niedziela, 19 czerwca 2016

Gdyby tylko zniknął lęk - A.D.D. o tragedii w Orlando


Post autorstwa mojej znajomej - A.D.D. Przejmująco napisała o swoich uczuciach - smutku, bólu i niepewności, w związku ze tragedią w Orlando. Za jej zgodą dzielę się tekstem i zdjęciem, które mu towarzyszyło na Facebooku.

Trochę przemyśleń na temat strzelaniny w Orlando i ogromnego wpływu, jaki na mnie to wydarzenie wywarło. Planowałam opublikować ten tekst wczoraj, niestety nawalił Internet i zostałam odcięta od wirtualnego świata na jakiś czas. Post będzie bardzo długi (I mean it), będzie mi bardzo miło jeśli ktokolwiek dotrwa do końca.

* * *

14-15.06.2016, E pluribus unum.

"Z wielości jedno" - głosi napis na brzegu amerykańskiego dolara, który towarzyszy mi dzień w dzień odkąd go dostałam prawie rok temu. Błyszczał wtedy żywym złotem - teraz żywym złotem błyszczy się odradzająca się we mnie powoli nadzieja. To mój talizman na wszystkie chwile zwątpienia w siebie i lęku przed przyszłością, przed perspektywą niespełnionych pragnień i marzeń.

Długo zastanawiało mnie, czemu inni - na zajęciach w szkole, na uczelni - jako swoją priorytetową wartość podawali miłość, rodzinę, zdrowie czy pieniądze. Od wczesnych lat u mnie na piedestale stała WOLNOŚĆ, choć przyznać muszę, że w dzieciństwie jeszcze nie do końca ją pojmowałam. Pojęcie to mieści w sobie tak wiele, iż trzeba czasu aby odnaleźć ją sobie, aby zawalczyć o nią w społeczeństwie.

Liberty. Myślę, że to dlatego czuję się tak bardzo Amerykanką, a w wyniku bieżących wydarzeń dziejących się w naszym państwie - tak mało Polką. W jakiś sposób ostatnio tak trudno wierzyć, a tak łatwo stracić nadzieję.
Liberty. Najukochańsza, bez której jesteśmy więźniami chorych rządów nie mających szacunku dla istoty ludzkiej, szufladkujący na gorszych i lepszych, dzielących na dobrych i złych, w momencie gdy podział taki nie ma racji bytu, nie ma sensu istnienia. Czemu tak ciężko być w tym kraju po kolorowej stronie życia?

Przepełnia mnie ogromny smutek. I nie umiem go wyrazić. Brak mi słów, brak mi łez, jest tylko niemy krzyk, jest tylko złość płynąca w żyłach, jest tylko bezsilność i sprzeciw, który nie umie znaleźć ujścia.
To już czwarty dzień, kiedy próbuję dojść do siebie po tym co się wydarzyło w klubie Pulse w Orlando. Zaskakujące, że nie umiem, nie wiem jak odtworzyć kolory, które świat stracił tego dnia, nie wiem jak przejść do porządku dziennego nad tym wszystkim. To już któryś dzień, gdy trzymam to wszystko w sobie nie wiedząc czy ktoś zechce posłuchać (oto dlaczego powstał ten bardzo długi wpis). Zdaje się, że pisanie bardzo pomaga, przywraca równowagę, oczyszcza z negatywnych emocji.

To, co stało się w Orlando spowodowało lawinę w moim życiu, spowodowało napływ emocji a przy moim osobistym kłopocie z ich wyrażaniem zamieniło mnie w chodzący wulkan. Lecz równocześnie pozwoliło mi na niesamowity wgląd w samą siebie, rozbudziło wspomnienia, przemyślenia, które gdzieś kiedyś wyparłam bądź zapomniałam w biegu stawania się dorosłym, gdy na głowę przychodzą zupełnie inne problemy - z pieniężnymi na czele.

Nie chcę więcej stać na uboczu.

Nie wyobrażam sobie bólu jaki muszą czuć teraz rodziny ofiar. Bo mnie boli bardzo. Mimo, że byli to zupełnie obcy dla mnie ludzie, czuję się trochę tak jakbym straciła część siebie. Część wiary w raczej wyidealizowany świat, w którym może istnieć miłość, tolerancja, szacunek dla wszystkich. Chcę dalej wierzyć, że wciąż mamy szansę na stworzenie takiego kraju, takiego świata.

Chłopcy, mężczyźni, którzy zginęli - znaczna część z nich była w moim wieku (21-25). To tak bardzo szokuje i myślę sobie - to mogłam być ja.

Pierwszy raz poczułam obawę, czy przy tym co dzieje się w naszym kraju - czy mogę czuć się bezpiecznie? Czy nie powtórzy się polska wersja amerykańskiego scenariusza z narodowcami w roli głównej? Nie mamy oparcia w rządzie, rząd pośle nas raczej na śmierć.
Nie można nazwać domem kraju, w którym nie można czuć się sobą - wolnym i bezpiecznym. Marzę by wytrzymać polskie piekło, bo mój dom, mój raj czeka gdzieś tam na mnie.

Stojąc przedwczoraj w tłumie osób przed Agencją Konsularną USA w Poznaniu zauważyłam jak bardzo jestem introwertyczna nie tylko w środowisku osób heteroseksualnych, lecz i również LGBTQ. Jak bardzo jestem samotna, nie mając nikogo przy sobie kto zrozumiałby wszystko co czułam w tamtej chwili.
Wpatrując się w zapalone świeczki i tęczową flagę udało mi się osiągnąć spokój. Spokój w sobie, którego tak bardzo potrzebowałam - i przede wszystkim choć przez chwilę nie czułam się tak zupełnie sama.

Gdyby wszystko mogło być tak proste.

Gdy patrzę na widniejącą na jednodolarowej monecie ciemnoskórą niewolnicę z dzieciątkiem na ramionach wraca mi wiara. Bo Ameryka już tego dokonała nie raz - zmieniła coś, co wydawałoby się niemożliwe do zmiany.

Na świat też przyjdzie czas. Boli tylko, że tyle krwi musi zostać przelane, tyle nienawiści okazane, tyle cierpienia zadane, tyle łez wylane w imię urojonych ideałów, w imię chorych fantazji.

W ostatnich dniach przypomniało mi się wiele przypadków samobójczych śmierci nastolatków LGBTQ, wiele śmierci spowodowanych przez homofobów

Uświadomiłam sobie jak głęboko zgubiłam się w akademickim wyścigu szczurów na studiach - nie miałam studiować z myślą, by być jak najlepszym, lecz by MÓC przestać być bezsilnym, by zamienić swoją bezradność, bezradność innych w siłę.

Przypomniałam sobie też, czemu wybrałam się tak daleko na studia - bo wiedziałam, że Poznań to miasto, w którym mam szansę odnaleźć kogoś kto zrozumie, nie przejmując się jednocześnie konserwatywno-katolickim poglądami panującymi na podkarpaciu, bo zostawię je daleko za sobą. Ten drugi aspekt się nie sprawdził - pomimo ogromnej tęsknoty za domem, tak ciężko udawać i mieć dwa oblicza za każdym razem gdy się tam wraca.

Tak bardzo nic się nie zmieniło, bezsilność większa bo większy lęk.

Gdyby tylko zniknął.