poniedziałek, 20 czerwca 2016

Jak zrezygnowałam z pierwszych studiów - filologii szwedzkiej z angielskim na UAM?


Zaczęło się od królika i od chęci bycia modną.

Tak, od królika, bo po prostu MUSIAŁAM mieć zwierzątko w domu i to zaraz, i natychmiast. Poza tym był listopad i nosiłam leginsy. Tak mi się podobało, ale mojemu organizmowi widziało się to średnio. Przemarzłam na kość jadąc w leginsach po królika na drugi koniec Poznania.

Byłam wtedy studentką filologii szwedzkiej z angielskim, czyli studiów, na które nie tak łatwo się dostać, bo jest ponad 20 osób na miejsce, o ile rekrutacja w danym roku w ogóle jest uruchomiona.
Bo raz na 2 lata nie ma jej wcale, co jeszcze bardziej nakręca uczelniany biznes. Moje wyniki matur były imponujące (polski rozszerzony - 88%, angielski rozszerzony - 93%, angielski ustny - 100%), a dostałam się dopiero w drugiej turze. Cieszyłam się, ale...

Rok szkolny 2012/2013 był tym, kiedy na Katedrze Skandynawistyki UAM w Poznaniu były dostępne filologia szwedzka i duńska, natomiast nie było norweskiej.
Chciałam norweską.
Chciałam zrobić sobie rok przerwy i iść na norweską.
Ale nie umiałam przeciwstawić się rodzicom, którzy odradzali mi takiego kroku.

Pogodziłam się z tym, że najpierw nauczę się szwedzkiego, a na magisterce i tak będę mogła opanować norweski i jeszcze przyjdzie mi to łatwiej. Pogodziłam się, ale nie do końca, bo kiedy zachorowałam, wątpliwości powróciły ze zdwojoną siłą.
"A co, jeśli marnuję czas?"
"Studiuję szwedzki tylko po to, żeby za jakiś czas uczyć się norweskiego - to obłęd."

Ktoś powiedział mi wtedy, że nauka języka obcego w Polsce owocuje najczęściej karierą w korporacji.

"Nie chcę uczyć się pięć lat tylko po to, żeby skończyć w korporacji" - myślałam. Żeby było zabawniej, w związku układało mi się nie najlepiej. No dobra, w związku układało mi się TRAGICZNIE. To była już właściwie końcówka tej relacji, obustronne próby podtrzymania czegoś, co nie chciało wychodzić. I wzajemne zmuszanie siebie do studiowania tej nieszczęsnej filologii szwedzkiej - siedzieliśmy na niej oboje, chociaż o stokroć bardziej zależało nam na norweskim.

Chorowałam od listopada do stycznia. Zaczęło się od przeziębienia, skończyło na anginie. Zachorował też mój ówczesny chłopak. Próbowaliśmy jeszcze się potem ratować, zdawać egzaminy. Ale po jakimś czasie po prostu się poddaliśmy. Najpierw ja - miałam już pewien warunek z angielskiego. Później on - zrezygnował, bo ja zrezygnowałam. I tak studiowaliśmy bez przekonania.

Nie było łatwo. Płakałam, rozmawiając z mamą na Skype. Nie chciała, żebym rezygnowała, wręcz mi zabroniła. Ale później zrozumiała. Na jeden z egzaminów poszłam, ale oddałam białą kartkę. Zdziwienie mojej pani profesor było ogromne, chyba nie zapomnę jej miny. Byłam jedną z niewielu osób, której podobały się wykłady z literaturoznawstwa i która łapała je w lot - większość narzekała i nie potrafiła zrobić spójnych notatek. Nigdy chyba nie zapomnę miny pani K. i tego wstydu, poczucia straty (mimo wszystko).

Był to egzamin poprawkowy, więc oddając czystą kartkę, właściwie skreśliłam swoje szanse na kontynuację studiów. Byłam załamana. Czułam się beznadziejnie. I zaczęłam szukać pracy.

C D N -> Jak znalazłam pierwszą pracę?