piątek, 29 lipca 2016

Dziś przyśniłeś mi się znowu

Dziś przyśniłeś mi się znowu. Dlaczego nie zostawisz mnie w spokoju? Dlaczego powracasz? Jesteś tylko marą, wspomnieniem, wyobrażeniem. Zawsze byłeś, nawet wtedy gdy ze mną rozmawiałeś, albo gdy się z Ciebie śmiałam, jeszcze w podstawówce... A jednak wzruszasz mnie za każdym razem, kiedy pojawiasz się w moim śnie.

Przyszedłeś do mnie i śmiejąc się serdecznie wręczyłeś mi starą fotografię. A może nie starą? Może to wtedy mieliśmy po czternaście lat? Na zdjęciu widać było nasze uśmiechnięte twarze, blisko siebie. Wyglądaliśmy jak para. Mogłam podziwiać ten obrazek w nieskończoność. Pamiętam, że szukałam potem miejsca w domu, gdzie mogłabym go powiesić. Ale nie było wolnej ramki. Wylądował na moim biurku. Mama przyszła, zerknęła nań i powiedziała „nie wiedziałam!”, nie pamiętam, czy wyjaśniłam jej, że „to nie tak” czy też nie powiedziałam nic.

A potem obudziłam się i żałowałam bardzo, że ten sen nie miał w sobie nic rzeczywistego. Przecież nie mamy żadnego wspólnego zdjęcia oprócz jednego, klasowego... Przecież o mnie nie pamiętasz. Przecież nigdy Cię nie obchodziłam, oprócz może tych kilku chwil, gdy byliśmy jeszcze dziećmi. Leżałam w łóżku i rozmyślałam, gdy nagle okazało się, że trzymam w ręce fotografię od Ciebie. Naiwna, prawie uwierzyłam, że to już nie sen. Ale bojąc się, że znów się obudzę, chciałam wszystko zapamiętać jak najlepiej. Mimo nie najlepszego warsztatu, chciałam potem narysować kopię...

Nie wiem w którym momencie, ale migały mi obrazy Ciebie ze skórą leoparda na głowie. Nonsens – w Indiach nie ma takich zwierząt. Nie byłeś Afrykaninem, byłeś „Indianinem”, ale z Indii, nie z Ameryki, czyli Hindusem.

Obudziłam się znowu. Zdjęcie zniknęło. Miałam wyrzuty sumienia wobec mojego ukochanego. Dlaczego marzę o Tobie? Dlaczego chciałabym Cię zobaczyć? Dlaczego po raz kolejny zastanawiam się, czy to nie było możliwe, żebyśmy byli parą...? Co by pomyślał mój chłopak? Przecież to jego teraz kocham, nie Ciebie. A jednak, miałam ochotę wrócić do Strasburga i spotkać się z Tobą. Tata powiedział mi, że jedziemy nad morze, do Francji. Ale ja nie chciałam jechać do Nord-Pas-de-Calais. I mieliśmy niby jechać do...


I wtedy przebudziłam się naprawdę. Dźwięk budzika, i byłam znów tu i teraz. Zadzwonił mój chłopak. Opowiedziałam mu, że miałam sen, z którego wybudzałam się 3 razy. Zażartował, pytając, czy ciągle mam to zdjęcie w ręku. Nie miałam. Żałowałam tego, prawdę mówiąc. Zapomniałam też większość szczegółów. Ale w głowie pozostało idee fixe – rozmyślanie o Tobie. Ale otrząsnęłam się i teraz myślę tylko, czy Ci powiedzieć, że kiedyś byłam w Tobie zakochana? Katharsis dla podświadomości, która od czasu do czasu przypomina mi o tej jakby niezakończonej sprawie.

2014

środa, 27 lipca 2016

Wyjdź z toksycznego związku: Burzliwe związki są naj...?



"Ale przecież burzliwe związki są najpiękniejsze! Nie mógłbym wytrzymać w związku, w którym jest nudno. Siła wkurwienia jest najlepszą miarą miłości. Liczy się tylko, żeby nie rezygnować."
~ Robert Więckiewicz

No więc nie rezygnujesz.
Krzyczycie na siebie. Ciskacie się po domu. Zaciera się to, kto zaczął, o co była kłótnia.
Ten związek to świętość, więc któraś strona zanosi się płaczem. Wytrwamy.

Idziecie do łóżka, kochacie się dziko - to znaczy przepraszam. (Chociaż wiecie, że tak się nie robi.)
Albo wychodzicie na spacer - to znaczy wszystko będzie dobrze. (Choćby przez dwa dni.)
Piszesz smutny wiersz - to znaczy, że warto, bo jest inspiracja. (I pustka w sercu)

Emocje narastają. Wy nie musicie chodzić do wesołego miasteczka. Emocjonalny rollercoaster to wasza codzienność. W sumie nie musicie w ogóle dużo wychodzić. Całe spektrum doznań jest dostępne w waszych czterech ścianach. Ekstaza miesza się z odrazą. Bałagan z ustaloną hierarchią.

Pewnego dnia ktoś nie wytrzymuje i krzyczy, że się zabije. Nie rezygnujecie.
Wyprowadzę się!
Wyjeżdżam!
Kurwa!
Nie przeklinaj!
Bo co, bo tylko tobie wolno?
Ta sama pieśń, na dwa głosy, powtarzające się motywy w sprzeczkach, niekończące się wyrzuty sumienia, zacierająca się świadomość tego, kto jest winny.

To ja jestem winna - tak myślisz, i już nie pamiętasz, że jak ludzie się kochają, to przepraszają się nawzajem, nie zrzucają z siebie odpowiedzialności za własne czyny.

Dostajesz różę.
Myjesz zakurzony wazon.
Coś idzie jakby ku lepszemu.
Teraz już wszystko będzie dobrze.

Pewnego dnia, dajesz mu kuksańca w ramię.
Nie wytrzymujesz, kiedy mniej lub bardziej jawnie cię obraża.
Dostajesz po mordzie, po ryju, po pysku. Nie myślisz "twarz". Jesteś zwierzęciem, nic nie wartym. Sama pewnie to wszystko zaczęłaś.

To twoja wina. Powinnaś być bardziej odporna.

Siedzisz i nie chcesz czuć nic. Nie poruszasz się, kulisz się - daje ci to iluzję, że być może problemy znikną, każdy mięsień twojego ciała jest napięty.

Kłucie w sercu.

To jest toksyczny związek. Lubisz to, suko?

A może wolałabyś być czyjąś księżniczką, może pragniesz spokoju, zaufania, bezpieczeństwa? Dlaczego nie wierzysz, że możesz to komuś dać i dostać z powrotem co najmniej tyle samo? Naprawdę myślisz, że jedyne na co zasługujesz, to tkwienie w tym quasi-inspirującym związku, który raz kopie cię po tyłku tak, że spadasz na sam dół i chlipiesz gdzieś głęboko, zmieszana z najgorszym gównem, a raz wynosi cię na piedestał i czujesz się, nie wiem kim, może cholera jasna, nadczłowiekiem? Razem z nim, dwoje nadludzi, których nie rozumie nikt, bo ich miłość jest taka niesamowita, inna, lepsza.

Tylko czy na pewno?

Kiedyś będzie lepiej.

Nie ma goryczy, przemocy, niepewności. Jest za to poczucie stałości, bezpieczeństwa. Związek nie generuje negatywnych emocji, uwolniony od bólu umysł może myśleć jaśniej, doznawać więcej, dostrzegać więcej świata wokół siebie. Patrzysz w lustro, twoja poszarzała twarz odżyła. W oczach masz iskry szczęścia, oddychasz głęboko. W końcu masz siłę, żeby dbać o siebie, rośniesz w siłę. Kochasz nie tylko jego. Nareszcie kochasz też siebie.

Czyli on się zmieni?
Nie. A może tak, ale przy innej kobiecie. Ale ty o tym nie myśl. Po prostu uciekaj. Za wszelką cenę.

Nie ma goryczy, przemocy, niepewności. 

Czyli to nie o nim?
Nie, to jest twoja przyszłość, u boku innego mężczyzny.

Burzliwe związki są naj...gorsze.
I to jest najbardziej łagodnie ich określenie, panie Więckiewicz.

sobota, 23 lipca 2016

Płukanie zatok - naturalne remedium na zatkany nos



Uprasza się o nieczytanie ludzi, którzy:

  • nie mają nosów
  • nigdy nie znaleźli w nosie gila
  • nie wierzą w alergię
  • uważają nowinki medyczne za raczej obrzydliwe
Dziękuję.

Nie-dłub-w-no-sie, bośnieprosie!

Tak mi mówili. Ale jak nie dłubać, kiedy z powodu alergicznego nieżytu (jak się dowiedziałam później), mój nos był wiecznie zatkany. Więc byłam tym prosiakiem, górnikiem i kim tam jeszcze być tylko można, przez wiele lat. Raz było lepiej, raz gorzej. Już rozważałam sobie wpisanie tego do życiorysu, jako nieodłączny element życia - strupy, krew i gile, no i palec wędrujący tam gdzie nie powinien.

Byłam zdiagnozowanym alergikiem, jako kilkuletnie dziecko miałam uczulenie na pleśń. Wszystkie ukochane kwiaty dziadka musiały opuścić nasz dom, bo miałam duszności. Później to przeszło, ale dalej jakieś uczulenie mam. Na co? Testy nie pokazywały, ale objawy pozostały. W szczególności te związane z nosem...

Myślałam, że może to od tego drapania mam strupy, że jak przestanę to się skończą (tak też sugerowali mi rodzice i dziadkowie - po części mieli rację). Jeden dzień bez mechanicznego oczyszczania nosa, wyłącznie próby "cywilizowanego" dmuchania w chusteczkę, no i mogłam oddychać wyłącznie przez usta.

Poszłam do laryngologa - kazał nawilżać nos olejkiem sezamowym "Nozoil" i psikać wodę morską. Niestety byłam tak przyzwyczajona do wysuszonej śluzówki, że tłusty olej w nosie mnie irytował i wycierałam go chusteczką do sucha.


Laryngolog i straszenie operacją

I tak się przeturlałam kilka lat, aż mnie w końcu wzięło na dbanie o sobie i poszłam do laryngologa raz jeszcze. Miałam akurat zapalenie zatok (chociaż zupełnie tego nie czułam) i dostałam, oprócz sterydu i (znowu!) oleju sezamowego, polecenie, żeby płukać zatoki roztworem soli fizjologicznej. Kupiłam zestaw "Sinus Rinse" i przeczytałam instrukcję, ale proces wydawał mi się zbyt przerażający, żeby go wykonać. Laryngolog postraszył mnie operacją i powiedział "nawet dziecko sobie poradzi, jest zestaw do płukania dla dzieci, no to pani sobie nie poradzi?" - podziałało. Tego samego dnia, wieczorem, płacząc, że się udławię (chociaż lekarz zapewniał, że nikt jeszcze się nie udławił), w asyście narzeczonego - wypłukałam zatoki.

Nie było przyjemnie, ale też nie było strasznie. A jakość oddychania - wow! Nic nie zalegało, miałam zupełnie czysty nos, mimo gorączki i kataru. Wszystko na chwilę... odpłynęło. Dosłownie.

