdzie bohater leżał w kapsule i za pomocą fal mózgowych kierował swoim alternatywnym ciałem. Jak w anime "Sword Art Online", gdzie nastolatki, po kilku intensywnych miesiącach gry online w specjalnych "VR gearach" (wyglądały jak kaski), trafiały do szpitala.

Byłam słaba, miałam wiotkie mięśnie, na szczęście jeszcze pamiętałam, w jakiej kolejności rusza się nogami, żeby chodzić.

Ale biegałam po lesie.
Jeździłam na rolkach.
Grałam w osobliwą grę polegającą na odbijaniu piłki głową, zwaną Headis.
Spacerowałam.
Kopałam piłkę.

To moi kuzyni, grający w lokalnym klubie, wyciągali mnie za uszy z mojej depresji. Nawet nie trzeba było dużo rozmawiać. Dużo ruchu na świeżym powietrzu - to się powinno przepisywać każdej osobie, która zmaga się z depresją.

A potem nagle trafiłam na Korsykę. To było tak, że Zuza*, która właśnie tam siedziała, nie odpuściła, nie słuchała moich tłumaczeń, że nie umiem znaleźć tego czy tamtego, znalazła mi lot, dopilnowała, żebym się zgodziła, rodzice i ciocia znowuż mnie zachęcali, no i się zgodziłam.


Jacek

I tam też. Fani futbolu. A przede wszystkim jeden, naprawdę wyjątkowy - Jacek. Chłopak o wielkim sercu, który przywiózł mnie z lotniska, a potem na nie zawiózł. Kilkaset kilometrów, bezinteresownie. Lubił samochody i piłkę nożną i był świetnym kompanem do rozmowy. Nie spotkałam jeszcze osoby, która z taką troską zajmowałaby się swoim autem i tworzyła taką wyjątkową atmosferę w podróży. Muzyka (Ellie Goulding - Burn oraz Dj Antoine - Welcome to Saint Tropez - te 2 piosenki już zawsze będą mi się kojarzyć z tamtymi wakacjami), zapachy... no i widok za oknem - Korsyka. To wszystko było arcydzieło. Lubił klub Chelsea. Wiedział o nim wszystko - to też miało swój urok. Fajnie było go poznać. Jego i kilku jego kumpli. Biegali za piłką po boisku w soboty. Dołączyłyśmy do nich z Zuzą. Było po prostu fajnie. Poczuć wiatr we włosach, prędkość w łydkach i kopnąć z impetem piłkę. Nawet jeśli nie za bardzo wychodziło.

EURO EURO EURO

I wiecie co? Nie obchodzi mnie, kto wygra Euro 2016. Życzę wszystkiego najlepszego naszej reprezentacji, do tej pory idzie jej świetnie, ale myślę, że... cokolwiek napiszę, nikt z naszych piłkarzy tego nie przeczyta. Kibicowanie wydaje mi się zabawne, ale...

Mam szacunek. Bo piłkarze to wspaniałe chłopaki. A przynajmniej ja na takich trafiam. :)


PS. Ten klient nie da się pomalować na pandę

Ostatnio, kiedy malowałam twarze na evencie dedykowanym filmowi Kung Fu Panda, podszedł do mnie chłopczyk-piłkarzyk ubrany w barwy biało-czerwonych i oświadczył, że chciałby mieć namalowanego na policzku piłkarza. Powiedziałam, że mogę mu zaoferować jedynie jakiegoś bohatera z filmu, który promowaliśmy. Po jego minie zobaczyłam, że nie da sobie wcisnąć żadnej pandy, ani tygrysa, wiec zawarliśmy kompromis i namalowałam mu na policzkach polskie flagi. Rozmawiałam z nim w trakcie charakteryzacji, pytałam z kim ogląda mecze. Powiedział, że z mamą, tatą i bratem. Pod sceną, na której malowałam, czekała na niego rodzicielka, również ubrana jak rasowy kibic. Uśmiechnęłam się na ten widok. Jeśli coś tak jednoczy pokolenia, to nie da się nie uśmiechnąć.

*Zuza prosiła, żeby napomknąć, że jest zagorzałą fanką FC Barcelony! ;)

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Jak zrezygnowałam z pierwszych studiów - filologii szwedzkiej z angielskim na UAM?


Zaczęło się od królika i od chęci bycia modną.

Tak, od królika, bo po prostu MUSIAŁAM mieć zwierzątko w domu i to zaraz, i natychmiast. Poza tym był listopad i nosiłam leginsy. Tak mi się podobało, ale mojemu organizmowi widziało się to średnio. Przemarzłam na kość jadąc w leginsach po królika na drugi koniec Poznania.

Byłam wtedy studentką filologii szwedzkiej z angielskim, czyli studiów, na które nie tak łatwo się dostać, bo jest ponad 20 osób na miejsce, o ile rekrutacja w danym roku w ogóle jest uruchomiona.
Bo raz na 2 lata nie ma jej wcale, co jeszcze bardziej nakręca uczelniany biznes. Moje wyniki matur były imponujące (polski rozszerzony - 88%, angielski rozszerzony - 93%, angielski ustny - 100%), a dostałam się dopiero w drugiej turze. Cieszyłam się, ale...

Rok szkolny 2012/2013 był tym, kiedy na Katedrze Skandynawistyki UAM w Poznaniu były dostępne filologia szwedzka i duńska, natomiast nie było norweskiej.
Chciałam norweską.
Chciałam zrobić sobie rok przerwy i iść na norweską.
Ale nie umiałam przeciwstawić się rodzicom, którzy odradzali mi takiego kroku.

Pogodziłam się z tym, że najpierw nauczę się szwedzkiego, a na magisterce i tak będę mogła opanować norweski i jeszcze przyjdzie mi to łatwiej. Pogodziłam się, ale nie do końca, bo kiedy zachorowałam, wątpliwości powróciły ze zdwojoną siłą.
"A co, jeśli marnuję czas?"
"Studiuję szwedzki tylko po to, żeby za jakiś czas uczyć się norweskiego - to obłęd."

Ktoś powiedział mi wtedy, że nauka języka obcego w Polsce owocuje najczęściej karierą w korporacji.

"Nie chcę uczyć się pięć lat tylko po to, żeby skończyć w korporacji" - myślałam. Żeby było zabawniej, w związku układało mi się nie najlepiej. No dobra, w związku układało mi się TRAGICZNIE. To była już właściwie końcówka tej relacji, obustronne próby podtrzymania czegoś, co nie chciało wychodzić. I wzajemne zmuszanie siebie do studiowania tej nieszczęsnej filologii szwedzkiej - siedzieliśmy na niej oboje, chociaż o stokroć bardziej zależało nam na norweskim.

Chorowałam od listopada do stycznia. Zaczęło się od przeziębienia, skończyło na anginie. Zachorował też mój ówczesny chłopak. Próbowaliśmy jeszcze się potem ratować, zdawać egzaminy. Ale po jakimś czasie po prostu się poddaliśmy. Najpierw ja - miałam już pewien warunek z angielskiego. Później on - zrezygnował, bo ja zrezygnowałam. I tak studiowaliśmy bez przekonania.

Nie było łatwo. Płakałam, rozmawiając z mamą na Skype. Nie chciała, żebym rezygnowała, wręcz mi zabroniła. Ale później zrozumiała. Na jeden z egzaminów poszłam, ale oddałam białą kartkę. Zdziwienie mojej pani profesor było ogromne, chyba nie zapomnę jej miny. Byłam jedną z niewielu osób, której podobały się wykłady z literaturoznawstwa i która łapała je w lot - większość narzekała i nie potrafiła zrobić spójnych notatek. Nigdy chyba nie zapomnę miny pani K. i tego wstydu, poczucia straty (mimo wszystko).

Był to egzamin poprawkowy, więc oddając czystą kartkę, właściwie skreśliłam swoje szanse na kontynuację studiów. Byłam załamana. Czułam się beznadziejnie. I zaczęłam szukać pracy.

C D N -> Jak znalazłam pierwszą pracę?

niedziela, 19 czerwca 2016

Gdyby tylko zniknął lęk - A.D.D. o tragedii w Orlando


Post autorstwa mojej znajomej - A.D.D. Przejmująco napisała o swoich uczuciach - smutku, bólu i niepewności, w związku ze tragedią w Orlando. Za jej zgodą dzielę się tekstem i zdjęciem, które mu towarzyszyło na Facebooku.

