wtorek, 7 czerwca 2016

(Nie)wychowani: Nie umiałem bawić się sam, a siostra od wszystkiego wolała konie

Mikołaj nie rozumiał mojej pasji. W ogóle nie za bardzo dogadywał się z końmi. Ale po latach w końcu znalazł logicznie brzmiące wytłumaczenie na to, czemu uczyniłam ze swojego pokoju Świątynię Koni.


Jako że idą wakacje i mój kochany braciszek będzie miał więcej czasu na blogowanie i vlogowanie, rozpoczynamy wspólną serię - (Nie)wychowani. Będziemy w niej opisywać swoje szczenięce lata. Ci którzy znają nas od wielu lat wiedzą, jak potrafiliśmy się bić, wydzierać, obrażać i ogólnie, jacy byliśmy straszni. Ale co najważniejsze, myśmy zawsze się kochali. Jak pies i kot, jak siostra i brat.

Zapraszam na pierwszy gościnny post Mikołaja - znanego w internetach jako Eskil.


Egocentryk, który nie umiał bawić się sam


Zawsze poproszony o opisanie siebie jednym słowem mówię: egocentryk. I nigdy się takim nie stałem, ani mnie na takiego nie wychowano – po prostu byłem taki zawsze.
Nic bardziej mnie nie cieszyło i nie cieszy, niż oczy zwrócone na mnie lub na cokolwiek, co stworzyłem. Mimo, że dzisiaj czerpię z tego liczne korzyści, kiedyś było dla mnie dość kłopotliwe, z jednego prostego powodu – nie umiałem się bawić sam.

Tylko siostra spełniała moje wymagania co do idealnego towarzysza zabaw

Oczywiście, miałem przecież dziadków, rodziców i siostrę. Łącznie pięć osób. Dziadkowie jednak nie spełniali mojego najważniejszego zaraz po byciu żywą istotą wymagania – fantazji. Rodzice albo nie byli w domu, albo brakowało im sił, albo czasu, bo akurat walczyli o tytuł naukowy lub coś innego, co dla nich było przełomem w życiu, a dla mnie utrapieniem. Zostawała siostra.

Nie mam pojęcia, ile łącznie razy lub godzin się ze mną bawiła, na pewno sporo. Ale dla kogoś w tym wieku (mówimy tu o przedziale 3-10 lat) przy braku jakichkolwiek innych zajęć było to za mało. Z perspektywy czasu trudno się jej dziwić, w końcu jest starsza o sześć lat, ale wtedy nie dawałem sobie tego wytłumaczyć. Najgorzej było wtedy, kiedy weszła w wiek, w którym dziewczyny zaczynają się interesować chłopcami. Nie wiem, czy to dlatego, że żaden się nią nie interesował, czy dlatego, że to ona miała nietypowy gust, ale podczas gdy inne dziewczyny oblepiały swoje pokoje plakatami gwiazd filmowych i twórców muzyki pop, ona zamieniała swój pokój w świątynię koni. 

Julia miała dziwny zwyczaj bunkrowania się w Świątyni Koni

Ściany zostały w całości zasłonięte galopującymi nieparzystokopytnymi o dziwnie wydłużonych głowach, siostra chciała tylko jeździć konno, a gdy rodzice odmawiali jej zawiezienia do stadniny, ona biegła do Świątyni Galopu z krzykiem i wnioskując po dźwiękach, jakie przebijały się do mojego pokoju – galopowała w miejscu. A ja w tym wszystkim chciałem koniecznie dostać kilka godzin zabawy dziennie.


Nic dziwnego, że moja siostra była nawiedzona

Z pewnością, gdyby kilka lat temu do wszystkich moich nastoletnich dramatów życiowych dołączył namolny brat błagający o 2351 godzin zabawy (z większą determinacją, niż bezdomny tak zdesperowany, że nie kryje już, że nie chodzi o żadne bułki, tylko o Żubra), również obkleiłbym swój pokój plakatami. Z tym, że użyłbym do tego celu nie taśmy, czy specjalnej gumy, ale wyciętego z czaszki brata mózgu. Dziękuję, Droga Siostro, że do naklejania plakatów używałaś jednak tej specjalnej gumy.


Pisał (Nie)wychowany - Eskil "Szary" Wiśniewski
Odwiedź jego kanał na YouTube lub obserwuj go na Twitterze!