Zamiast drapać i dłubać zaczęłam płukać, a strupy zaczęły znikać. Oczywiście, czasem wracają, ale nie zrażam się - płuczę i nawilżam olejem sezamowym. Być może moja sytuacja się poprawi, kiedy poddam się zabiegowi korekty przegrody nosowej. Na razie czekam w NFZtowskiej kolejce. ;)

Jak to się robi?

Przygotowuję kubek ciepłej lub letniej wodę - musi być przegotowana/filtrowana/butelkowana. Zimnej nie polecam. Temperatura ciała w środku jest wyższa niż na zewnątrz i wszystko co zimne, wyda się jeszcze zimniejsze. Dosypuję zawartość saszetki z zestawu.

Biorę do ręki specjalną butelkę, przystawiam do jednej z dziurek nosa, ściskam. Strumień ciepłej, przegotowanej wody z solą fizjologiczną przepływa mi przez nos i zatoki, wylatuje drugą dziurką. Potem jeszcze raz - tylko z drugiej strony. Do zlewu spływają te wszystkie brzydkie rzeczy, które zapychają nos i nie pozwalają swobodnie oddychać. Potem wystarczy wydmuchać nos i gotowe. Z czasem dochodzi się do takiej wprawy, że cała "operacja" trwa krócej niż minutę. Płukać można nawet dwa razy dziennie i nie ma przeciwwskazań nawet dla kobiet w ciąży.

Kiedy jestem zdrowa - płuczę nos raz dziennie bądź kilka razy w tygodniu. A kiedy jestem chora - dwa razy dziennie. Ostatnio wyleczyłam się z infekcji górnych dróg oddechowych wyłącznie za pomocą Sinus Rinse i inhalacji (olejkiem eukaliptusowym i ziołami). Lekarz przepisał mi steryd "psikacz", ale nie chciałam go stosować, ponieważ wszystko, co wysusza śluzówkę nosa, jest dla mnie wysoce niewskazane.


Tańsze nie znaczy lepsze

Oprócz Sinus Rinse w aptekach jest jeszcze dostępny tańszy Fixsin - to właściwie czysty chlorek sodu (czyli po prostu sól kuchenna, ale w tym przypadku prawdopodobnie lepiej oczyszczona). Sinus Rinse zawiera jeszcze oprócz tego dwuwęglan sodu. Co to w praktyce oznacza? Z moich subiektywnych odczuć, roztwór, który powstaje z saszetek Sinus Rinse jest delikatniejszy. Płucząc Fixsinem czuję szczypanie i dyskomfort. Ponadto saszetki Fixsin są większe - używam je z butelką od Sinus Rinse i jedna saszetka wystarcza na 3 płukania.


Skusisz się, tchórzu?

Skusisz się? Bo większość ludzi to tchórze i wolą zasmarkać się na śmierć podczas kataru i oddychać ustami. Ja tam wolę jednak przez minutę płukać nos i mieć potem kilka godzin spokoju. :D

piątek, 22 lipca 2016

O wyższości czarnego kwiatu nad eksperymentem kulinarnym

Przyszło mi kiedyś do głowy marzenie o mężczyźnie, który zadzwoniłby do mnie i powiedział "maleńka, idziemy jutro do klubu?", a potem przyszedłby po mnie ubrany w dżinsy i białą koszulę ze banalną, czerwoną różą w zębach. Tańczylibyśmy całą noc, tylko razem, cały czas razem. On by mnie prowadził, uczyłby mnie różnych kroków, improwizowałby jak szalony. Może nawet wypilibyśmy po jednym piwie, czy drinku. Potem on odprowadziłby mnie do domu i pocałował namiętnie, zanim zniknęłabym za drzwiami.

Schwyciłam myśl i wrzuciłam ją do garnka, zamykając z trzaskiem pokrywkę. Włączyłam gaz, idea bulgotała, gotowała się wściekle przez kilka minut. Zdjęłam garnek z ognia i ostrożnie uchyliłam pokrywkę.

Rzuciła się na mnie wizja mężczyzny, który dzwoni do mnie, aby odwołać kolejne spotkanie, rzuca tylko zadawkowo, że mnie kocha, bardzo, ale nie ma czasu. Chcę o coś zapytać, ale już się rozłącza. Słyszę o nim zewsząd niejasne pogłoski, któraś z moich koleżanek widziała go z inną. Ponoć pali trawkę, chociaż zarzekał się się, że to nie w jego stylu.

Wizja gryzła mnie i szarpała za włosy. Złapałam ją jedną ręką, a drugą polałam tłuszczem patelnię, aby wściekła wizja mogła lepiej przylgnąć (I zasada nadnaturalności: wszystko co metafizyczne ma paradoksalne właściwości fizyczne). Rzuciłam wizję na patelnię i obserwowałam jak skwierczy, rozrzucając dookoła gorące kropelki tłuszczu. Odsunęłam się, bo piekły w skórę, jak wbijane szpilki.

Nie oświadczył mi się, zdradzał mnie. Zaniedbywał. Przestał zachowywać pozory i nawet nie próbował zachowywać się szarmancko. Pił coraz więcej.

Właściwie to nie chciałam już się dowiedzieć niczego.
Marzenie skwierczało na patelni, było czarne i cuchnęło niczym spalona dziczyzna.
Potworny fetor rozszedł się w całej kuchni.

Poszłam do łazienki z patelnią w ręku, przechyliłam ją, a spalona myśl wpadła do muszli klozetowej. Spłukałam wodę.

Na oknie stał pielęgnowany od dawna kwiat. Był czarny, pochłaniał wiele mojego zapału i miłości. Miał za to cudowne właściwości - można było przy nim ogrzewać ręce jak przy kominku. I potrafił mnie pocieszyć, chociaż to może brzmieć absurdalnie, ale naprawdę potrafił. Niewiele ludzi potrafiło w to uwierzyć. Gotowali w garnkach swoje fantazje, czasem przetrzymywali je w lodówkach, gdy robiło się za gorąco. Tymczasem mój kwiat pochłaniał mnóstwo światła słonecznego, które biło od niego potem w pochmurne dni. Był ze mną każdego dnia i przynosił mi radość, a ja zawsze pamiętałam żeby go podlewać. Inni co prawda nie musieli nic podlewać, ale kiedy już coś wykipiało, nie było odwrotu. Trzeba było w kółko stać i pilnować gotujących się uczuć, a mój kwiat po prostu był. I cały czas jest, a ja jestem mu za to wdzięczna.

2014

środa, 20 lipca 2016

Zaręczyny-sryny, no przyznaj się, zazdrośnico



Może wzdychasz na widok kolejnej pary, która się zaręczyła na fejsbuku i myślisz sobie jakie to słodkie! A może, jak ja 2 lata temu, z zazdrości trzesz zębami, ścierając je do granic możliwości, tak jakbyś jeszcze przed tymi zaręczynami, których tak pragniesz, chciała odwiedzić dentystę co najmniej dwa razy?

Szczęście innych nie zawsze cieszy

Ciężko się cieszyć szczęściem innych - szczególnie, gdy spełniają się nasze marzenia, tylko nie nam, ale właśnie tym innym. Przyznaję, że nie jestem pod tym względem wyjątkiem i bywam zazdrosna, jeśli ktoś nagle dostaje coś, na co ja z utęsknieniem czekam.

Pewnego zimowego dnia, na jakieś dwa miesiące przed naszymi własnymi zaręczynami, zobaczyłam na fejsiku, że ktoś znów się zaręczył (jak czekasz aż Twój chłopak ci się oświadczy, masz wrażenie, że to dzieje się u innych 5 razy dziennie; kiedy nie masz chłopaka - ta liczba rośnie do 10-100 razy dziennie i masz dosyć tych wszystkich ludzi, którzy wrzucają te posty, czy oni nie mogą zachować tego dla siebie?!) i tak skroluję, Oleh patrzy, a ja mówię:

- Zaręczyny-sryny...
- Jesteś zazdrosna? - zgadł mój przenikliwy ukochany
- W sumie to tak.

I dodałam:
- Jak mi się oświadczysz, nie napiszę o tym na Facebooku.

Nie mogłam wiedzieć, że pierścionek już czekał. Że on w tym momencie zastanawiał się, czy dać mi ten pierścionek (to byłoby trochę straszne)! Ale starałam się nie wywierać presji. Przyznałam się tylko do tego, że jestem zazdrosna i niecierpliwa. Rozmawialiśmy wcześniej o zaręczynach i ślubie, dlatego spodziewałam się ich przy kilku krytycznych datach - jak na przykład Boże Narodzenie czy moje urodziny).


List do Zazdrośnicy

Sobie już nie pomogę, namartwiłam się i nazgrzytałam zębami, ale... może właśnie czekasz na swoje zaręczyny i wkurzają cię te zaręczone zołzy, które tak szpanują i wstydu nie mają? No to przeczytaj sobie kilka słów ode mnie.

Kochana Zazdrośnico!

To, że jesteś zazdrosna, nie znaczy, że jesteś zła.
Jeśli się przyznasz do zazdrości, może ci ulżyć. Zwierz się komuś.
Jeśli jednocześnie cieszysz się ze szczęścia koleżanki i jesteś zazdrosna - to jest normalne. Nie martw się tym zbyt długo.
Masz prawo pokazać na Facebooku, że jestes zaręczona. Wielu znajomych na pewno będzie cieszyć się z Tobą.
Masz też prawo tego nie pokazać - ja tak zrobiłam, z myślą o tamtej sobie, która prawie gryzła laptopa ze złości niecierpliwie oczekiwała oświadczyn. Może nie warto denerwować, tych, które jeszcze czekają? :)

Staraj się nie wywierać presji na swoim chłopaku, szczególnie jeśli z waszych wspólnych rozmów wynika, że chcecie wziąć ślub i określiliście to zdarzenie mniej więcej w czasie. My mówiliśmy sobie, że "to na pewno nie będzie za 2 lata, ale wcześniej".

A jeśli nie rozmawialiście... Porozmawiajcie o tym. Nigdy nie jest za wcześnie, ani za późno - trzeba trafić tylko na dobry moment podczas spotkania. Porozmawiajcie, czy w ogóle chcecie brać ślub. Czy w bliższej, czy w dalszej perspektywie. Czy chcecie mieć dzieci. No wiecie, takie fundamentalne sprawy, których niektórzy się wstydzą. Sprawdźcie, czy wasze wizje życia się pokrywają. A jeśli nie - czy umiecie to zaakceptować.

W dobrym związku po prostu wiesz, czy i kiedy możesz się mniej-więcej spodziewać zaręczyn.
Więc przestań zgrzytać zębami, będzie dobrze.
Będzie idealnie i po waszemu. Wyluzuj, zazdrośnico. Na ciebie też przyjdzie czas.

Podpisano,
Była Zazdrośnica

poniedziałek, 18 lipca 2016

Z mężem w pracy, z mężem w domu, jak to wytrzymuję?

Nie macie dość?

Spędzam z moim mężem prawie 24 godziny, 7 dni w tygodniu. Razem śpimy, jedziemy do pracy, siedzimy obok siebie przy biurkach, wracamy razem. Jeśli robimy coś osobno, to są to czasem zakupy lub spotkania ze znajomymi.

No i spotykamy się z takimi zdziwionymi oczami i otwartymi gębami i jeszcze bardziej otwartymi pytaniami "A wy nie macie siebie dość?"