Trochę przemyśleń na temat strzelaniny w Orlando i ogromnego wpływu, jaki na mnie to wydarzenie wywarło. Planowałam opublikować ten tekst wczoraj, niestety nawalił Internet i zostałam odcięta od wirtualnego świata na jakiś czas. Post będzie bardzo długi (I mean it), będzie mi bardzo miło jeśli ktokolwiek dotrwa do końca.

* * *

14-15.06.2016, E pluribus unum.

"Z wielości jedno" - głosi napis na brzegu amerykańskiego dolara, który towarzyszy mi dzień w dzień odkąd go dostałam prawie rok temu. Błyszczał wtedy żywym złotem - teraz żywym złotem błyszczy się odradzająca się we mnie powoli nadzieja. To mój talizman na wszystkie chwile zwątpienia w siebie i lęku przed przyszłością, przed perspektywą niespełnionych pragnień i marzeń.

Długo zastanawiało mnie, czemu inni - na zajęciach w szkole, na uczelni - jako swoją priorytetową wartość podawali miłość, rodzinę, zdrowie czy pieniądze. Od wczesnych lat u mnie na piedestale stała WOLNOŚĆ, choć przyznać muszę, że w dzieciństwie jeszcze nie do końca ją pojmowałam. Pojęcie to mieści w sobie tak wiele, iż trzeba czasu aby odnaleźć ją sobie, aby zawalczyć o nią w społeczeństwie.

Liberty. Myślę, że to dlatego czuję się tak bardzo Amerykanką, a w wyniku bieżących wydarzeń dziejących się w naszym państwie - tak mało Polką. W jakiś sposób ostatnio tak trudno wierzyć, a tak łatwo stracić nadzieję.
Liberty. Najukochańsza, bez której jesteśmy więźniami chorych rządów nie mających szacunku dla istoty ludzkiej, szufladkujący na gorszych i lepszych, dzielących na dobrych i złych, w momencie gdy podział taki nie ma racji bytu, nie ma sensu istnienia. Czemu tak ciężko być w tym kraju po kolorowej stronie życia?

Przepełnia mnie ogromny smutek. I nie umiem go wyrazić. Brak mi słów, brak mi łez, jest tylko niemy krzyk, jest tylko złość płynąca w żyłach, jest tylko bezsilność i sprzeciw, który nie umie znaleźć ujścia.
To już czwarty dzień, kiedy próbuję dojść do siebie po tym co się wydarzyło w klubie Pulse w Orlando. Zaskakujące, że nie umiem, nie wiem jak odtworzyć kolory, które świat stracił tego dnia, nie wiem jak przejść do porządku dziennego nad tym wszystkim. To już któryś dzień, gdy trzymam to wszystko w sobie nie wiedząc czy ktoś zechce posłuchać (oto dlaczego powstał ten bardzo długi wpis). Zdaje się, że pisanie bardzo pomaga, przywraca równowagę, oczyszcza z negatywnych emocji.

To, co stało się w Orlando spowodowało lawinę w moim życiu, spowodowało napływ emocji a przy moim osobistym kłopocie z ich wyrażaniem zamieniło mnie w chodzący wulkan. Lecz równocześnie pozwoliło mi na niesamowity wgląd w samą siebie, rozbudziło wspomnienia, przemyślenia, które gdzieś kiedyś wyparłam bądź zapomniałam w biegu stawania się dorosłym, gdy na głowę przychodzą zupełnie inne problemy - z pieniężnymi na czele.

Nie chcę więcej stać na uboczu.

Nie wyobrażam sobie bólu jaki muszą czuć teraz rodziny ofiar. Bo mnie boli bardzo. Mimo, że byli to zupełnie obcy dla mnie ludzie, czuję się trochę tak jakbym straciła część siebie. Część wiary w raczej wyidealizowany świat, w którym może istnieć miłość, tolerancja, szacunek dla wszystkich. Chcę dalej wierzyć, że wciąż mamy szansę na stworzenie takiego kraju, takiego świata.

Chłopcy, mężczyźni, którzy zginęli - znaczna część z nich była w moim wieku (21-25). To tak bardzo szokuje i myślę sobie - to mogłam być ja.

Pierwszy raz poczułam obawę, czy przy tym co dzieje się w naszym kraju - czy mogę czuć się bezpiecznie? Czy nie powtórzy się polska wersja amerykańskiego scenariusza z narodowcami w roli głównej? Nie mamy oparcia w rządzie, rząd pośle nas raczej na śmierć.
Nie można nazwać domem kraju, w którym nie można czuć się sobą - wolnym i bezpiecznym. Marzę by wytrzymać polskie piekło, bo mój dom, mój raj czeka gdzieś tam na mnie.

Stojąc przedwczoraj w tłumie osób przed Agencją Konsularną USA w Poznaniu zauważyłam jak bardzo jestem introwertyczna nie tylko w środowisku osób heteroseksualnych, lecz i również LGBTQ. Jak bardzo jestem samotna, nie mając nikogo przy sobie kto zrozumiałby wszystko co czułam w tamtej chwili.
Wpatrując się w zapalone świeczki i tęczową flagę udało mi się osiągnąć spokój. Spokój w sobie, którego tak bardzo potrzebowałam - i przede wszystkim choć przez chwilę nie czułam się tak zupełnie sama.

Gdyby wszystko mogło być tak proste.

Gdy patrzę na widniejącą na jednodolarowej monecie ciemnoskórą niewolnicę z dzieciątkiem na ramionach wraca mi wiara. Bo Ameryka już tego dokonała nie raz - zmieniła coś, co wydawałoby się niemożliwe do zmiany.

Na świat też przyjdzie czas. Boli tylko, że tyle krwi musi zostać przelane, tyle nienawiści okazane, tyle cierpienia zadane, tyle łez wylane w imię urojonych ideałów, w imię chorych fantazji.

W ostatnich dniach przypomniało mi się wiele przypadków samobójczych śmierci nastolatków LGBTQ, wiele śmierci spowodowanych przez homofobów

Uświadomiłam sobie jak głęboko zgubiłam się w akademickim wyścigu szczurów na studiach - nie miałam studiować z myślą, by być jak najlepszym, lecz by MÓC przestać być bezsilnym, by zamienić swoją bezradność, bezradność innych w siłę.

Przypomniałam sobie też, czemu wybrałam się tak daleko na studia - bo wiedziałam, że Poznań to miasto, w którym mam szansę odnaleźć kogoś kto zrozumie, nie przejmując się jednocześnie konserwatywno-katolickim poglądami panującymi na podkarpaciu, bo zostawię je daleko za sobą. Ten drugi aspekt się nie sprawdził - pomimo ogromnej tęsknoty za domem, tak ciężko udawać i mieć dwa oblicza za każdym razem gdy się tam wraca.

Tak bardzo nic się nie zmieniło, bezsilność większa bo większy lęk.

Gdyby tylko zniknął.

piątek, 17 czerwca 2016

Allie


Mała dziewczynka wyszła z domu i napotkała na kota. Był biały, z czarnym nosem. Miauczał jak gdyby chciał jej coś przekazać…

- To banalne. – odezwała się kobieta, zaglądając dziewczynce przez ramię. – I jeśli już to „spotkała”, a nie „napotkała na”. I lepiej zacznij już robić lekcje, zamiast bawić się w te swoje pisaniny.
Dziewczynka spojrzała na nią spode łba.
- Tak... – nie wiedziała co powiedzieć. Ciągle nie była w stanie nazywać nowej partnerki ojca mamą lub po prostu Martą. Żywiła do niej niechęć.
- MAMO. – powiedziała z naciskiem Marta.
- Nie. – dziewczynka odwróciła głowę i pochyliła się z powrotem nad kartką. – Idź stąd.
Marta zmarszczyła brwi. Na jej twarzy osiadł złośliwy grymas.
- Tak! Nie! Wyrażasz się okropnie lakonicznie. I ty chcesz cokolwiek pisać? Z tak ubogim słownictwem? Nie mam słów. Nie, nie mam słów. Dobrze, pójdę sobie. Ale przysięgam ci, wymyślę jakąś karę która nauczy cię do mnie szacunku.

