sobota, 4 czerwca 2016

Międzynarodowość

źródło

Od czasu, gdy spędziłam we Strasburgu ponad rok w "dwóch ratach", o ile można to tak ująć, nie potrafiłam zapomnieć o atmosferze w międzynarodowych szkołach, do których uczęszczałam. 

Francuski, angielski i niemiecki słyszane na codzień, ludzie wszelkich narodowości w mojej grupie, czy klasie, mnóstwo osób dwujęzycznych od urodzenia dookoła, władających jeszcze często jednym lub kilkoma dodatkowymi językami...

Czegoś zaczyna brakować, gdy wraca się do zwykłej polskiej szkoły, gdzie często 100% uczniów stanowią zwyczajni Polacy, tacy polscy i zwyczajni.

Zapomina się, że jest się obywatelem świata, czy nawet Europy. W porównaniu do Francji, czy innych krajów zachodniej lub północnej Europy, Polska jawiła mi się zawsze jako kraj hermetycznie zamknięty na obcokrajowców. Kraj, gdzie za czarnoskórym człowiekiem wszyscy odwracają się jak na komendę, podczas gdy we Francji przeszedłby na ulicy nie wywołując żadnej szczególnej reakcji wśród przechodniów. Kraj, gdzie ludzie słysząc inny język niż polski, wytrzeszczają oczy i zachowują się, jakby usłyszeli złowrogą melodię wydobywającą się ze statku kosmitów. Kraj, w którym furorę robił program "Europa da się lubić", gdzie obcokrajowców mówiących po polsku oglądało się jak tresowane tygrysy na Discovery Channel...

Przez to wszystko często chciałam wrócić do Francji...

...chodziła mi często po głowie, jakby była światem idealnym, miejscem gdzie zostawiłam kawałek serca... Z czasem wszystko zaczęło się zmieniać.

Najpierw do mojego liceum przyszły dzieci oficerów NATO. Było ich tylko kilkoro, ale francuski słyszany na korytarzu stał się czymś naturalnym. Mimo że nie rozmawiało się z nimi często, to sama świadomość, że były obecne, tworzyło jakieś... uczucie międzynarodowości.


Później, gdy przeprowadziłam się na rok do Poznania, zauważyłam, że Polska trochę się zmieniła, na ulicach można było spotkać całkiem sporo cudzoziemców.

Raz, jeżdżąc na rolkach spotkałam Kanadyjkę azjatyckiego pochodzenia i pomogłam jej odnaleźć drogę. Byłam pod takim silnym wrażeniem, że rozmawiałam po angielsku poza uczelnią i to W MOIM KRAJU, że zaprosiłam ją do znajomych na Facebooku (co właściwie tylko potwierdza to, co napisałam wcześniej - w Polsce obcokrajowcy wydają się większości społeczeństwa jakimś fenomenem). Innym razem wskazałam drogę na Stare Miasto kilku turystom z Turcji. Jednak wtedy nie byłam już studentką, a pracownikiem międzynarodowej firmy zatrudniającej około stu osób w czterech oddziałach i w trzech różnych krajach... Miałam znajomego Greka, Brazylijczyka japońskiego pochodzenia, dwójkę Francuzów - których nawet spotkałam osobiście (z innymi rozmawiałam tylko na chacie skype, ponieważ nie pracowali w moim oddziale). I znów było bardziej międzynarodowo... Niestety, wówczas wszyscy w poznańskim oddziale firmy byli Polakami.

Jesienią zeszłego roku przywiało mnie z powrotem do Bydgoszczy i zaczęłam pracować międzynarodowej korporacji.


I dopiero tutaj znalazłam to, za czym tęskniłam. Najpierw miałam szkoleniowca z Francji, więc spędziłam cały miesiąc rozmawiając po francusku dzień w dzień (mój mózg zareagował przesadnie, identyfikując dosłownie wszystkie rozmowy napotkanych przechodniów jako mowę Moliera), później w mojej ekipie pojawiło się dwóch obcokrajowców, więc w dalszym ciągu codziennie używałam francuskiego... Poza tym moja praca polega na kontakcie z klientem w języku angielskim i francuskim i teraz, gdy wyjeżdżam za granicę, właściwie nie czuję, że gdzieś wyjechałam, bo i tak codziennie mówię w językach obcych. Różnicę spostrzegam czasem dopiero po kilku dniach... Tak jakoś, nie potrafię od razu załapać tej euforii pt. "wow, jestem za granicą i nikt tu nie mówi po polsku, wszystko jest inne". Zamiast tego jest "mówię po angielsku i co z tego, ledwie to zauważam".

Kontrast pomiędzy mieszkaniem w Polsce a zagranicą zaczął się zmniejszać

...przynajmniej dla mnie. Na codzień spotykam ludzi różnych narodowości i kultur, pracuję, rozmawiam, spotykam się z nimi poza pracą.

Chociaż wiem, że niektórym nie zależy na tym, co w swoim elaboracie nazywam "międzynarodowością", chyba mam we krwi to, że nie wystarcza mi mój własny język i mój własny naród. Może to dlatego, że moich rodziców ciągnęło zawsze za granicę, z powodów zarówno ekonomicznych, jak i naukowych czy turystycznych... I dorastałam nie tylko patrząc na nasze pola, łąki i lasy, ale także pływając w norweskich fiordach i słuchając francuskich piosenek. Może dlatego nie wyobrażam sobie życia w hermetycznie zamkniętym biało-czerwonym pudełku. I dlatego, jestem wdzięczna, że sytuacja się zmienia i otwierają się zarówno granice, jak i umysły.

PS. To taki odgrzewany kotlet z 2014 roku ;) Ci, którzy mnie znają i czytają pewnie zauważyli, że coś tutaj nie halo z datami. Sporo się zmieniło od tamtego czasu, m.in. charakter mojej pracy, chociaż po krótkim epizodzie "yolo, startup, jakoś to będzie", firma znowu ta sama.