Nie mamy dość

No właśnie nie. Po pierwsze, jesteśmy małżeństwem od niecałego roku, mieszkamy razem trochę dłużej i pierwsza teza (dobra nawet dla niedowiarków i sceptyków) jest taka, że po prostu się jeszcze sobą nie nacieszyliśmy. Później będzie gorzej, zaczniemy się kłócić, będziemy rzucać talerzami, kotem i co nam jeszcze w ręce... nie, stop. Później prawodpodobnie będziemy spędzać mniej czasu razem, bo możliwe, że zaczniemy pracować kiedyś w różnych miejscach. Albo urodzi nam się dziecko i zostanę na jakiś czas w domu. Albo po prostu będziemy szukać tej przestrzeni dla siebie, żeby czas spędzony razem był wyczekiwany i równie fajny, jak jest teraz.

Po drugie, poznaliśmy się w pracy. I nawet część naszej sesji ślubnej odbyła się w miejscu pracy, ponieważ uwielbiamy razem pracować (nie mylić z: "do granic możliwości uwielbiamy nasz zakład pracy" - a tegoż, nie mylić z: "w ogóle nie lubimy naszej pracy") i to raczej się nie zmieni. Po prostu lubimy wspierać się nawzajem w codziennych aktywnościach i to właściwie były podwaliny pod nasz związek (to było tak, że on pisał do mnie, że podsyła mi notyfikację, a potem pytał co słychać i jakoś tak do końca zmiany czas upływał już bardzo lekko).

Być może zawsze będziemy takimi papużkami-nierozłączkami, bo wiecie, wybraliśmy siebie nawzajem, tak na serio, na dobre i na złe, i jest nam ze sobą naprawdę wspaniale. Chcemy, żeby tak zostało i robimy wszystko, żeby tak zostało.


W naszym związku stosujemy proste zasady

  • Mówimy, co myślimy, nie owijając w bawełnę.
  • Nie obarczamy siebie nawzajem winą za własne niedociągnięcia.
  • Rozmawiamy. O planach, o problemach, o marzeniach.
  • Mówimy na głos o swoich oczekiwaniach.
  • Przepraszamy i wybaczamy.
  • Konflikty rozwiązujemy od razu. Nie mamy cichych dni.
  • Spędzamy razem czas na różne sposoby. Można powiedzieć, że wciąż mamy randki. Czasem wybieramy się do kawiarni, innym razem na spacer do lasu albo na rowery. Lub zostajemy w domu i oglądamy sobie filmy czy seriale.
  • Dzielimy się obowiązkami domowymi.
To wszystko funkcjonuje, prawie idealnie. No, czasem ktoś nie wywiązuje się z obowiązków domowych. Muszę cię zaskoczyć, ale... tą osobą jestem raczej ja, niż mój mąż. Bo to ja w naszym związku reprezentuję chaos. Zwierzęcą siłę reprezentuje za to kot, który gryzie nas w stopy średnio raz w miesiącu, domagając się jedzenia o nieludzkiej (ale na pewno kociej) porze, np. 4:59 nad ranem.

Wierzę, że w każdym związku istnieją pisane lub niepisane zasady, które trzymają go w ryzach. A jeśli małżonkowie/para nie lubią spędzać wspólnie czasu, to najwidoczeniej coś nie gra i warto pomyśleć, dlaczego. Może właśnie pochylić się nad zasadami?

PS. Inna żona, która nie ma dość - Ewa z bloga Mocem.

niedziela, 17 lipca 2016

Przychodzi dziecko z próchnicą na malowanie twarzy... ale czy to na pewno próchnica? (czytaj do końca)

... a mi jest przykro i źle z bezśliności.


Pracuję hobbystycznie (dorabiam brzmi gorzej - ja nie muszę dorabiać, pracuję dodatkowo, bo mam na to ochotę) jako animatorka.

Maluję dzieciom buźki, czasem organizuję im warsztaty plastyczne, albo jakieś inne atrakcje. Na konwentach fantastyki, na imprezach masowych, na urodzinach, zdarzyło mi się ostatnio nawet na weselu.

Roześmiane buzie, ciekawe konwersacje z kilkulatkami i ich rodzicami, nietuzinkowe pomysły dzieci. Mnóstwo kwiatków, cytatów i opowieści, które wynoszę z każdego spotkania z dzieciakami. Kilka godzin - kilkadziesiąt twarzy.

Poczerniały uśmiech maluszka

I czasem taki smutek - kiedy przyjdzie dziecko na pozór zadbane, a jednak coś jest nie tak.
A ja nie mogę nic powiedzieć, bo jestem tylko animatorką. Nie przedszkolanką, nie wychowawczynią, nikim dla rodziców ważnym... Nawet sama nie mam dziecka - więc trudno, żebym mogła zagadać na zasadzie "wiem z doświadczenia..."

Ale mrozi mnie na widok mocno spróchniałych zębów w dzieciaków, które jeszcze nawet dobrze nie potrafią chodzić. I to nie są jakieś małe plamki, czy przebarwienia, to są, na przykład, obie jedynki poczerniałe po bokach, na całej długości. Albo ząbki wręcz próchnicą "nadjedzone"*.

Wypad do dentysty! Ale już!

I mam ochotę powiedzieć:
"Dlaczego pani dziecko ma nieleczoną próchnicę? To je boli. Powinniście się udać do dentysty."

Temat nie dawał mi spokoju i zapytałam moją dentystkę. Miałam cień nadziei, że się mylę, że tym dzieciom nie dzieje się krzywda. Ale usłyszałam coś, co tylko potwiedza moje przypuszczenia.


Oto co powiedziała mi dentystka:

  • Próchnica z mlecznych zębów może przejść na stałe.
  • Zepsute zęby bolą, obojętnie czy stałe, czy mleczne (no pewnie, sama to pamiętam z dzieciństwa)
  • Często rodzice ignorują problem do momentu, aż dziecko nie może spać w nocy, bo płacze z bólu.
  • Próchnica wśród dzieci jest bezpośrednio związana z przyjmowaniem przez nie zbyt dużej ilości cukru.
  • Dzieci nie potrzebują słodyczy, nie znają ich smaku. Nie warto je do niego przyzwyczajać.
Więc kiedy tak maluję te buźki i oglądam różne uśmiechy, smutno mi na widok próchnicy, ale nie daję po sobie tego poznać. Jednak nie umiem zapomnieć.


Wszystko rozumiem, ale próchnicy nigdy nie zrozumiem

Bo inne rzeczy, to nie są problemy. Katar może mieć każdy, zeschnięte gile pod noskiem mogę wytrzeć nawilżoną chusteczką. Brudną buzię też można wyczyścić w try miga. Rodzic próbuje zmuszać dziecko do zabawy? Można i wypada mu wytłumaczyć, że mogą tu wrócić później, odezwać się do dziecka przyjaźnie i nie wywierać presji. Dzieci się odstresowują, rodzice też. Czasem wracają, czasem nie i bardzo dobrze.

Reszty problemów nie widzę, bo dziecko siedzi ze mną tylko kilka minut.
Ale próchnica? Próchnicę zauważę zawsze. A wszystkie dzieci śmieją się tak pięknie...


Tutaj mam okazję, tutaj powiem to głośno.

Rodzice, zabierajcie dzieci do dentysty!


*Errata i kilka słów o lapisowaniu - nie wszystko próchnica, co jest czarne

Być może, gdybym nie opublikowała tego postu, nigdy nie dowiedziałabym się, że niesłusznie osądzam niektórych rodziców. Dlaczego właściwie nigdy nie próbowałam rozmawiać z rodzicami o zębach ich dzieci? Moim zdaniem to nie jest rola animatora i będę się tego trzymała - nie chcę być wścibska, ani nietaktowna. Stan zębów nie ma nic wspólnego z malowaniem twarzy, bo przecież zębów nie tykam. Mogę pytać o stan skóry, czy cieknący nosek, ale zęby? Dlatego wolałam napisać - wydało mi się to lepszą opcją. Mniej inwazyjną. Miałam również podskórne przeczucie, że mogę się z moim osądem pomylić. I okazało się, że przeczucie było słuszne.

Nie wszystkie poczerniałe zęby = nieleczone zęby

Przytoczę fragmenty komentarzy pani Anny, która wypowiedziała się na Facebooku pod linkiem do tego wpisu.

"Mam pytanie. Jak Pani odróżnia próchnicę od lapisowania mleczaków? Wiele razy słyszałam jak nie dbam o dziecko bo ma czarne ząbki i nikt nie spyta dlaczego. Nikogo nie obchodzi, że dziecku odpryskiwało szkliwo po sterydach na alergię i odsłonięte zęby były szybko zabezpieczane azotanem srebra. Że u dentysty jesteśmy regularnie. Łatwo oceniać, ciężej spytać. Natomiast takie wpisy jeszcze zaogniają sytuację, bo potem ludzie, którzy poczytają kilka "mądrych słów z internetu" wytykają palcami to o czym nie mają pojęcia. Czarne zęby to nie zawsze próchnica i niestety dzieci, z których się śmieją dorośli, albo prawią komentarze rodzicom, w ich obecności przestają się uśmiechać... 

Zęby lapisowane są przerażająco czarne. Pamiętam jak widziałam z takimi ząbkami dziecko w autobusie zanim moje miało ten sam problem i aż mnie ciarki przeszły. A ta metoda zabezpieczania mleczaków jest bardzo popularna. Niestety dla dzieci, które muszą z niej skorzystać, zwłaszcza te, które mają odsłoniętą zębinę lub leczoną próchnicę, często potem odczuwają odsunięcie od społeczeństwa. To dla nich i dla rodziców olbrzymi problem. Komentarze oczywiście są. Po cichu, za plecami, w internecie... szkoda właśnie, że nie prosto w twarz, bo wtedy można wyjaśniać... A dziecko potem dostaje szczękościsku bo walczy ze sobą, żeby się nie uśmiechać. Polecam zainteresować się tematem i pozdrawiam."

Pani Anno - ponownie dziękuję za przybliżenie tematu!

piątek, 15 lipca 2016

Alter Creatio - Mirus Admirabilis

Bóg siódmy pozostał przy nadal płonącym ognisku. Słuchał trzasku płomieni i począł się zastanawiać, co właściwie się pali. Czy to brak materii? Jak właściwie coś czego nie ma mogłoby się palić? Otóż mogło, a dowód był przed nim. Im dalej od ogniska, tym więcej było pustej przestrzeni, lecz płomienie w zawrotnym tempie pochłaniały nicość obracając ją w kosmiczne powietrze.

Bogu przyszło nagle na myśl, że warto by było mieć jakieś imię – gdy był jeden, problem nie istniał, bóg siódmy zwał się po prostu bogiem. Jego wysokie mniemanie o własnej osobie nie pozwalało mu myśleć o nim jak o siódmym bogu, dlatego postanowił nazwać się Mirus Admirabilis, czego nie można było poczytać mu za skromność, aczkolwiek nikt jej od niego nie wymagał.