Ta kobieta jest zła – powiedział kot oczami.
- Alfonsyno! To już szczyt!
Tylko nie Alfonsyna. Tylko nie Alfonsyna.
- Allie. Mów do mnie Allie. Nigdy Alfonsyna. – zażądała stanowczo dziesięciolatka.
- ALFONSYNO, za dużo oglądasz amerykańskich filmów. Allie? Coś ty sobie umyśliła? Ach, nieważne.
- Miałaś wyjść. – rzekła Allie i spojrzała na Martę gniewnie. Ta jednak wcale się nie zmieszała.
- Kara się znajdzie. – powtórzyła Marta i wyszła, nie zamykając za sobą drzwi.
Allie słuchała jej kroków. Gdy usłyszała, że Marta zeszła po schodach na dół, cicho wymknęła się za nią. Taty nie było. Wyjechał na delegację. Marta krzątała się w kuchni, a Allie czaiła się za drzwiami, podglądając ją. Kobieta włączyła radio.
- O. Feel. – uśmiechnęła się pod nosem.
„Nienawidzę Feel” – pomyślała Allie, ponieważ wszystko co było związane z Martą, kojarzyło jej się źle.

Rozległo się ciche plaśnięcie.
- Ziemniaki!
Allie podskoczyła. To Marta uderzyła się dłonią w czoło. Miała irytujący zwyczaj mówienia do samej siebie i przesadnego okazywania emocji.
Niemal w tym samym momencie kobieta wyszła z kuchni i skierowała się w stronę drzwi do piwnicy. Stuk, stuk, stuk.
Allie wypadła zza drzwi kuchennych. Podbiegła do wejścia do piwnicy, zamknęła je i przekręciła klucz. Wyjęła go z dziurki i włożyła do kieszeni w swoich dżinsach. Odwróciła się i spokojnie poszła do kuchni. Wyłączyła radio. Wróciła na górę, do swojego pokoju.
Ja też tak myślę. – powiedziała dziewczynka. – Ale teraz nie będzie już nam przeszkadzać.
Konsekwencje – szeptały uszy kota. – konsekwencje…
-ALFONSYNO! – rozległ się wściekły wrzask.
Od dawna jej się należało. – stwierdziła dziewczynka. – teraz ma to, na co zasłużyła. Ojciec wróci za dwa tygodnie. Nikt nie dowie się co się stało.
Konsekwencje – szemrał ogon kota – konsekwencje…

- ALFONSYNO! ALFONSYNO! Otwieraj natychmiast! Ale to już! – Marta bębniła pięściami w drewniane drzwi. Daremnie. Allie siedziała nad swoją kartką i zdawała się jej nie słyszeć.
Drżysz – kot tego nie wypowiedział, ale ona to słyszała, jak zawsze – czuję to w wąsach.
Obszedł ją naokoło. Otarł się pyszczkiem o jej dłoń.
Co robisz? – spytała.
Naznaczam cię...
Marta krzyczała, kopała, waliła czym się dało w drzwi do piwnicy. Na nic jej wysiłki – to były drzwi antywłamaniowe. Huki dochodzące z dołu świadczyły o tym, że próbowała dosłownie wszystkiego, by się wydostać.
Desperacja tej kobiety nie zna granic – zamruczał kot.
Wkrótce to się skończy - odparła
CHCESZ ZABIĆ – oskarżająco machnął ogonem.
Nie. Umrze sama. Z głodu lub wcześniej – z desperacji właśnie. – wyjaśniła
CHCESZ ZABIĆ – powtórzył.
Tylko w pewnym sensie. Pośrednio. – oznajmiła
Zje powidła i kiszone ogórki – zachichotał – nie umrze i tak.
Nie ma zapraw. Zjadła wszystkie te, które zrobiła moja mama. W piwnicy są tylko surowe ziemiaki. Kilogram ziemniaków. Surowych.
CHCESZ ZABIĆ! – krzyknął kot całym sobą.
Dziewczynka odwróciła się. Jej twarzy nie było widać w ciemności.
Kot rozmył się w mroku nocy.

Allie spojrzała na swój zegar-papugę. Była dopiero czwarta popołudniu. Jesienne popołudnie. Słońce było nisko nad horyzontem, aczkolwiek nic nie stało na przeszkodzie by wyjść na krótki spacer. Dziewczynka nie lubiła brać czegoś bez pozwolenia. Teraz jednak poszła do pokoju ojca i wzięła 100 złotych z szuflady, w której trzymał pieniądze.
Przyzwyczaiła się już do głośnych dźwięków dochodzących z piwnicy. W tym momencie Marta jęczała i krzyczała na zmianę.
Allie zawahała się. Może jednak otworzyć…? Nie. Otworzyła drzwi frontowe. Na schodach siedział zwykły szary szczur.

Ona zabiła twoją mamę. Ona zabiła twoją mamę.
Skąd mógł wiedzieć? Allie nie mogła tego pojąć. Od kota? Ale ten kot… Nie mówił tak naprawdę.
Zemsta nie jest konstruktywnym rozwiązaniem. Szczególnie taka! – usłyszała Allie. Biały kot z czarnym nosem zeskoczył zgrabnie ze śmietnika i wylądował tuż przed nią, obok szczura.
- Ty mówisz? – zdziwiła się Allie.
Nie. Ale ty mnie słyszysz.
- Jak to?
Może to wcale nie ja. Może to twoje sumienie. CHCESZ ZABIĆ.
- Nie!
Ona zabiła twoją mamę.
CHCESZ ZABIĆ.
Ona zabiła twoją mamę!
CHCESZ ZABIĆ!

Allie uciekła. Biegnąć ulicą zobaczyła, że zwierzęta wchodzą do domu przez otwarte drzwi.
Za rogiem był market. Wzięła koszyk i weszła do środka.
Czekolada z nadzieniem truskawkowym, dziesięć paczek śmiej-żelków, salami, zeszyt w kratkę z kotem na okładce. Keczup.
Nie miała genialnego planu. Szkoda jej było, że nic nie wymyśliła. Podchodząc do kasy, sięgnęła jeszcze po gumę do żucia i mentosy.
Wyłożyła swoje zakupy na taśmę.
Kasjerka nie pytała, skąd dziewczynka ma tyle pieniędzy. Spojrzała tylko na banknot pod światło. Allie spakowała zakupy i wyszła.
Wrócić do domu?

Tak. Wypuść złą kobietę.
- Ależ kocie. Nie mogę tego zrobić!
Ona zabiła twoją mamę…
- Tak szczurze. Dlatego… nie, nie, nie! Nie muszę się wam tłumaczyć!
Pobiegła do domu. Marta ochrypła już od krzyku. Jej głos przypominał wycie upiora. Przeskakując po dwa schodki, dziesięciolatka w trzy sekundy znalazła się w swoim pokoju.
Godzina czwarta trzydzieści cztery. Allie wzięła czystą kartkę.

Drodzy szczurze i kocie!
Mieliście być moimi przyjaciółmi i byliście. Jedynymi jakich miałam. Jednak muszę się z wami rozstać. Przekroczyliście granicę, która powinna być dla was oczywista. Nie zdawałam sobie sprawy, że potraficie tak wiele.
Żegnajcie.
Możecie uznać, że nigdy was nie wymyśliłam.

Zgięła kartkę na pół i pocięła nożyczkami. Zgniotła i wyrzuciła przez okno. Strzępy białego papieru pofrunęły z wiatrem w stronę lasu.
Zamknęła okno.
A potem grała na komputerze w Piotrusia Pana.
Straciła poczucie czasu. Piotruś pan zabijał piratów, zrywał mieczem pnącza, zbierał monety. I tak ciągle, ciągle. Pierwszy, drugi, trzeci poziom. Aż do trzydziestego pierwszego. Przechodziła tą grę już któryś raz z kolei. W końcu znudziło jej się i wyłączyła komputer.
Spojrzała na zegarek: Dwudziesta pierwsza.
Allie spostrzegła, że Marta już nie krzyczy. Poszła więc wziąć kąpiel z bąbelkami, umyła zęby i wróciła do pokoju. Położyła się do łóżka i zjadła paczkę Śmiej Żelków. Potem zasnęła.
Tej nocy nie śniło jej się nic.

Następnego dnia nie zjawił się ani szczur, ani kot. Nie zadzwonił tata. Marta krzyczała, ale tylko czasami. Allie nie była w szkole, nie odbierała telefonów, nie otwierała drzwi. Jadła to co znalazła w lodówce oraz słodycze z zapasu. Piła soki pomarańczowe i jabłkowe. Radziła sobie. Umiała nawet zrobić herbatę.
Potem każdy dzień był podobny do następnego.
Nadszedł wyczekiwany od dawna dzień – ojciec miał wrócić z delegacji. Jednak ten dzień minął jak inne, a ojciec nie wrócił. Wieczorem Allie postanowiła odsłuchać wiadomości z automatycznej sekretarki telefonu stacjonarnego.
Nacisnęła guzik.

Piiiip.
Witaj kochanie. Jak będziesz dyspozycyjna – oddzwoń. Karol.
Piiip.
Kochanie, zadzwoń. Co u Alki? Co u ciebie?
Piiiip.
Dzień dobry. Dyrektor szkoły podstawowej numer trzydzieści cztery z tej strony. Wasza córka nie pojawia się w szkole na lekcjach od tygodnia. Nikt nie otwiera drzwi koleżankom, które przychodzą do niej z zeszytami. Proszę o szybki kontakt.
Piiip.
Marta, zadzwoń, proszę, cię.
Piiip.
Dzień Dobry. Mówi wychowawczyni Alfonsyny. Uczennica od półtora tygodnia nie chodzi do szkoły. Co się dzieje? Proszę o odpowiedź.
Piiiip.
Marta, wypadło mi coś. Nie mogę wrócić jutro. Załatwianie pewnych formalności zajmie mi jeszcze kilka dni. Trzymaj się. Dbaj o małą.
Iiiiii.
Nie – masz – żadnych – nowych – wiadomości.
- No i dobrze. – powiedziała na głos Allie. – wręcz wyśmienicie.

2008

czwartek, 16 czerwca 2016

Zaręczyny, ślub i dzieci. Czas na Ciebie!


Ślub po 6 miesiącach od zaręczyn? Wpadka jak nic.


Jak się już niektórzy domyślili, Oleh nie oświadczył mi się z powodu wpadki. Ominęły nas pytania o to, kiedy on w końcu mi się oświadczy, bo zrobił to dość szybko, byliśmy przeszczęśliwi. Po tym jak jeden kolega z pracy wypalił: "Wiśniewska, jesteś w ciąży?", zapytałam kilka innych osób, czy też tak podejrzewały i przyznały się, że owszem. W konsekwencji byłam mu wdzięczna za jego niewyparzony jęzor. On jeden miał odwagę zapytać wprost.

Również i ślub nie odbył się szybko z powodu ciąży. A pobraliśmy się dokładnie pół roku po zaręczynach. To jednak była miłość. Bo dziecko jakoś ciągle się nie urodziło, czyli jednak Julka* nie była w ciąży. Niesamowite, co?

Fala natrętnych pytań "kiedy ślub???" jeszcze się na dobre nie zaczęła, kiedy została ucięta zawiadomieniami i zaproszeniami na datę 15 sierpnia 2015.

A teraz... Dzisiaj (15 czerwca) mija dokładnie 10 miesięcy od naszego ślubu, a już niezliczoną ilość razy padały pytania i sugestie dotyczące dzieci. Frustruje mnie to nie tylko dlatego, że jesteśmy małżeństwem dość krótko, ale jeszcze z jednego ważnego powodu. Ludzie nigdy nawet nie zapytają: "chcesz mieć dzieci?", tylko rozmowę zaczynają od przytyków/żartów/ludowych mądrości. Często przy jakiejś okazji, żeby był pretekst.


Wesołych świąt! Kiedy dzieci?


Pytają, kiedy będą dzieci.
Widzą, jak chętnie opiekuję się dzieciakami jako ciocia/niania/animatorka i sugerują, że "czas na mnie".
Żartują, żebyśmy się "brali do roboty".
Mówią, żebym "już przestała z tym kotem" (często sobie żartuję, że to moje dziecko).
Żartują/podejrzewają, że może już jestem w ciąży.

Jestem tym trochę zmęczona, od kiedy wyszłam za mąż, temat ciągle wraca. To boli. Moja prywatna sprawa jest bezczelnie wywlekana na światło dzienne. Nikt mnie nie pyta "a jaką pozycję najbardziej lubisz?", ale prawie każdy rości sobie prawo do pytania "kiedy dziecko?". Czy te dwa pytania tak bardzo się różnią? Moim zdaniem nie. Jedno i drugie nie powinno w ogóle być zadawane, ciekawość wszak ma swoje granice. Z bliskimi oczywiście mogłabym porozmawiać na jeden czy drugi temat. Ale takich dyskusji chyba nie zaczyna się od pytania wprost, żartów, czy sugestii. Przynajmniej nie w moim świecie.

Może chcę, ale muszę poczekać, z jakichś osobistych powodów?
Może chcę, ale nie mogę?
A może nie chcę?

Ale nie, nikt nie pyta mnie o moje zdanie, a każdy dorzuca trzy grosze. Pyta kiedy, życzy dzieci, żartuje, nagabuje. A ja bym chętnie odpowiedziała, porozmawiała. Tylko na to nie ma pola. Jest jedynie głupie gadanie.


Planujecie powiększenie rodziny? Uch, brzmi głupio.


Rzadko kiedy słyszę:
"Widzę, że lubisz dzieci"
"Chcielibyście mieć dzieci?"
"Czy mogę spytać, jak dużą rodzinę planujecie?"

No bo jak to tak, powiedzieć, że lubię dzieci i nic nie sugerować.
No bo jak to tak, zapytać zwyczajnie. Trochę głupio, nie? To brzmi... brzmi jakby się pchało w cudze życie z butami. Ale uwierz mi, brzmi to o wiele lepiej, niż heheszkowanie i podpytywanie. Niż insynuowanie i nasłuchiwanie, czy może powiem coś sugerującego, że mam w brzuchu coś więcej, niż na pół strawiony obiad.


Kiedy ślub? Kiedy drugie dziecko?


Niedawno na uroczystości rodzinnej rozmawiałam z jednym z moich kuzynów. Jego z kolei wszyscy wypytują, kiedy bierze ślub. Jego dziewczyna i on są już tym zmęczeni i nie kryją się z tym. Czują nieprzyjemną presję. Powiedziałam mu, że co im do tego, ma czas, niech bierze kiedy będzie chciał, czy będzie mógł. Rozchmurzył się, podziękował.

A dzisiaj, podczas pogawędki z koleżanką wyszło, że ją wszyscy wypytują, "kiedy drugie dziecko". Jej pierwsze dziecko nie ma jeszcze miesiąca... A te pytania padały już wtedy, kiedy była w ciąży, która była dla niej spełnieniem marzeń i cudem. Chodziła wcześniej na terapię i bardzo się bała o to, czy w ogóle jej się uda.

Myśl, co mówisz, proszę. Nie sprawiaj przykrości innym głupim gadaniem, tylko dlatego, że wszyscy tak robią. To nie jest śmieszne. To nie jest spoko. To nie jest w dobrym tonie.

Inspiracją do napisania tego tekstu był artykuł "Mam 30 lat i nie mam dzieci. Wiesz, dlaczego?"



*Fenomen mojego życia. Nikomu nigdy nie przedstawiłam się "Julka". Mówi na mnie tak 99% moich znajomych. Wtf? Ja staram się nie zdrabniać cudzych imion, a już w ogóle nie bez pytania, bo zdaję sobie sprawę, że to może wkurzać. Zaczęłam się przyzwyczajać w wieku 12 lat, kiedy po raz pierwszy zaczęła sobie na to pozwalać koleżanka z klasy. W zależności od dnia, pory roku, pogody i innych czynników, jest mi to albo obojętne albo wkurza. Jestem Julia, od kiedy miałam 6 lat i wywalczyłam sobie przywilej nienazywania mnie Julisią. (XD) No ale sama jestem sobie winna. Powinnam walczyć za każdym razem, a ja po prostu mówię. "Nie no, okej." Bo jest mi trochę głupio, obrażać się o drobiazg. Ale jak już walę w tym artykule z grubej rury, to pocisnę jeszcze julkowcom. What the hell did you think?**

** Tylko weźcie mnie teraz falami nie przepraszajcie. Take it easy.***
***I nie nazywajcie Julisią. Zarezerwowane dla mojej ś.p. Babci. ;)

PS. Nie cierpię Minionków. Jednak widziałam je w akcji w 2 filmach i uważam, że te komentarze w tonie "czas na Ciebie" są całkiem na ich poziomie. :D

środa, 15 czerwca 2016

Pasek na dupie: Kompletne znudzenie przez Wyzwolenie

Portret Stanisława Wyspiańskiego z żoną, 1904. Jego żona, jak widać, jest ostro wkurwiona na mnie i moją wstrętną recenzję. Pan Wyspiański tylko patrzy smutno i nie wierzy, że ktoś nazwał go ćpunem.


Czasami zdarzało mi się napisać wypracowanie bezczelne.