Usatysfakcjonowany wyruszył szukać swojego miejsca we wszechświecie. Płynął między nowopowstałymi gwiazdami i galaktykami, mijał samotne planetoidy. Wszystko naokoło było przesycone wonią dymu, choć nie czuć było spalenizny, był to raczej zapach taki, jaki rozchodzi się w pokoju po zapaleniu kadzidełka. Jednak ten zapach był stokroć niezwyklejszy, nieziemski, było w nim czuć esencję początku, wielkiego początku i nie mniejszych nadziei na przyszłość. Czerń, którą rozświetliło nie tak dawno temu Ognisko Principium, przeszła w srebrzysty granat, miejscami, nieopodal gwiazd było widać odcienie złota i purpury. Mirus Admirabilis przyspieszał coraz bardziej swój lot, ciesząc się iż właśnie on staje się w nowym świecie prekursorem prędkości, stwarza szybkość. Obrazy po jego bokach, mimo, iż jego boski zmysł wzroku był niewyobrażalnie świetny, rozmazywały się i widział przed sobą tylko cel: krawędź wszechświata. W miarę jak się do niej zbliżał, krajobraz stawał się bardziej ponury i mroczny. Całe ciepło Ogniska nie zdążyło tu jeszcze dotrzeć, dlatego nieliczne gwiazdy świeciły słabym, niebieskawym światłem i roztaczały wokół siebie nikłą poświatę. To było właśnie miejsce, o którym marzył Mirus. Żaden z jego braci nie mógł mu tutaj wejść w drogę, ponieważ wszyscy miłowali jasność. Jemu jednemu nie przeszkadzał mrok, ponieważ wiedział, że światłość dotrze tu i tak prędzej czy później. Nie zamierzał zwlekać już dłużej i sięgnął po kulę, którą schował uprzednio w fałdach swojego płaszcza. Chwycił ją, zamachnął się i cisnął celując idealnie w krawędź wszechświata – kula zachwiała się, ale po chwili zyskała równowagę. Bóg zacisnął pięści z całych swoich niewyobrażalnie wielkich sił i w jednej chwili mała kula rozszerzyła się do ogromnych rozmiarów. Z jej jądra zaczęła na powierzchnię wypływać magma i zastygać, utworzyły się wulkany, a następnie górskie szczyty, a gdy bogu zaczęło brakować sił, jedyna łza, która stoczyła się po jego policzku dała początek oceanom na utworzonej przez niego planecie. Wszystko było już gotowe, należało tylko czekać, aż dotrze tutaj światłość. Jednak Admirabilis nie był cierpliwy i zaczął dzieło stworzenia istot żywych natychmiast.

W mgnieniu oka rośliny wszelkiego rodzaju spowiły ziemię, dominował wśród nich odcień ciemnego fioletu, co zdziwiło boga, ponieważ przywykł do zieleni. Nie wiedział, dlaczego tak się stało. Postanowił więc stworzyć zwierzęta, podobne do tych z poprzedniego świata. Przez jakiś czas wszystko szło po jego myśli, jednak wkrótce okazało się, że niektóre ze stworzeń przechodzą dziwne mutacje, wskutek czego powstało wiele nowych, wyglądających groźnie i nieprzyjaźnie gatunków. Mirus obserwował właśnie z bliska coś, co wyglądało jak krokodyl, gdyby nie to, że było czerwone, opierzone i miało dwie głowy. Właśnie wchodziło na drzewo. Przysiadło na jednej z najwyższych gałęzi i znieruchomiało. Przechodzący nieopodal stwór przypominający kota z kolcami na grzbiecie nie zauważył drapieżnika. Szkarłatny pierzodyl (jak postanowił nazwać go bóg, z braku lepszego określenia) skoczył i opadł prosto na jeżota, co bynajmniej nie zaszkodziło temu drugiemu. Za to napastnik zaryczał dziko i wydając z siebie dźwięk podobny do śmiechu hieny, uciekł w fioletowo-czarne zarośla.

- Och, nie. Co ja narobiłem? Mogłem jednak zbudować swój świat bliżej Principium. Teraz jest już za późno. Przecież wiedziałem, że nie jestem do końca w stanie panować nad ewolucją. Zapomniałem też o blokadzie międzygatunkowej, a teraz już nie mogę jej wprowadzić. Biada tej ziemi! Biada tej planecie! – rozpaczał Admirabilis. Jego głos rozchodził się echem po uniwersum i ginął w ciszy.

Po chwili na planecie Mirusa zaroiło się od wężoptaków, koniopsów, małżorybów i innych najdziwniejszych krzyżówek. Niektóre rozwinęły się w sposób tak dziwny, że nie sposób było określić, z jakich gatunków właściwie powstały.

Zdaniem boga najgorsze były krzyżówki much z większymi zwierzętami. Choćby muchokoty. Zbyt obrzydliwy widok, żeby dało się go precyzyjnie opisać. Niektóre z nich były muchami mającymi kształt kotów. Inne kotami mającymi kształty much. A jeszcze inne wyglądałyby w całości jak koty, gdyby nie ssawki zamiast pyszczków.

Mirus miał tylko jedną nadzieję: że normalne gatunki również przetrwają. Powziął w tym celu pewne działania, które zakończyły się tylko częściowym sukcesem. Zmęczony i zawiedziony stworzył sobie  fotel i opadł na niego bez sił. Po jakimś czasie stwierdził, że czas stworzyć ludzi, czy raczej istoty, które by można ponownie ludźmi nazwać. Wiadomo, że z każdym nowym stworzeniem świata, nic już nie było takie samo, różniło się, choćby jakimś szczegółem, nawet jeśli otrzymywało taką samą nazwę… Wykreował pierwszych dwoje i czekał. Przez całe wieki obserwował, a uśmiech nie schodził mu z twarzy.

***

Benjamin przerwał opowiadanie i popatrzył na wnuka znad okularów.
- Więc to tak powstali nasi przodkowie… - powiedział głośno chłopiec. Wyglądał na nie więcej niż dziewięć lat.
- Taaak, aczkolwiek to dopiero początek opowieści. Resztę dowiesz się już niedługo. Wiesz, jakie święto przypada za trzy dni? – zapytał jego dziadek.
- Nie wiem, dziadku – przyznał mały.
- Święto Zejścia. Mirus raz na siedem lat schodzi z… - starzec przerwał na chwilę i zmarszczył czoło - stamtąd gdzie zwykł przebywać i zasiada wraz z nami do ogniska, które płonie na cześć Principium. To święto, o którym nie można mówić głośno na ulicy, zapamiętaj to sobie, chłopcze, jeśli nie chcesz się narażać Nieludziom.
Chłopiec posmutniał. Na chwilę zapanowało milczenie, skwierczał tylko ogień w kominku.
- Dziadku…? – zagadnął nieśmiało.
- Tak?
- Czy Keo mógłby...
- Nie. Dobrze wiesz, że nie.
- Ale…
- Nie ma żadnego „ale”. Nieludzie nienawidzą ognia, a szczególnie Principium. W ich żyłach płynie coś, czego nie sposób nazwać krwią. To mutanty. Zwierzaki, którym pod czaszkami, z powodu cholernej pomyłki, wykwitła w jakiś sposób inteligencja. – Chłopiec zaprzeczyć i już otworzył usta, ale zrezygnował, gdyż jego dziadek ciągnął dalej. - Powstali przez nieuwagę Admirabilisa. Zresztą przed chwilą ci opowiadałem. Ten błąd wiele go kosztował.
- To nie są zwierzaki, dziadku! I nie wszyscy są źli! Chociażby Keo...
- Wcale nie mówię, że jest zły, lecz on, tak samo jak wszyscy inni zrodził się z Mroku. Nie może iść świętować z nami choćby z tej prostej przyczyny, że zaszkodziłoby mu to.
- A co mogłoby mu się stać?
Starzec udał, że nie słyszy. Przymknął oczy i skinął na małego:
- Idź już się położyć.
- Ale…
- Idź spać. Staraj się teraz o tym nie myśleć.

Chłopiec odszedł. Jednak do późnej nocy z jego pokoju dochodziło ciche łkanie, a w jego oknie paliło się światło. Stojąc pod domem, można było dostrzec sylwetkę małego, siedzącego przy biurku i piszącego coś wielkim piórem. Benjamin także nie spał, rozmawiał z kimś, choć jego wnuk nie miał  pojęcia z kim. Jednak, kiedy się kładł, już nad ranem, posłyszał strzępek rozmowy.

- Dowie się. Kiedy przyjdzie (...) powinien (...) i nie zapominaj, że nie może... - to mówił dziadek.
- Nie może... - rozległ się cichy, aczkolwiek stanowczy głos, którego chłopiec nie umiał rozpoznać, nie potrafił nawet określić, czy ów głos należał do kobiety, czy też do mężczyzny. Nie miał pojęcia, o kim była mowa, ani po ten ktoś odwiedził dziadka.
- Musi! - krzyk dziadka odbił się echem i rozniósł się po całym domu.
- Cicho, obudzisz go. - znów ten głos.

Chłopiec nie miał już wątpliwości, co do tego, o kim rozmawiano. Zdążył sobie jeszcze zadać pytanie, dlaczego w całym jego krótkim życiu nikt nie odezwał się do niego po imieniu. A potem zmorzył go sen.
2008
Ciągu dalszego nie było. Powiedz, może powinnam go napisać?

Prawo jazdy - jak zdałam za 4 razem



Kiedy miałam 17 lat, czyli w 2010 roku, nastała wśród moich znajomych moda na robienie prawa jazdy. (Jestem z grudnia, musiałam czekać najdłużej) Był to po prostu najgorętszy temat przez wiele miesięcy, najczęściej rozmawiano o tym kto i gdzie robi kurs, kiedy ma egzamin, który to już egzamin i tak dalej. Presja związana z prawem jazdy była tak silna, że nawet nie zastanawiałam się, czy potrzebuję zdawać na nie w tamtej chwili. Wyobraziłam sobie siebie za kierownicą i już czułam przymus. No i nie mogłam być gorsza od innych, przecież zawsze byłam jedną z najlepszych uczniów w szkole i moje wybujałe ego potrzebowało kolejnego dobitnego dowodu, że jestem cool. Rodzice podarowali mi kurs na 18 urodziny. Szkołę wybrałam sama.

Pierwsze czerwone światło

Przy wyborze szkoły nie oparłam się na rekomendacjach, ani na rankingach, ale uległam reklamie

W mojej szkole ktoś rozdawał ulotki nowo otwartej szkoły jazdy. Oczywiście, po pojawieniu się z ta ulotką w biurze szkoły, otrzymywało się zniżkę przy zapisie na kurs. Nawet się dwa razy nie zastanawiałam. Urzekła mnie nazwa i graficzne wykonanie ulotki oraz strony internetowej. A babcia ostrzegała, że reklama kłamie...

Drugie czerwone światło

Mój instruktor źle mnie traktował, a ja nie potrafiłam się obronić i bałam się na niego donieść

W czasie jazdy komentował złośliwe moje błędy, szybko się irytował, wzdychał, mówił do mnie lekceważącym i kpiącym tonem. A w dodatku obgryzał paznokcie. Pamiętam, że miał na imię Mateusz, choć może wolałabym o tym zapomnieć. Bałam się nie tylko zwrócić mu uwagę, ale też zmienić instruktora. W końcu zrobiłam to, ale jeździłam ze starszym panem, który z kolei przywiązywał za małą uwagę do moich błędów, był totalnym luzakiem i pozwalał sobie nawet na siedzenie przy mnie w rozpiętej koszuli i wietrzenie gołej klaty.