Miałam bardzo dobre relacje z moją nauczycielką polskiego w gimnazjum i wiedziałam, że jednorazowy wybryk tego typu nie będzie miał żadnego znaczenia. A ponieważ byłam szczerze wkurzona, że narzuca mi się do obejrzenia coś nudnego, wyrzuciłam z siebie cały żal w zadaniu domowym zatytułowanym "Kompletne znudzenie przez Wyzwolenie". I jeszcze opublikowałam je na swoim ówczesnym blogu, który pewnie pamiętają moje koleżanki z klasy. :D

Musiałam napisać recenzję „Wyzwolenia” na polski. Miała być szczera, pani o to prosiła. A więc proszę bardzo. Kto chce niech czyta. Wiem, że długie. Ale ja chcę mieć 5 ;> O ile za coś tak durnego można dostać 5 xDD

W poniedziałek, 26 listopada [2007] po godzinie 20 zaczęłam, zlekkim opóźnieniem oglądać w TVP1 sztukę „Wyzwolenie” napisaną przez StanisławaWyspiańskiego. Szczerze mówiąc nie miałam na to ochoty i niezbyt podniecał mniefakt, iż jest to najnowsza premiera. Nie obchodziło mnie, że reżyserem byłMaciej Prus i nie interesowało mnie, że już wcześniej była inna adaptacja tejżesztuki („Wyzwolenie” w reżyserii Konrada Swinarskiego w Starym Teatrze im.Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, zarejestrowane w 1979 roku, pokazane wrealizacji tv Agnieszki Holland i Laco Adamika w Teatrze TV w styczniu 1980roku).

Oglądałam ze znużeniem od samego początku. Być może aktorzy grali przekonująco, ale kilku z nich, chociaż nie byli do siebie podobni, nie potrafiłam rozróżnić. Nie bardzo wiedziałam o co w tym wszystkim chodzi.

Postacią, na którą zwróciłam największą uwagę, był niewątpliwe Konrad, ponieważ mówił dużo wzniosłych słów, a po za tym grał go Piotr Adamczyk, którego już znałam. Doczytałam, iż w poprzedniej adaptacji tą rolę odgrywał Jerzy Trela, który tym razem wcielił się w reżysera. Pozostali aktorzy to: MajaKomorowska (Muza), Mariusz Bonaszewski (Geniusz), Gustaw Holoubek (Stary Aktor), Henryk Talar (Prezes), Olgierd Łukaszewicz (Samotnik), Maciej Kozłowski (Prymas), Ireneusz Czop (Hołysz), Grzegorz Małecki (Karmazyn), Maciej Marczewski (Przewodnik), Jakub Snochowski (Kaznodzieja), Paweł Paprocki(Mówca). „Maciej Prus dobrał doskonałą obsadę.” - tak jest napisane na stronie internetowej TVP.PL. Czy zgadzam się z tym? Nie mam zdania. Może i aktorzy byli dobrzedobrani, ale ja kompletnie się w tą sztukę nie wczułam.

Nudną scenografię – ubogą, szarą, (po prostu pusty teatr inic więcej) przygotowała Małgorzata Szczęśniak.

Moim zdaniem, niezbyt się napracowała – bo tą jej scenografią był raczej brak scenografii. A jeśli czegośnie ma, czy można powiedzieć, że to było? Taką recenzję jak scenografia pani Szczęśniak „oddałam” (czyli nie napisałam i przyznałam się do tego) kilka dni temu, co zaowocowało jedynką. Pani Małgorzata według mnie zasługuje na to samo. Ja też umiem nie zrobić scenografii. W „nicnierobieniu” jestem przecież najlepsza.

Gustaw Holoubek wykonał zdjęcia. Myślę, że były wporządku. Nie mam uwag, ale też nie mam żadnych komplementów dla niego, ogólnie– nie mam zdania.

Miało się wrażenie, iż ogląda się tylko próbę „Wyzwolenia”,a nie gotową sztukę, co zapewne chciał podkreślić reżyser, wybierając osobę,która zagra reżysera*.

Nawiązując do treści przedstawianych w sztuce pozwolę sobie zacytować fragmenty recenzji z TVP.PL.

„Współczesna inscenizacja dzieła z wielkiego repertuaru narodowego – pomijająca to, co dla dzisiejszego widza stało się już odległe, a eksponująca znaczenia i ciągłą żywotność tekstu.” Dla mnie mimo wszystko ten spektakl był tak odległy od rzeczywistości, jak to tylko możliwe.Wykształceni, dorośli i poważni ludzie mają inny (lepszy?) punkt widzenia niż piętnastolatka z gimnazjum.

„Ascetyczna formatelewizyjnego spektaklu podkreśla jeszcze gorzki porządek interpretacyjnydramatu Wyspiańskiego. «Wyzwolenie» w reżyserii Macieja Prusa zapewne stanie się wydarzeniem artystycznym.”

Podejrzewam jednak, że niewielu Polaków to obejrzy, a jeszcze mniej zrozumie. Jednak to media decydują, co jest „wydarzeniem artystycznym”, a co nie. Dla mnie to jest„bardzo-nużąco-artystyczno-zbyt-poważne-i-górnolotne wydarzenie”.


„Jest to bolesne rozliczenie ze współczesną Polską i wadami narodowymi Polaków, zrealizowane przez twórców spektaklu wedle wysokich wymagań narzuconych przez autora.”Pewnie tak, ja się nie znam i nie mam pojęcia, jak to było i jak jest. Ale nie czuję się rozliczona z moich wad. W ogóle nie zdaję sobie sprawy, co może oznaczać termin „wady narodowe” – to niemożliwe, aby WSZYSCY Polacy mieli wspólne wady.

„Toczy się tu dyskusja o sztuce i sytuacji politycznej kraju” – tak zgadzam się, to akurat udało mi się zrozumieć. Niestety tadyskusja była niezbyt interesująca.


Sztuka trwała 80 minut, ale nie wytrzymałabym tyle. Znużyło mnie to po około 10 minutach i dalsze oglądanie nie miało by sensu – nie potrafiłam tego słuchać, bo „jednym uchem mi wlatywało, a drugim wylatywało”, jak to się często mówi. Nie docierało też do mnie nic, co było naekranie. Krzyki, bieganie – to tylko czyniło ten spektakl mniej wiarygodnym. Ostatecznie zniechęcił mnie tata, który stwierdził, że Wyspiański był ćpunem, mając tylko częściową rację, aczkolwiek miałam dobrą wymówkę, żeby nie oglądać już dalej. Szkoda też, że praktycznie nie było scenografii. Pewnie ta sztuka ma głęboki sens, jest mądra, ponadczasowa i w ogóle świetna, niestety, nie miałam nastroju na oglądanie czegoś takiego. Nie polecam tej sztuki moim rówieśnikom,ale myślę, że zainteresuje każdego polonistę, filozofa, emeryta lub poetę. Mnie znudziła i zniechęciła.

*Uniknięcie powtórzeń w tym zdaniu nie było możliwe. Przypis autorki.

Dostałam za to 3 albo 4, nie pamiętam. Pamiętam za to czerwony komentarz pani Z. - "To, że był ćpunem, nie znaczy, że nie miał racji!" - uwielbiam!


Zdarzyło Ci się kiedyś oddać coś podobnego nauczycielowi?

piątek, 10 czerwca 2016

Głos

Wyszła z mieszkania i pokonała schody przeskakując po trzy schodki. W niespełna dziesięć sekund znalazła się na ulicy. Był mroźny i mglisty poranek, a ona miała na sobie tylko lekką wioseną kurtkę. Biegła, starając się nie oglądać za siebie. Nieliczni przechodnie patrzyli na nią ze zdziwieniem - nikt jej nie przecież nie gonił.

Wiedziała gdzie iść, wiedziała, szła za głosem...

- Jestem! - powiedziała dziewczynka.
- ... panie. - dodało coś z wnętrza opuszczonego domu, jednak dziewczynka go nie słuchała.
- MAM DLA CIEBIE CUKIERKA! - wrzasnęła.
- Pan nie lubi cukierków, ludzkie dziecię. - powiedziało "coś".
- Ale miętowego! - odkrzyknęła mała.
- Nie. Pan nie je. - tajemnicza istota zaśmiała się ironicznie.
- Nawet kanapek? - zdziwiło się dziecko.
- Nie.
- Och...
Zapadła cisza i przez chwilę było słychać tylko wiatr który świstał przez szpary w deskach. Dziewczynka rozglądała się naokoło w poszukiwaniu tego, kto do niej mówił. Nie dostrzegła niczego żywego - tylko kilka krzeseł, szafę.

- Odejdź stąd - odezwał się znów ten sam głos z ciemności
- Ale ja nie chcę! Po za tym to ty mnie wołałeś, prawda?
- Nie wołałem ciebie. Odejdź.
- Kim jesteś? - naiwnie dopytywała się mała
- Nie chcesz mnie poznać, wierz mi.
- Owszem, chcę! - upierała się dalej mała i zaczęła wchodzić po schodach na górę.

Nawet nie wiedziała kiedy znalazła się z powrotem na ulicy. Bolała ją dłoń. Spojrzała na nią i zobaczyła dziwny symbol, który tworzyła wypływająca z rany krew. Zacisnęła zęby i pobiegła do domu, przeskakując kałuże.

Będąc już w swoim pokoju, usłyszała upiorny krzyk na podwórku wychyliła się z okna i wypadła, łamiąc sobie kark. Wśród ogólnej paniki i rozpaczy nikt nie zauważył znaku na jej ręce. I choć została pochowana, trumna jest pusta, a w owym mrocznym domu z ciemności odzywają się teraz dwa głosy.

***
Zaczęłam to pisać zanim przeczytałam "Zmierzch". Okazało się, że facet który nie je, to nie jest oryginalny w 100% pomysł, no cóż... Wiem, tani horror. O co chodzi, Pyszczucho? Spokojnie, to tylko moje opowiadanie napisane 8 lat temu. Więc chyba nie takie znowuż złe? ;)

czwartek, 9 czerwca 2016

Na zdrowie: Weź nie kupuj tych jogurtów


Długo marudziłam, że jogurty muszą być słodkie, życie bez czekolady to nie życie i nie wyobrażałam sobie porzucić słodkiego... Ale no chwilę, zaraz, zależy CO się rozumie pod słowem SŁODKIE. Słodkie są też owoce, miód, syrop klonowy i stewia (zwana naturalnym słodzikiem).

Jak przestać jeść kolorowe jogurty?

Kiedy zaczęłam czytać książki i blogi pisane przez lekarzy, dietetyków i osoby interesujące się funkcjonowaniem ludzkiego ciała, zrozumiałam, że jedzenie przekłada się na wszystko. Wszystko, wszystko. Na koncentrację, na stan skóry, na stan psychiczny, na stan uzębienia... NA WAGĘ! Jeśli jest jakiś cudowny lek, który może cię uratować, to na pewno nie jest to kolejny zestaw tabletek z ulubionej apteki, żaden suplement diety, witamina ce itepe.


Co mnie obchodzi to, że w jogurcie Jogobella są duże kawałki owoców? Przecież mogę wziąć jogurt naturalny i mieć w nim jeszcze większe kawałki owoców. Różnych. Dowolnych. I jeszcze sobie dosłodzić miodem.

Oświeciło mnie, i przygodę ze zdrowym odżywianiem zaczęłam od śniadań, kolacji i deserów (bo właśnie to są posiłki, podczas których jadłam jogurty). Trzymam w domu mnóstwo dziwnych składników, takich jak suszone jagody goji, pyłek kwiatowy, len mielony... A także zupełnie zwykłe rzeczy - suszone morele i śliwki, rodzynki, banany, jabłka.


No ale po co jeść jogurty naturalne?

Jeśli mam być szczera, póki na nic nie choruję, upewniam się tylko, czy nie ma żadnego limitu spożycia danego produktu i po prostu wrzucam do jogurtu jak leci - to, na co akurat mam ochotę. Nie przejmuję się właściwościami poszczególnych produktów. Staram się jeść różnorodnie i uważam, że moje podejście jest OK, albo w języku kołczy: wystarczająco dobre. Kolorowe jogurty zaczęły mnie wręcz odpychać. Już ich nie chcę. Mają w składzie rzeczy, których nie umiem wymówić i krzywię się na sam ich widok. Robię sobie milion razy lepsze. Sama. Teraz próbuję przekonać męża.

Jednak kiedy on widzi moje jogurtowe papki...
- Chcesz spróbować?
- Nie.
- Proszęproszęproszę...
- Nie zmuszaj mnie do jedzenia czegoś, czego nie chcę! Przypominasz mi traumę z dzieciństwa.

Życz mi powodzenia.


Do napisania tego postu zainspirował mnie artykuł Czas na zdrowe odżywianie z bloga Pani Swojego Czasu.

środa, 8 czerwca 2016

Pasek na dupie: Grzeczna to ja nie byłam (i nie będę)


Przez długi czas miałam najlepsze oceny w klasie, jedną z najwyższych średnich w szkole. Nauka i konkurowanie z innymi sprawiało mi przyjemność, moje życie było nieustanną gonitwą za dobrymi stopniami, miejscami na podium w konkursach, za aprobatą nauczycieli. Pasek na świadectwie? Oczywiście. Przysłowiowy pasek na dupie? No jasne. Nie masz pojęcia, ile razy.


Izolacja

Niestety, przylgnęła do mnie krzywdząca łatka kujona - inne dzieciaki nie pojmowały, że ja po prostu mam frajdę, bo zgarniam darmowe książki, piszą o mnie w gazetach, albo przynajmniej wychodzę na środek sali i dostaję oklaski. O ile w podstawówce dopiero nieśmiało przebąkiwano, że jestem kujonem, o tyle w gimnazjum zostałam z tego wymyślonego powodu odsunięta od grupy. Tak, tak, mój brat przyznał się ostatnio na moim blogu do swojego egocentryzmu - ja też posiadam taką cechę. Staram się jednak z tym walczyć, nie wywyższać i nie uważać za nie wiadomo kogo. Wiem, że moje nieco wybujałe ego nie zapewniło mi dobrej pozycji wśród rówieśników... Ale prawdę mówiąc, nic nie mogło mi jej zapewnić. A na pewno nie bycie sobą (co było najlepszym rozwiązaniem). Czasem ta poprawność mnie hamuje, bo mam coś świetnego do pokazania, ale wstydzę się bezczelnie wyjść i powiedzieć: PATRZCIE, TO JEST ZAGRZEBISTE. I JA TO ZROBIŁAM!

Attitude

Boję się na przykład, że zadzwoni do mnie mama i da mi reprymendę za zachowywanie się jak pępek świata (pozdrawiam, Mamo!) Muszę powiedzieć, że mama odegrała niesamowicie ważną rolę w kształtowaniu się mojej osobowości i kreowaniu wizerunku publicznego (w realu i w internecie). Zwracała mi uwagę na pewne ważne aspekty, dzięki temu mogę dzisiaj powiedzieć o sobie, że mam klasę i trzymam fason. A jak ktoś się nie zgadza, niech zjeżdża. To, że czasem jeszcze chodzę w menelskich ubraniach nie przekreśla klasy, ok? Liczy się attitude.

Wracając do tematu (ech... tak, mama zawsze mi powtarza, że moje dygresje często wpływają negatywnie na przekaz - szczególnie, gdy przekaz to jedno zdanie, a dygresja to jakieś dwadzieścia) - ja wcale nie byłam grzeczna. No kurde. Po prostu rodzice starali się mnie wychować i im się udało, ale we mnie zawsze siedziała przekora. Potrafiłam się poddać zasadom tylko do pewnego poziomu.

Byłam wielokrotnie (i jestem nadal) upominana za brak porządku wokół siebie. Kiedyś w szkole, teraz w pracy. Moje świadectwa z klas I-III wprawiają mnie w bardzo dobry nastrój, bo oprócz kilku akapitów zachwytów nad mądrą dziewczynką pojawiają się niezmiennie 2 obowiązkowe punkty.

Julia ma problemy w utrzymaniem porządku w miejscu pracy. Nie zawsze też potrafi zapanować nad swoimi emocjami.

Gdyby pani K. wiedziała, że postawiła mi psychologiczną diagnozę na całe życie... ;)


Sam jesteś kujon

Ale do sedna, do sedna. Jeśli chodziłeś ze mną do szkoły, pamiętasz mnie - skupioną, wiecznie z ręką w górze. W głowie zatarło ci się jednak, że w podstawówce zaczepiałam gimnazjalistów (tak, chłopaków - matko, czasem nie dowierzam, później - aż do momentu kiedy poznałam Olka, bałam się starszych facetów), na początku szkoły nienawidziłam czytać, nie umiałam ładnie pisać, i nie widziałam nic dziwnego w pisaniu słowa "gura" po swojemu. Do lekcji trzeba było gonić mnie siłą i gdybyś wiedział jaki sztab wyspecjalizowanych i gotowych na wszystko ludzi stał za moim ogarnięciem, to może byś nie powiedział kujon. Może sam nim byłeś, bo nie umiałeś się uczyć tak dobrze i skutecznie jak ja.
Moja babcia, dziadek, mama i tata byli wymagający. Drugie dziecko w domu było malutkie, więc swoje akademickie aspiracje można było skupić na Julii. I cieszę się niezmiernie, bo wszyscy tak o mnie dbali, że miałam łatwy start. Nauczono mnie też, że nie trzeba się uczyć w domu - można w samochodzie, na spacerze w polu, czy w ogrodzie.