Trzecie czerwone światło

Jazda była dla mnie źródłem stresu i trzykrotnie nie zdałam egzaminu

Wykupiłam trochę jazd dodatkowych, za trzecim razem także w innej szkole. Na drugim egzaminie noga drżała mi na sprzęgle do tego stopnia, że nie mogłam wykonać zadania związanego z ruszaniem pod górkę i po prostu oblałam na placu. Na pozostałych dwóch egzaminach jeździłam po mieście i oblewałam przez kompletne bzdury (błędy, których można było uniknąć, gdybym więcej ćwiczyła, bądź była mniej zestresowana). Po tych trzech próbach to już nie był stres, to był paraliżujący strach i prosiłam, żeby nikt nie podejmował ze mną tematu prawa jazdy. Rodzina i znajomi jeszcze przez jakiś czas się dopytywali, czy to życzliwie, czy nawet trochę wścibsko, próbowali udzielać jakichś rad, aż w końcu dali spokój.

Czekając na zielone światło


Wygasła mi ważność egzaminu teoretycznego (wtedy tak się działo - po pół roku od zdania).
Odpuściłam.
Miałam na głowie przygotowanie do matury, ponieważ zaczęłam swój ostatni rok w liceum.

Minęły prawie 4 lata, kiedy zdecydowałam się zrobić prawo jazdy. Tym razem potrzebowałam go - kupiliśmy sobie z mężem samochód, żeby dojeżdżać do pracy i w dowodzie rejestracyjnym figuruję jako współwłaścicielka.

Zapisałam się do polecanej przez wiele osób szkoły jazdy, stojącej wysoko w rankingach zdawalności w Bydgoszczy, o nazwie "Kopaczewski". Zrobiłam kurs od nowa, z teorią włącznie. Tym razem trafiłam na świetnego instruktora, który podniósł głos, kiedy było trzeba, skupiał się na mojej jeździe i dawał mi dużo cennych wkazówek. Pan Mirek Ziółkowski to naprawdę najlepszy instruktor jaki mógł mi się trafić. Jeździłam wcześniej z 5 innymi i żaden nie dotarł do mnie tak, jak zrobił do pan Mirek.

Naprawdę był zaangażowany w cały proces. Pytał się mnie, czy już uczę się na teorię, kiedy na nią idę, monitorował moje postępy. Przed każdą jazdą mówił mi, co będziemy danego dnia robić i faktycznie się tego trzymał. Niektóre rady i sposoby na wykonywanie manewrów powtarzał, niczym anegdotki, zawsze w ten sam sposób i dzięki temu je zapamiętywałam.

Kiedy zdałam, z jednej strony towarzyszyła mi niesamowita euforia i niedowierzanie, a z drugiej było mi żal, że będę musiała rozstać się z panem Mirkiem. Przyniosłam mu kartkę z podziękowaniem i czekoladki. Oboje byliśmy wzruszeni, zrobiliśmy sobie zdjęcie i pożegnaliśmy się. Wieczorem zadzwonił, bo przeczytał kartkę. Okazało się, że byłam pierwszą osobą, która podziękowała mu w taki sposób. Ucieszyłam się, że nie tylko on zapisze się wyjątkowo w mojej pamięci, ale być może, ja w jego także. Jestem bardzo sentymentalną osobą. :)

Podeszłam do tego tak - kiedyś zdam, nieważne, czy za pierwszym razem. Ale zdałam za pierwszym i teorię i praktykę. Za pierwszym, nie licząc dawnych nieudanych podejść. I wreszcie jeżdżę, od nieco ponad miesiąca. Jeszcze trochę niepewnie, ale bezpiecznie!

Dlatego, apeluję do wszystkich, którzy chcą zdać prawo jazdy:
  • zastanów się, po co to robisz
  • dobrze wybierz miejsce nauki
  • nie stresuj się, każdy kto chce, w końcu zdaje (pan Mirek ma na podorędziu parę historii, które przekonały mnie, że właśnie tak jest)
Szerokiej drogi! :)

czwartek, 14 lipca 2016

Kamienie milowe życia - zostaję trenerką Pokemonów i idę na studia


Nie skończyłam studiów i zamiatam podłogi

Tak sobie wczoraj patrzę, że dzisiaj wyniki, kogo przyjmują na studia i dusza moja radowała się niesamowicie. A tak na serio, wiedziałam że się dostanę i będę pierwsza na liście, bardziej się boję, co będzie dalej, no bo niby można IOS, ale jak to w praktyce wyjdzie?

#cojarobięzmoimżyciem

Jednak jeśli chodzi o dobór kierunku, to jest mój najlepszy pomysł ever, nigdy nie byłam tak przekonana, że robię dobrze, za każdym razem to był w pewien sposób przypadek, że lądowałam tu czy tam, albo było to podszyte strachem, że nie dam rady.

Studiowałam trzy kierunki i nie skończyłam żadnego (w sumie spędziłam na 3 uczelniach  i 3 kierunkach nie więcej niż rok łącznie, więc tragedii nie ma, czasu dużo nie zmarnowałam - hej, w ogóle nie uważam, żebym zmarnowała czas, bo jestem jak Edith Piaff, co wkurza wszystkich swoim głosem i niczego nie żałuje), jak wie wielu moich znajomych i rodzina, część się cieszy - bo oni są już dalej, a ta Julia niby taka mądra że aż głupia (hahaha, zapytajmy ją - co studiuje i czy studiuje, będzie tak zabawnie usłyszeć - nic), część się smuci - bo jak ja sobie w życiu poradzę, czy na ulicy nie skończę, czy chodników zamiatać nie będę, czy nie napotkam szklanego sufitu. Zmartwionych odsyłam na mój profil na LinkedIn, gdzie można dobitnie zobaczyć, że robię dziką wręcz karierę i w wieku 23 lat obejmuję stanowisko koordynatora (tłumaczę z korpo na polski, bo to nie tak oczywiste), co nie jest aż takim zamiataniem ulic, może czasem zamiataniem pod dywan, więc może jestem sprzątaczką jednak, ale żadna praca nie hańbi.

Nie pracuję w pracy non stop, bo mogę

No i siedzę dziś w biurze i myślę, mam 15 minut ustawowej przerwy, żeby oderwać wzrok od kompa, zapobiegać cukrzycy i miażdżycy. Można w 15 minut zrobić niesamowicie dużo, na przykład siku. Albo jak się pospieszy, to siku i coś zjeść. A, no i umyć ręce. Jak się jest super efektywnym, można sobie nalać zapas wody, żeby się nie ruszać przez kolejne pół dnia, albo jeszcze nawet herbatę zaparzyć, jeśli się jest szaleńcem. Można z ludźmi pogadać na szybko, taszcząc ze sobą plastikowe pojemniki na żarcie albo te styropianowe z jadłodalni i ponarzekać na siebie nawzajem.

Ale mam jeszcze 5 minut przerwy raz na godzinę, żeby moje oczy były zdrowsze, czyli w sumie jak 8 godzin pracuję, to może mnie nie być przy komputerze 15 minut plus 8 razy 5 minut, co daje 55 minut biegania po biurze, jeżdżenia na krześle, patrzenia przez okno.

*szeptem* Tylko się nie wygadajcie, ale boję się, że stracę pracę


Wyjaśniłam to wszystko po to, żeby nikt nie mógł zwolnić mnie z pracy za granie w gry dla dzieci. Mam przerwę i mogę rozprostować moje kości doświadczone przez czas i ciężką pracę sprzątaczki.
Bo niedawno była moda na gender, ale to mało grywalne było i siało tylko ból tylnej części ciała, a teraz mamy erę Pokemon Go, która daje radość i spełnienie całemu światu, ludzie spadają z mostów, znajdują zwłoki, rzucają pokeballami w Auschwitz, istna radość życia. No i legendy już po ołpen spejsach krążyły, że u nas w firmie można Pokemona dorwać, no i ja dzisiaj sobie pomyślałam, że jeśli do czternastej muszę czekać na wyniki rekrutacji na studia, to do tego czasu zdążę złapać parę pokemonów.

I odpalam grę po raz pierwszy, robię sobie avatara, uroczego chłopczyka (bo dziewczynki jakieś brzydkie), nazywam go Pyszczucha (bo mogę), i łapię Charizarda, czy tam Charmandera, smoka jakiegoś, startera. Potem jakiegoś kraba i ptaki i szczury i mam 6 czy 7 takich zwierzątek przed wyjściem z pracy, niektóre takie same i kolega mówi mi, że są słabę, a ja proszę, żeby moich Pokemonów nie obrażał, bo jestem dumną trenerką.

Dziś o 14 dostaję się na studia, jestem pierwsza na liście, bo 2 lata temu zniszczyłam jedną z matur rozszerzonych i miałam 98%, nikogo to wszystko nie dziwi, mnie też nie, ale nawet radość. Chyba. Dwie godziny później opuszczamy z mężem mury biura, każę mężowi prowadzić, bo mi kolega powiedział, że łapie Pokemony z autobusu, gorsza być nie mogę. Zamiast się martwić, czy da się IOS na studiach zorganizować, zastanawiam się czy złapię jakieś Pokemony w locie, biegu, a w sumie w jeździe. Mąż wyraża ubolewanie, że pewnie zapomnę jak się jeździ, ale teraz muszę trenować Pokemony, więc to nieważne czy będę pamiętać jak się trzyma kierownicę, czy nie.

PokePark, Biznes Park, Kółko Pokemonów

U nas, w bydgoskim Biznes Parku są dwa Pokestopy, i wszyscy już to wiedzą, nawet stażyści z liceum, którzy przyszli do nas na lato, bo nie mają gdzie jechać na wakacje. Nie no, złośliwa jestem, bo im zazdroszczę, wiadomo, ja jak miałam 18 lat to miałam staż u ojca w firmie i nosiłam jakieś drewno i sprzątałam na budowie. A oni mogą sobie przy kompach posiedzieć. Z drewnem nie da się tak długo wytrzymać, jak przy kompie, mnie zawsze drewno męczyło i słyszałam, że nie nadaję się do pracy, że nie potrafię być na czas, ani 8 godzin robić, ale to wszystko plotki, pracuję i daję radę, a mój tata się pomylił co do mnie i teraz jest dumny (poza tym, że ciągle nie umiem w drewno - to chyba jest mu trochę przykro).

U nas w Biznes Parku jest nawet GYM, czyli jakaś stacja, gdzie można bić innych trenerów Pokemonów, ale niestety to od piątego levela, a ja w drodze do domu nabiłam dopiero czwarty, więc z innymi trenerami zmierzę się w piątek albo w poniedziałek.

Ktoś był niesamowicie mądry (a może to był automat - i tak był niesamowicie mądry), że nam tę arenę zbudował, mamy już w firmie chór i klub planszówkowiczów, tylko patrzeć jak się Kółko Łapaczy Pokemonów narodzi, będę tam jedną z pierwszych, szczególnie, jeśli da się na tym zarobić, bo podobno w Hameryce już zarabiają na Pokemonach i muszę przyznać, że to super opcja zarabiać na pasji, a moją pasją stały się Pokemony, od dzisiaj, bo zawsze chciałam oglądać, grać i kolekcjonować Tazo, ale nie mogłam będąc dzieckiem, bo nie, no to teraz będę, bo tak.