Ja pierdolę, piwo i fajki?!

Kiedyś powiedziałam "ja pierdolę", a mama wyjaśniła mi, że pierdolić znaczy uprawiać seks, i że jest to bardzo wulgarne słowo. "Zastanów się, czy chcesz mówić o seksie." Speszyłam się, przestałam.

Nie byłam nudna, nie byłam grzeczna. Byłam bystra i miałam swoje zdanie. Podejmowałam własne decyzje. Nie przeklinałam, bo nie podobało mi się to. Nie piłam, bo wiedziałam, że mojemu młodemu organizmowi to może zaszkodzić. Nie paliłam z tego samego powodu. A przede wszystkim, miałam zezwolenie, żeby pierwszego papierosa spróbować w domu. Do alkoholu też mi specjalnie nikt dostępu nie bronił. Handluj z tym.

Co właściwie o mnie wiedziałeś?

Miałam swoje perypetie, o których nic nie wiedziałeś i wcale nie siedziałam w kółko w domu. Kurde, jak mogłeś wiedzieć, czy siedzę w domu i zakuwam, skoro mieszkałam 4 kilometry od szkoły, w sąsiedniej miejscowości i odwiedzić mnie można było tylko, gdy ktoś podwiózł samochodem? Rozpierała mnie energia. Ktoś kto mnie dobrze zna, wie, że nie usiedzę zbyt długo przy biurku. Work smarter not harder - to była i jest moja dewiza.

Zaraz po szkole najchętniej biegłam na podwórko.
Najbardziej fascynowały mnie przygody i zagadki.
Jak mi się coś nie podobało - wrzeszczałam (ale tylko w domu).
Potrafiłam być zadziorna i złośliwa.
Spędzałam więcej czasu z dorosłymi niż z dziećmi, więc moje skille w pyskowaniu były słabe i nigdy się nie wyrobiłam. Ale to chyba wszystko, co można mi zarzucić.
Byłam świetną dziewczyną, tylko nie mogłam trafić na swoich.

Do tych, co teraz chodzą do szkoły z łatką kujona na plecach:
Nie przejmuj się, jeśli ty też nie możesz.
Nie przejmuj się, jeśli jesteś fantastyczny/a, a mówią o Tobie kujon.
Weź sobie zwizualizuj coś totalnie nudnego i bezsensownego, co będą robić za 5-10 lat.
Wiem, wstrętne, ale oni też są dla Ciebe wstrętni. Poczuj się lepiej. Zrób to.

Przytoczę na zakończenie mój kultowy wierszyk, który dodawał mi otuchy w pierwszej gimnazjum, kiedy to byłam najbardziej nieszczęśliwą i odrzuconą nastolatką na Ziemi (he. he. lol)

Gdy ktoś jest głupi
Mądremu oczy wyłupi
Aby tylko udowodnić
Że mądry to dziwny osobnik
Odmienny, inny, kujon

Przezwiska mądrego w oczy kłują
Ale czas leci i leci
Za pięć lat patrzymy
A głupi zbiera śmieci
Spod nóg mądrzejszego
I co ty na to, kolego?

2006

Witajcie w cyklu PASEK NA DUPIE - o tym, jak niegrzeczni (i sfrustrowani łatką kujona) mogą być dobrzy uczniowie. 

wtorek, 7 czerwca 2016

(Nie)wychowani: Nie umiałem bawić się sam, a siostra od wszystkiego wolała konie

Mikołaj nie rozumiał mojej pasji. W ogóle nie za bardzo dogadywał się z końmi. Ale po latach w końcu znalazł logicznie brzmiące wytłumaczenie na to, czemu uczyniłam ze swojego pokoju Świątynię Koni.


Jako że idą wakacje i mój kochany braciszek będzie miał więcej czasu na blogowanie i vlogowanie, rozpoczynamy wspólną serię - (Nie)wychowani. Będziemy w niej opisywać swoje szczenięce lata. Ci którzy znają nas od wielu lat wiedzą, jak potrafiliśmy się bić, wydzierać, obrażać i ogólnie, jacy byliśmy straszni. Ale co najważniejsze, myśmy zawsze się kochali. Jak pies i kot, jak siostra i brat.

Zapraszam na pierwszy gościnny post Mikołaja - znanego w internetach jako Eskil.


Egocentryk, który nie umiał bawić się sam


Zawsze poproszony o opisanie siebie jednym słowem mówię: egocentryk. I nigdy się takim nie stałem, ani mnie na takiego nie wychowano – po prostu byłem taki zawsze.
Nic bardziej mnie nie cieszyło i nie cieszy, niż oczy zwrócone na mnie lub na cokolwiek, co stworzyłem. Mimo, że dzisiaj czerpię z tego liczne korzyści, kiedyś było dla mnie dość kłopotliwe, z jednego prostego powodu – nie umiałem się bawić sam.

Tylko siostra spełniała moje wymagania co do idealnego towarzysza zabaw

Oczywiście, miałem przecież dziadków, rodziców i siostrę. Łącznie pięć osób. Dziadkowie jednak nie spełniali mojego najważniejszego zaraz po byciu żywą istotą wymagania – fantazji. Rodzice albo nie byli w domu, albo brakowało im sił, albo czasu, bo akurat walczyli o tytuł naukowy lub coś innego, co dla nich było przełomem w życiu, a dla mnie utrapieniem. Zostawała siostra.

Nie mam pojęcia, ile łącznie razy lub godzin się ze mną bawiła, na pewno sporo. Ale dla kogoś w tym wieku (mówimy tu o przedziale 3-10 lat) przy braku jakichkolwiek innych zajęć było to za mało. Z perspektywy czasu trudno się jej dziwić, w końcu jest starsza o sześć lat, ale wtedy nie dawałem sobie tego wytłumaczyć. Najgorzej było wtedy, kiedy weszła w wiek, w którym dziewczyny zaczynają się interesować chłopcami. Nie wiem, czy to dlatego, że żaden się nią nie interesował, czy dlatego, że to ona miała nietypowy gust, ale podczas gdy inne dziewczyny oblepiały swoje pokoje plakatami gwiazd filmowych i twórców muzyki pop, ona zamieniała swój pokój w świątynię koni. 

Julia miała dziwny zwyczaj bunkrowania się w Świątyni Koni

Ściany zostały w całości zasłonięte galopującymi nieparzystokopytnymi o dziwnie wydłużonych głowach, siostra chciała tylko jeździć konno, a gdy rodzice odmawiali jej zawiezienia do stadniny, ona biegła do Świątyni Galopu z krzykiem i wnioskując po dźwiękach, jakie przebijały się do mojego pokoju – galopowała w miejscu. A ja w tym wszystkim chciałem koniecznie dostać kilka godzin zabawy dziennie.


Nic dziwnego, że moja siostra była nawiedzona

Z pewnością, gdyby kilka lat temu do wszystkich moich nastoletnich dramatów życiowych dołączył namolny brat błagający o 2351 godzin zabawy (z większą determinacją, niż bezdomny tak zdesperowany, że nie kryje już, że nie chodzi o żadne bułki, tylko o Żubra), również obkleiłbym swój pokój plakatami. Z tym, że użyłbym do tego celu nie taśmy, czy specjalnej gumy, ale wyciętego z czaszki brata mózgu. Dziękuję, Droga Siostro, że do naklejania plakatów używałaś jednak tej specjalnej gumy.


Pisał (Nie)wychowany - Eskil "Szary" Wiśniewski
Odwiedź jego kanał na YouTube lub obserwuj go na Twitterze!


poniedziałek, 6 czerwca 2016

W samochodzie słucham disco-polo


Choć często w twoim domu disco polo gra,
Piosenki nucisz sobie raz po raz...


Większość osób chyba disco-polo nie lubi, a na pewno się do tego nie przyznaje.