Tralalala. Tralalala.


Studiuję, żeby zapomnieć, że gram. Gram, by studiować, że zapomnę.

I dostałam się na studia, i jestem trenerką Pokemonów i sama nie wiem, co jest fajniejsze.
I sama nie wiem, do czego nie powinnam się przyznawać.
Co jest większym obciachem.

Bo co jak tych studiów znów nie skończę? Będę musiała udawać, że mnie śmieszy, że czwartych studiów nie skończyłam, i będę umiała to robić chyba tylko po winie.
Bo co ja zrobię, jak się mama dowie, że trenuję Pokemony, i zabierze mnie od męża i da mi szlaban na komórkę, na męża i na internet i każe zdawać maturę od nowa i odrabiać lekcje?

Będę grać, żeby zapomnieć, że studiuję. Że studiuję, bo się wstydzę. A wstydzę się tego, że gram - czy to w Pokemony, czy to w życie - do żadnej z tych gier nie czytałam intstrukcji, więc nie wiem, jak się gra.

PS. O tym co idę studiować, co to w ogóle jest i dlaczego do cholery taki dziwny niszowy kierunek, skoro mam wystarczająco dobre (przepraszam - NIESAMOWICIE NAPISANE) matury, żeby iść na japonistykę/cokolwiek lingwistycznego na UW, UJ, czy inne zapierające dech w piersiach (no wiecie, duże miasta, zanieczyszczenia... hehehehe...) uczelnie... O tym jeszcze będę pisać.

środa, 13 lipca 2016

Dlaczego mój startup nie wypalił? Szukam odpowiedzi z "Własną firmą dla Pań"



No więc myślisz sobie, że rzucisz pracę (żeby było bardziej malowniczo, w korporacji, o tak, w korpo!)

No więc wizualizujesz to sobie, że rzucasz pracę w korpo, czujesz to całą sobą, zamiast wygodnego krzesła pod dupskiem czujesz na swoich czterech literach chłód skały na najwyższej górze, jaką znalazłaś w okolicy, o tak, strefa komfortu została opuszczona.

Wizualizujesz sobie te wszystkie piękne rzeczy, które chcesz osiągnąć, oddychasz nimi już teraz, tak, masz w rękach kierownicę od BMW, Ferrari albo innego Opla (sprzedam opla), czujesz zapach skóry, którą oprawiona jest kierownica, powiew wiatru we włosach, no bo pewnie masz kabrioleta.

I nagle zdajesz sobie sprawę, że tak naprawdę jesteś idiotką, bo siedzisz bez planu na bruku, pogrążona w swoich marzeniach i nadal jesteś w pieprzonej strefie komfortu, tylko już nie na miękkim fotelu, na którym można przynajmniej się kręcić, tylko na cholernie statycznym, beznadziejnym chodniku. Albo na równie słabym (nie oszukujmy się, obrotowe krzesła są najlepsze) krześle we własnej kuchni.

Teraz (skoro sobie tak radośnie wizualizujemy, pobawmy się w to dalej) cofnij się w czasie, tak, poczuj że cofasz się w czasie, ale wyobraź sobie, że w twoje ręce wpada jednak jakiś solidny poradnik o tym, jak warto postępować krok po kroku, żeby założyć własny biznes. Załóżmy, że miałaś w sobie trochę więcej rozumu i postanowiłaś się przygotować. Gratuluję! Możesz dalej snuć swoje marzenia (zapisywać afirmacje, tworzyć mapy marzeń i wizualizacje), ale formalności się same nie załatwią. Anioł biznesu nie sfrunie do ciebie, jeśli nie poszukasz do niego drogi. Nawet jeśli będziesz się modlić, tańczyć na deszczu i wyprawiać dowolne rytuały.

No bo, laska, jak chcesz mieć firmę, to oprócz motywacji i marzeń, potrzeba konkretnego planu działania i wiedzy o tym, jak sformalizować swoją działalność. Na wstępie radzę odpuścić sobie gadanie z ludźmi, którzy jęczą, że się nie uda nie podając konkretnych powodów.

Jest mnóstwo sposobów, żeby biznes zacząć, rozwinąć i w razie potrzeby zakończyć bezpiecznie, a nawet nie ponosząc strat. I właśnie dlatego warto przeczytać "Własną firmę dla Pań" - żeby wiedzieć. Ja nie wiedziałam i nauczyłam się mnóstwo na swoich błędach. Ok - kolejny biznes prawdopodobnie wypali, ale mogłam nie testować tego wszystkiego kosztem swojego poczucia bezpieczeństwa i nadwyrężania portfela. Wyszłam na zero, po 5 miesiącach (niektórzy mówią - i tak dobrze, ale ja mam wyższe aspiracje - ewidentnie mi nie szło i cud, że w ogóle coś zarabiałam)... Nie licząc tego, że musiałam jeść i gdzieś mieszkać, bo jeśli weźmiemy to pod uwagę, to w sumie skończyłam działalność na minusie.

Poszukajmy teraz wspólnie tego, co mogłam zrobić lepiej, krok po kroku! Ja napiszę swoje spostrzeżenia, a Ty możesz się przyłączyć do rozważań w komentarzu.

Pójdziemy rytmem książki "Własna firma dla Pań", która dzieli się na 6 działów (i 18 podrozdziałów).



1. Od czego zacząć budowanie własnej firmy

KOMENTARZ W tym dziale nie tylko o pomyśle na firmę, modelach biznesowych, ale też o pomyśle... na siebie. O określaniu swoich mocnych i słabych stron i o tym, jak napisać biznesplan. Część zdecydowanie ciekawa i warta uwagi.

Z ŻYCIA STARTUPU Zaczęłam jako wystraszone dziewczę, mówiące przy każdej możliwej okazji "e, no, rzuciłam pracę, mam taką jakby firmę... ale w AIP, to nie jest taka prawdziwa". I niestety nie działało na mnie "uwierz, uwierz, uwierz w siebie" powtarzane jak mantra, bo czułam, że jestem psychicznie, finansowo i merytorycznie nieprzygotowana. Nie bądź jak ja. Zapewnij sobie background. Ja założyłam sobie startup EpikKids, tak bez biznesplanu i trochę yolo, miał się zajmować animacjami dla dzieci, a koniec końców uczyłam kilkulatki francuskiego. #ojtamojtam Zamknęłam działalność nieco sfrustrowana, w momencie kiedy zaczęło się do mnie zgładzać dużo osób i miałam szansę na rozwój biznesu. Dlaczego? Wszyscy mieszkali z dala od centrum miasta, ja nie miałam samochodu i dojazd do klientów pożerał mnóstwo czasu. No i 90% zgłoszeń dotyczyło lekcji języka, a ja, choć wymiatam z angielskiego i francuskiego w mowie i w piśmie i potrafię udzielać świetnych korepetycji, mam problem z uczeniem kogoś pod podstaw.

2. Najważniejsi doradcy

KOMENTARZ Księgowa, prawnik, doradca finansowy... a także coach i mentor. Szczegółowy opis zakresu obowiązków i kompetencji tych osób z zastrzeżeniem, że zatrudnienie żadnej z nich nie jest niezbędne, jest jedynie warte przemyślenia. Bardzo podoba mi się takie ujęcie tematu.

Z ŻYCIA STARTUPU Jako że działałam pod skrzydłami Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości, miałam zapewnioną pomoc księgowej i prawników. Była też opcja skorzystania z mentoringu, ale bałam się. Uczestniczyłam jedynie w sesjach coachingowych dla przedsiębiorców, którzy również prowadzili startupy. Jeśli mam być szczera - nie zdecydowałabym się na coaching, gdybym musiała za niego słono zapłacić. Miałam to jednak "w pakiecie", tak jak wszystkie szkolenia, więc brałam garściami. Na czym polega fenomen coachingu? Sama biję się z myślami nad tym, na ile mogę wszystko zrobić sama, a na ile potrzebuję prowadzenia za rękę, ale jedno jest pewne - w grupie, czy nawet w rozmowie z jedną osobą, myśli biegną zupełnie inaczej - nawet jeśli znało się już wcześniej sposoby wizualizacji celów, postawy planowania, założenia samorozwoju. Pytanie, czy ktoś może sobie to zapewnić za darmo, czy chce/może za to płacić, to kwestia indywidualna. Ja mam w tej kwestii rozdwojenie jaźni, bo jednocześnie szanuję samą ideę coachingu i śmieszną mnie żarty jej dotyczące. Zdecydowanie bardziej przekonuje mnie mentoring i on w połączeniu z coachingiem jest naprawdę bombą pozytywnej energii oraz cennej wiedzy. Przy kolejnym biznesie na pewno skorzystam z pomocy mentora. Księgowa i prawnik będą u mnie na drugim miejscu.


3. Co warto zrobić przed rejestracją firmy

KOMENTARZ Czyli, czy warto wykosztować się na dobre logo i co właściwie należy rozumieć przez wizerunek marki. A oprócz tego - sposoby na uzyskanie dofinansowania, konkretne przykłady, możliwości oraz ograniczenia, wymienione za i przeciw.

Z ŻYCIA STARTUPU Ciekawe, bo ja na przykład strasznie się spięłam nad logo, a okazało sie, że w budowaniu wizerunku firmy więcej zależy np. od sposobu prowadzenia fanpage'a, sposobu mówienia (tak, mówienia) o swoim biznesie, czyli znowuż o własnych przekonaniach z nim związanych. Żeby wzbudzić zaufanie czy zainteresowanie, nie wystarczy kolorowy obrazek. Przekonałam się o tym, że logo nie miało wielkiego znaczenia, bo większość klientów, dla których pracowałam nawet nie widziała mojego logo... Ups!


4. Chwytam byka za rogi, czyli rejestruję własną firmę

KOMENTARZ Tutaj już formalności, formalności i formalności. Nudniejszy rozdział, ale bardzo ważny. Dzięki temu można się pozbyć się obaw i od razu przejść do działania - wiesz, że rejestracja firmy może potrwać jedynie 24 godziny i nic nie kosztuje, jeśli zrobisz to przez internet? Oprócz tego informacje o podatkach - dla mnie osobiście nuda maksymalna, ale jak wiadomo, są dwie rzeczy, których nie unikniemy, czyli śmierć i podatki, więc lepiej czytać. Płakać i czytać, ale czytać. Albo zaparzyć sobie fajną herbatę, przywdziać uśmiech i szybko, acz z uwagą przebrnąć przez ten rozdział, tak by nic nie umknęło.

Z ŻYCIA STARTUPU Świetne jest to, że jeśli wybierasz inkubatrów przedsiębiorczości, to takie rzeczy cię nie interesują. Procedury są inne, prostsze, a sposób płacenia podatków jest narzucony z góry, ponieważ z prawnego punktu widzenia wszystkie firmy w takim inkubatorze to jedna. Strasznie mi w tej książce brakuje wzmianki o inkubatorach - to jest świetna opcja na początek, kiedy chce się przetestować pomysł jak najniższym kosztem. Jest to też świetna opcja w ogóle, ale nie można być w inkubatorze w nieskończoność, bo takie są zasady.