Muzyką wysokich lotów nazwać tego nie można. A przecież dobrze jest trzymać jakiś poziom. Jakikolwiek... Przynajmniej pielęgnować gust muzyczny i nie torturować swoich uszu... I uszu innych (tutaj zwizualizujcie sobie błagalne spojrzenie przeciwników muzyki niepoważnej).

I wszystkie słowa już na pamięć znasz
Gdy ktoś zapyta, mówisz: "To nie ja."


Znałam i uznawałam tylko kilka klasyków, takich jak "Jesteś szalona".

Reszta piosenek disco-polo powodowała u mnie niepohamowany napad śmiechu i nie potrafiłam powiedzieć czy gorszy (lepszy?) jest tekst czy melodia, zawsze na jedno kopyto (ach, te wstępniaki, które identyfikuję jako "discopolowe pierdzenie trąbką"). No i stało się coś dziwnego. Zaczęłam słuchać disco-polo dla śmiechu. A że śmiechu potrzebuję regularnie, na przykład po stresującym dniu w pracy, prawie codziennie włączam lokalne radio z nadzieją, że usłyszę tam jakiś disco-hicior.

Nikt nie słucha, a każdy zna.
Disco polo, disco polo gra.


Na początku Oleh próbował mi to wyperspadować, ale teraz sam uśmiecha się pod nosem na kolejny pomysłowy/ledwo trzymający się kupy/żałosny/słodki (niepotrzebne skreślić) tekst.

Dzisiaj rano na przykład, kiedy uznałam, że nie będziemy słuchać "Ain't your mamma" JLo po raz tysięczny w tym tygodniu, i że znam już na pamięć najnowszą piosenkę Biebera, pozostało nam właściwie tylko Radio Nakło, gdzie leciało oczywiście...
"Jaka ładna piosenka" - powiedział, udając powagę, mój mąż, a ja się wyszczerzyłam.

To nasz głupi, radosny rytuał. Kiedy dzień się nie uda, pozostaje jeszcze disco-polo w samochodzie.


Żałosne? Może. Ale działa. Najgorsze jest jednak to, że to słuchanie "dla beki" przekształciło się w jakiś disco-trans i czasami naprawdę wolę disco polo od zwykłej muzyki i nie chcę przełączyć na "normalny" kanał. No wiecie, wszystkie leki mają skutki uboczne. Szczególnie leki antydepresyjne. Mimo wszystko polecam. Życie jest barwniejsze, kiedy spekulujesz w jaki sposób ktoś z tekstem "Jestem lejdi, twoją lejdi, cukiereczkiem słodkim bejbi", ktoś zdołał sprzedać swoją piosenkę do radia. Świat disco-polo to inna planeta, nieodkryte meandry... A może po prostu jestem szalona.


sobota, 4 czerwca 2016

Międzynarodowość

źródło

Od czasu, gdy spędziłam we Strasburgu ponad rok w "dwóch ratach", o ile można to tak ująć, nie potrafiłam zapomnieć o atmosferze w międzynarodowych szkołach, do których uczęszczałam. 

Francuski, angielski i niemiecki słyszane na codzień, ludzie wszelkich narodowości w mojej grupie, czy klasie, mnóstwo osób dwujęzycznych od urodzenia dookoła, władających jeszcze często jednym lub kilkoma dodatkowymi językami...

Czegoś zaczyna brakować, gdy wraca się do zwykłej polskiej szkoły, gdzie często 100% uczniów stanowią zwyczajni Polacy, tacy polscy i zwyczajni.

Zapomina się, że jest się obywatelem świata, czy nawet Europy. W porównaniu do Francji, czy innych krajów zachodniej lub północnej Europy, Polska jawiła mi się zawsze jako kraj hermetycznie zamknięty na obcokrajowców. Kraj, gdzie za czarnoskórym człowiekiem wszyscy odwracają się jak na komendę, podczas gdy we Francji przeszedłby na ulicy nie wywołując żadnej szczególnej reakcji wśród przechodniów. Kraj, gdzie ludzie słysząc inny język niż polski, wytrzeszczają oczy i zachowują się, jakby usłyszeli złowrogą melodię wydobywającą się ze statku kosmitów. Kraj, w którym furorę robił program "Europa da się lubić", gdzie obcokrajowców mówiących po polsku oglądało się jak tresowane tygrysy na Discovery Channel...

Przez to wszystko często chciałam wrócić do Francji...

...chodziła mi często po głowie, jakby była światem idealnym, miejscem gdzie zostawiłam kawałek serca... Z czasem wszystko zaczęło się zmieniać.

Najpierw do mojego liceum przyszły dzieci oficerów NATO. Było ich tylko kilkoro, ale francuski słyszany na korytarzu stał się czymś naturalnym. Mimo że nie rozmawiało się z nimi często, to sama świadomość, że były obecne, tworzyło jakieś... uczucie międzynarodowości.


Później, gdy przeprowadziłam się na rok do Poznania, zauważyłam, że Polska trochę się zmieniła, na ulicach można było spotkać całkiem sporo cudzoziemców.

Raz, jeżdżąc na rolkach spotkałam Kanadyjkę azjatyckiego pochodzenia i pomogłam jej odnaleźć drogę. Byłam pod takim silnym wrażeniem, że rozmawiałam po angielsku poza uczelnią i to W MOIM KRAJU, że zaprosiłam ją do znajomych na Facebooku (co właściwie tylko potwierdza to, co napisałam wcześniej - w Polsce obcokrajowcy wydają się większości społeczeństwa jakimś fenomenem). Innym razem wskazałam drogę na Stare Miasto kilku turystom z Turcji. Jednak wtedy nie byłam już studentką, a pracownikiem międzynarodowej firmy zatrudniającej około stu osób w czterech oddziałach i w trzech różnych krajach... Miałam znajomego Greka, Brazylijczyka japońskiego pochodzenia, dwójkę Francuzów - których nawet spotkałam osobiście (z innymi rozmawiałam tylko na chacie skype, ponieważ nie pracowali w moim oddziale). I znów było bardziej międzynarodowo... Niestety, wówczas wszyscy w poznańskim oddziale firmy byli Polakami.

Jesienią zeszłego roku przywiało mnie z powrotem do Bydgoszczy i zaczęłam pracować międzynarodowej korporacji.


I dopiero tutaj znalazłam to, za czym tęskniłam. Najpierw miałam szkoleniowca z Francji, więc spędziłam cały miesiąc rozmawiając po francusku dzień w dzień (mój mózg zareagował przesadnie, identyfikując dosłownie wszystkie rozmowy napotkanych przechodniów jako mowę Moliera), później w mojej ekipie pojawiło się dwóch obcokrajowców, więc w dalszym ciągu codziennie używałam francuskiego... Poza tym moja praca polega na kontakcie z klientem w języku angielskim i francuskim i teraz, gdy wyjeżdżam za granicę, właściwie nie czuję, że gdzieś wyjechałam, bo i tak codziennie mówię w językach obcych. Różnicę spostrzegam czasem dopiero po kilku dniach... Tak jakoś, nie potrafię od razu załapać tej euforii pt. "wow, jestem za granicą i nikt tu nie mówi po polsku, wszystko jest inne". Zamiast tego jest "mówię po angielsku i co z tego, ledwie to zauważam".

Kontrast pomiędzy mieszkaniem w Polsce a zagranicą zaczął się zmniejszać

...przynajmniej dla mnie. Na codzień spotykam ludzi różnych narodowości i kultur, pracuję, rozmawiam, spotykam się z nimi poza pracą.

Chociaż wiem, że niektórym nie zależy na tym, co w swoim elaboracie nazywam "międzynarodowością", chyba mam we krwi to, że nie wystarcza mi mój własny język i mój własny naród. Może to dlatego, że moich rodziców ciągnęło zawsze za granicę, z powodów zarówno ekonomicznych, jak i naukowych czy turystycznych... I dorastałam nie tylko patrząc na nasze pola, łąki i lasy, ale także pływając w norweskich fiordach i słuchając francuskich piosenek. Może dlatego nie wyobrażam sobie życia w hermetycznie zamkniętym biało-czerwonym pudełku. I dlatego, jestem wdzięczna, że sytuacja się zmienia i otwierają się zarówno granice, jak i umysły.

PS. To taki odgrzewany kotlet z 2014 roku ;) Ci, którzy mnie znają i czytają pewnie zauważyli, że coś tutaj nie halo z datami. Sporo się zmieniło od tamtego czasu, m.in. charakter mojej pracy, chociaż po krótkim epizodzie "yolo, startup, jakoś to będzie", firma znowu ta sama.