5. Jestem właścicielką firmy - co jeszcze powinnam wiedzieć?

KOMENTARZ Wrzucanie w koszty, zatrudnianie pracowników, leasing, pożyczka, kredyt, BHP i zarządzanie danymi firmy oraz danymi osobowymi - kolejne ważne tematy, ale niestety przyziemne i raczej z tych, z którymi warto się zapoznać, ale bez wypieków na twarzy.

Z ŻYCIA STARTUPU Ha, no, nic z tych rzeczy mnie nie dotycz wzyło. Poza jedną. Bo w tym dziale jest jeszcze mowa o byciu freelancerką. I tutaj zabawna sprawa - miesiąc temu zdarzyło mi się w jeden weekend zarobić 2-3 razy tyle ile zarabiałam normalnie w swoim startupie przez miesiąc. Co za cios. Zostałam zatrudniona jako freelancer - na umowę o dzieło, na jednorazowy wyjazd, gdzie malowałam dzieciom mordki w klimatach Kung Fu Pandy. (Kiedy w tamtym czasie chciałam wyrazić swoją opinię na jakiś temat, albo coś, mój mąż mówił "ja nie jeżdżę z pandami", co jednoznacznie wskazywało na to, że ja jeżdżę i jestem w związku z tym niepoważna - byliśmy wesołym korowodem 2 samochodów, z których jeden był wyładowany posągami pand i ich przyjaciół, ach, cóż to był za weekend). Po tym doświadczeniu zaczęłam myśleć o wznowieniu swojej działalności i zaznaczeniu, że jestem po prostu freelancerką. Freelancer może mieć działalność, ale ja jej na razie nie założę. Ta świadomość, że pracuję na tyle spoko, że ktoś chce ze mną podpisać umowę o dzieło, dodała mi skrzydeł. Myślałam, że freelancer albo zakłada firmę, albo robi na czarno, bo nie ma jak wystawić faktury. Oczywiście, można dostawać różne oferty, ale nie trzeba wszystkich akceptować.

6. Firma to nie wszystko
KOMENTARZ Kurczę, dziękuję za ten rozdział! Po dwóch ciężkich jak słonie działach dostajemy znowu coś lekkiego - znowu trochę o samorozwoju. A także o zarządzaniu czasem - uwielbiam to zagadnienie od wielu lat (tak bardzo przydawało mi się w szkole!) i dlatego śledzę z wypiekami na twarzy Panią Swojego Czasu. Dzięki temu z pojęciem "matryca Eisenhowera" spotykam się już po raz drugi... A co najzabawniejsze, Ola Budzyńska co prawda nie uważa tego za genialną metodę, ale mimo wszystko chcę ją wypróbować.

Z ŻYCIA STARTUPU Jak wiecie, mój startup poszedł "papa". Teraz zbieram się po upadku, leczę siniaki i za jakiś czas na pewno wracam do gry. Na pewno przydadzą mi się uwagi na temat organizacji czasu, kiedy ma się na głowie etat i raczkującą firmę. Nazwa ostatniego rozdziału brzmi "Jak nie stracić motywacji i siły do budowania własnej firmy?" i jest poświęcony zagadnieniu work-life balance, czyli równowagi pomiędzy życiem zawodowym i prywatnym. To zdecydowanie do mnie trafia. Wiem, że to może trochę banalne cytować samą siebie, ale tam gdzie na LinkedInie wszyscy chwalą się swoją zaczepistością i skillami, ja mam napisane tak:

"I focus on personal development and balance between private life and career. My major goal is to never stop exploring. Successes come and go - but what we have learned stays with us forever."

(Skupiam się na rozwoju osobistym i równowadze pomiędzy życiem prywatnym a karierą. Mój główny cel to nigdy nie przestać odkrywać. Sukcesy przychodzą i odchodzą - ale to, czego się nauczyliśmy, zostaje z nami na zawsze.)

Za książkę, będącą inspiracją dla tego wpisu, dziękuję wydawnictwu Lingo.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Jak wygrzebać się spod stosu kolorowych magazynów?



Kochasz kolorowe gazety?
Czytasz kilka stron, odkładasz na półkę i kupujesz kolejne?
Masz wyrzuty sumienia?

No cóż, w takim razie masz mały problem. Zachowując się w ten sposób marnujesz swoje pieniądze, przestrzeń w domu, a na dodatek zamiast upragnionego relaksu fundujesz sobie coraz większy stres. Satysfakcję odczuwasz jedynie w chwili zakupu i krótko po, ale na pewno nie wtedy, gdy odkładasz kolejną ciekawą gazetę na piętrzący się stos...

Co robić?

1. Przestań kupować gazety

Tak, tak po prostu. Przestań. Zatrzymaj się, popatrz na nie w kiosku, jeśli czujesz przymus. Przypomnij sobie, ile gazet masz już w domu. Jeśli jakaś szczególnie cię kusi, zapisz sobie jej nazwę i numer w telefonie, albo zrób jej zdjęcie. Możesz zrobić kilka, a nawet kilkanaście. Warunek jest jeden - z kiosku wychodzisz z pustymi rękami.

2. Zbierz swoją kolekcję w jednym miejscu

W ten sposób zobaczysz, ile naprawdę tego masz, i jakie ciekawe rzeczy czekają na przeczytanie. Rozłóż gazety przed sobą i spróbuj na nie popatrzeć tak, jakby były zupełnie nowe (pewnie niektórych nawet dobrze nie kojarzysz, więc nie będzie to takie trudne). Złóż je w jednym miejscu i pamiętaj o nich za każdym razem, gdy najdzie cię ochota na kupowanie.


3. Wyrzuć/oddaj niepotrzebne egzemplarze

W twojej kolekcji na pewno znajdą się gazety, których już nie masz ochoty czytać, albo takie przeczytane niemal od deski do deski. Wyrzuć je, oddaj do biblioteki, na bookcrossing lub komuś znajomemu. Fajnym pomysłem jest też utworzenie strefy gazet w miejscu pracy.''

4. Zacznij w końcu czytać!


Gazety kupiłaś w jakimś celu, prawda? Chciałaś je przejrzeć lub przeczytać. Po prostu to zrób. Jeśli w danym numerze znajdziesz coś ekscytującego, zapisz to sobie na swojej liście rzeczy do zrobienia (to-do list), albo wydrzyj interesujące strony i połóż obok laptopa, żeby przy najbliższej okazji poszukać interesujących cię informacji lub produktów.

Cóż, wiele osób potrafi się oprzeć urokowi gazet, ja jednak ciągle mam z tym problem. Książki to osobna kategoria, gazety się tak fajnie, niezobowiązująco przegląda i można je zniszczyć bez wyrzutów sumienia, czytać na plaży, albo z rękami brudnymi od pomidorów lub soczystych truskawek... Kojarzą mi się z latem i nie potrafię się bez nich obyć. Może kiedyś to się zmieni - myślę o prenumeracie. Póki co, wdrożyłam w życie 4 zasady, które podałam przed chwilą. Od miesiąca nie kupiłam żadnej gazety. Trzymajcie kciuki za mój detoks!

Jesteś uzależniona od gazet? A może kupujesz nałogowo coś innego? Daj znać w komentarzu ;)

piątek, 8 lipca 2016

Alter Creatio - Siedmiu bogów


Brak czasu. To właśnie najbardziej dezorientowało boga. Czas stworzyli ludzie. Istnienie tak wielu rzeczy było właśnie ich zasługą! Bóg coraz bardziej odczuwał wszechogarniającą pustkę i poczucie winy. Skoro jednak czas nie istniał, to tym bardziej nie można było przywołać wydarzeń, które się w nim jeszcze mieściły. Pozostała pustka, wielka, niezmierzona mroczna przestrzeń, ale również brak przestrzeni.

Takie rozważania może nie przerastały boskiego umysłu, ale i tak doprowadzały go do obłędu. Zaczął prowadzić długie monologi i dysputy z samym sobą, a jego głos zanikał zaraz po tym, gdy bóg wydobył go z gardła, ponieważ dźwięk nie rozchodzi się w próżni, a tym bardziej w czymś, czego nawet próżnią nazwać nie można. Nawet gdyby istniał jakikolwiek byt podobny do niego (którego istnienie było bardzo mało prawdopodobne) nie mógł nic usłyszeć. Bóg był bardziej samotny niż kiedykolwiek. Samotny jak zawsze, czy może jak nigdy - pojęcie czasu nie miało tu nic do rzeczy. Samotny po prostu. Samotny i zagubiony.

Naraz, znikąd pojawiła się iskierka nadziei. Bóg dobrze pamiętał ogień, który stwarzał przecież tyle razy. Tylko raz zdarzyło mu się stworzyć świat bez ognia. Zamieszkiwały go dziwne potwory, ni to ludzie, ni to jaszczury, które nie posiadały żadnych uczuć wyższych, dążyły tylko do władzy. Ciemność, która panowała na tamtym świecie była nie do zniesienia – zamiast słońca – kula mrocznej materii emitująca zimną energię, zamiast ognia – czarne, przypominające płomienie, zimne języki, zamiast wody – dziwna ciecz o konsystencji smoły, wszystko nieszczęśliwe, wypaczone, od zarania swych dziejów skazane na tragiczny koniec. Na szczęście ludzie-jaszczury w końcu wynalazły bombę neutronową, której nie zawahały się użyć. „Jeśli nie można tym rządzić, trzeba to zniszczyć.” – to była esencja życia ludu jaszczuro-ludzi. Co ciekawe, w większości światów, którym bóg dał szansę na istnienie przez dłuższy czas, w końcu wynajdowano narzędzia zagłady o ogromnej mocy destrukcyjnej. Władza albo zniszczenie. Również sam bóg, gdy zdał sobie sprawę, że tracił kontrolę nad światem – niszczył go.

- Więc istoty które stwarzałem, przejmowały ode mnie pewne cechy… - powiedział. – I to wcale nie te, które chciałem im przekazać. Chciałem stworzyć idealne byty, podczas gdy sam nie byłem idealny. Muszę coś zmienić? Ale co?
Zmarszczył brwi. Zamknął oczy. Zacisnął dłonie w pięści. Usiadł, zawieszony w nicości.
- Nie mogę tkwić tu całą wieczność!

Tym razem postanowił zacząć inaczej niż zwykle. Na początku stworzył ogień, który zapłonął, wypalając dziury w mrocznej czeluści. Zamiast pustki pojawił się czerwono-pomarańczowy blask. Początek nowego świata był przesycony wonią dymu. Iskry sypały naokoło, tworząc nowe gwiazdy, wbrew zasadom logiki, które wyznawał bóg. Tak właściwie wyznawali je ludzie. Zdziwił się, jak wiele się nauczył od ostatnio zniszczonego świata, choć przecież jako stwórca mógł wszystko, myśląc ludzkimi kategoriami wystrzegał się paradoksów i niedorzeczności. Ale z iskier i tak mogły powstawać gwiazdy, i to o wiele lepsze niż te, które stworzył w poprzednim świecie. Zrozumiał wreszcie, dlaczego wszystkie światy były tak niedoskonałe i nie podobały mu się. Stwarzał je sam, a jako jeden byt miał ograniczoną wyobraźnię.

- Teraz wszystko się zmieni! – zakrzyknął. Wkraczając w sam środek ognia, mamrotał pod nosem ekscentrycznie brzmiące inwokacje. Wszystko wokół niego płonęło, płonął i on sam, ale ogień nie mógł go zniszczyć, ponieważ bóg był czymś więcej niż materią. Uniósł dłoń przed siebie i w momencie gdy uczynił nią zamaszysty gest, jego własna energia rozszczepiła go, stał się Siedmioma Bogami i pozwolił, by w każdym z nich zapłonęła oddzielna świadomość.

Płomienie tańczyły naokoło niego, naokoło nich. Starsi od ognia, a zarazem z niego zrodzeni, siedmiu bogów stąpało po rozżarzonym początku wszystkiego, wystąpiło z płomieni i usiadło w kręgu otaczając je. Nie zyskali jeszcze oddzielnych tożsamości, ponieważ posiadali identyczne doświadczenia. Dlatego też powiedzieli jednomyślnie:
- Idźmy teraz każdy w swoją stronę, mając moc budowania tego świata i niszczenia go, korzystajmy z niej rozważnie. Każdy z nas stworzy własny świat. Siedem światów, jeden niezależny od drugiego zaistnieją obok siebie.
- Jesteśmy siedmioma bogami i stworzymy siedem światów? – spytał bóg Pierwszy
- Tak, a zarazem jesteśmy jednym bogiem w siedmiu osobach, stworzymy jeden świat w siedmiu wymiarach. – odpowiedział bóg Drugi
- Udało się, nasze świadomości już kształtują się oddzielnie – zatryumfował bóg Trzeci
Bóg czwarty nie odpowiedział, tylko wpatrzył się w ogień. W samym środku ogniska zawirowały płomienie i zaczęły formować się w siedem obiektów. Wraz ze snopem białych iskier w powietrze wyleciało siedem gorących kul.
- Łapcie! – zawołał bóg Piąty.
Każdy z bogów pochwycił jedną kulę.
- To są zalążki siedmiu światów, które stworzymy każdy według własnego upodobania – wyjaśnił bóg Szósty
- Chwała nam wszystkim!– zakończył Siódmy.
Siedmiu bogów wstało w milczeniu i odwracając się plecami do ognia, rozeszli się w różne strony.

C D N
2008

Z Archiwum Trychologii - uwaga, drastyczne zdjęcia!


Łyse jest sexy

Poszłam do trychologa, bo blogerce wypada. No wiecie, czytam sobie, że taka blogerka poszła i taka też, ta w Krakowie, ta w Warszawie i tak myślę - trycholog potrzebny, jak dentysta, przetłuszczają mi się włosy, więc wizyta u trychologa jest niezbędnością konieczną.

Zobaczyłam na jakimś blogu, że trycholog ogląda włosy pod mikroskopem - super, lubię oglądać rzeczy pod mikroskopem, szukam trychologa, w Bydgoszczy również jest, musiał być, jestem uratowana. Zapisuję się na wizytę, 80 złotych to nie majątek, inni lekarze biorą więcej, trychologa mi korpo nie refunduje raczej, bo i łysy pracować może, mojego korpo moje włosy nie obchodzą, a niech bym była łysa, mamy erę gender, równość, feministki, ja osobiście też feministką jestem - wiem, że łysa kobieta może być sexy.

Trycholog brzmi dumnie

No ale lubię moje włosy i mimo braku wsparcia ze strony mojej firmy, którą kocham jak własną matkę, poszłam sobie do tego trychologa. W dzień wizyty źle się działo i niebiosa zsyłały mi znaki, że nie jest to najlepsza pora na robienie czegokolwiek. Wicher wiał, deszcz zacinał, samochód telepał się na boki, ale dzielnie dojechałam na miejsce i parłam do przodu, a w myślach miałam "trycholog, trycholog, jestem teraz prawdziwą blogerką, będę miała materiał na posta i przestanę myć włosy codziennie, trycholog, nie lubię myć codziennie niczego, a tym bardziej włosów, trycholog pomoże, trycholog wybawi, trycholog brzmi jakbym miała dużo pieniędzy i mieszkała w Kalifornii i szła z fancy torebką i drogimi butami do lekarza, o którym nikt nie wie, czym się zajmuje". I snułam tę myśl dalej: "i będę tak mówić - słuchaj, słuchaj, byłam u trychologa, a ktoś się spyta, kto to trycholog i ja będę tłumaczyć, że trycholog to od włosów, no wiesz, takie tam, hehe, trycholog, no jak to nie wiesz, przecież lubisz kupować odżywki, przecież oglądasz jutuby".

Wchodzę i pani trycholog jest miła, pytam czy można płacić kartą i nie można, tylko gotówka niestety, mówię, że nie szkodzi, uśmiecham się, bo byłam u dentysty i wiem, że mogę, schodzę w ten deszcz, świat mnie nienawidzi, wypłacam pieniądze, boli mnie gardło, wracam do pani trycholog.


Trychogia, ufologia, patologia

Pani trycholog zapisaną ma mnie jako Judyta Hladi, bo jak wiadomo nie tylko moje nazwisko jest nie do ogarnięcia, ale imię też egzotyczne, mówię jej, że rozumiem, że zmęczona, że listy ludzi, dużo numerów, dużo nazwisk, nie ma za co, no nie ma. Poprawia na Julia Hladiy, mówię że to nazwisko po mężu, ona mówi, że wcześnie wyszłam za mąż jak na te czasy, ja jej coś mówię o tym, że moja mama też wyszła za mąż jak miała dwadzieścia parę lat i myślę czemu jej to mówię, czy mnie porąbało, no ale trudno. Przyjmuję wszystko jako komplement, może pani trycholog jeszcze nie ma męża i zazdrości, a kto ją wie. I czuję się zaopiekowana, zauważona, jestem pacjentem z prawidłowymi danymi, teraz się czuję pełnoprawna i przystępuje pani trycholog do wywiadu. A raczej ja zaczynam jej opowiadać i prawie macham rękami, o SLSach i braku SLSów i o parabenach i ją pytam dlaczego, czy tak musi być, te moje włosy, one wiecznie przetłuszczone i jest coraz gorzej. I czy musi tak być, no niechże pani powie czy musi. I ona mówi, że nie musi i pokazuje mi moje włosy i skórę na głowie powiększone dwieście razy, wygląda świetnie, chciałabym mieć w domu taki bajer, jeździ mi po głowie, a ja oglądam swoją głowę jak film i ten film wygląda jak film o łuszczycy, łupieżu, strupach i żyłach czyli coś jak "Z Archiwum X", tylko że to u mnie na głowie, podobno tu mam suche, a tam za dużo sebum, zaczynam myśleć, że sebum ewidentnie jest wrogiem ludzkości, co do tego nie ma wątpliwości i to żadnych, a przecież w książce o naturalnych terapiach piszą że sebum jest okej. Tylko że ja mam za dużo sebum i zatyka mieszki włosowe, i włosy mam za cienkie i jest ich mniej i nie wyrasta dość z każdej dziury, czyli mieszka.

Jest niefajnie i nie podoba mi się film o mojej głowie, Dana Scully, przepraszam, trycholog robi mi sekcję zwłok, ale głowa wciąż żyje, robi mi zdjęcia, mam wrażenie, że zaraz przyjdzie Fox Mulder i przesłuchają mnie razem, a ja będę mówić, że to nie ja i że nic nie pamiętam.

Dana, diagnoza, dolary

Pani Scully trycholog mówi, uspokaja, koi moje nerwy, że ona tylko naturalne terapie, no bo pytam czy będzie antybiotyk i grymaszę, że nie chcę, ale antybiotyku być nie miało i nie będzie. Nadchodzi czas na diagnozę, bardzo na nią czekam, liczę na jakieś fajne rozwiązanie, no może nie na aspirynę, do 100 złotych wydać mogę, no leki kosztują, tak już bywa. Diagnoza brzmi prawie 500 złotych i nie usłyszałabym tej diagnozy tak szybko, gdybym nie spytała, co pani tam pisze na tej kartce, co to za tajny raport, a to taka recepta, tylko że na leki z gabinetu, ampułki, cuda, czary. Co miesiąc wyjdzie około 270 złotych, bo peeling wystarczy na dłużej. Słyszę coś o półrocznej terapii, ale mam wrażenie, że to zapalenie mam już nie tylko na głowie, ale i w głowe, ceny wżarły mi się w czerep, mam strupy na budżecie, rany w samym sercu. I jak myślę, podrapałabym się nawet po głowie, ale nie chcę, bo ona wie, że głowa mnie swędzi z powodu stanów zapalnych i fakt, coś tam swędzi, ale nie aż tak, więc nie drapię się, żeby nie pogarszać swojej sytuacji.

I mówię, że mój budżet tego nie przewiduje, i ja może zacznę leczyć się w przyszłym miesiącu. I widzę, że jeszcze drugi raport pani Scully sporządza, a tam piętrzy się liczba sumpelentów z apteki, a pani Scully, ile one kosztują, a pani trycholog mówi, że jeden z nich 60 złotych i ja już jestem w środku samym stanem zapalnym, pali mi się część mózgu odpowiedzialna za finanse osobiste i nie rozumiem co się dzieje, dlaczego pani Scully chce mi zabrać pół portfela, czy nie mogę wyleczyć głowy czymś z ogródka, czy zdrowie włosów kosztuje tyle dolarów, i przypominam sobie, że jednak nie jestem bogatą lejdi z Kalifornii i być może będę musiała szukać innych sposobów, bo proszę pani, no ja jednak nie wiem, ale nie mówię jej tego. Mówię, że oddzwonię. I żegnam się z uśmiechem, a w środku jestem tak pusta, jak mój portfel będzie, jeśl się zgodzę na gaszenie pożaru na mojej głowie.


Case remains unresolved

I dalej nie wiem, jaka jest prawda, tak jak to zawsze bywa w Archiwum X, oni nigdy nie wiedzą, co się stało i ja nie wiem też. Im dalej odchodzę od pani Scully trycholog, tym mniej chcę kupić jej leki, tym mniej wierzę w jej UFO i w jej gabinet i myślę sobie, że poczytam znowu jakieś blogi, ale postów o trychologach już za dużo nie będę.


Jak coś, to jednak było spoko - mocne 7/10

Zdjęcia mojej głowy powiększone 200 razy to jednak jest coś interesującego. Moi znajomi znają moją głowę i wiedzą, że to normalna głowa, tak tam, i w ogóle. A tutaj konkret, proszę państwa, głowa obnażona. Wrzucam, co byście do trychologa w ciemno nie szli. Takie foty kosztują jednak 80 zeta, więc warto przemyśleć sprawę. Mimo wszystko wizytę oceniam na 7/10, bo to, co dowiedziałam się o stanie skóry swojej głowy mogłam zobaczyć na własne oczy - faktycznie kiedyś miałam więcej włosów, teraz już wiem, dlaczego (przynajmniej częściowo). Żeby dowiedzieć się czegoś więcej, powinnam iść na badania krwi i do trychologa wrócić po głębszą diagnozę. Na razie dowiedziałam się tylko "co widać", ale nie "dlaczego tak się stało". Jest to dla mnie niesamowicie interesujące, że moje włosy nie są "przetłuszczające się, bo takie są", tylko ma to związek z hormonami, dietą, higieną. Mało wiem o włosach i zamierzam dowiedzieć się więcej. Nie wykluczam, że u trzychologa jeszcze się pojawię... Ale na pewno najpierw zrobię dużo researchu na własną rękę.

A oto pamiątkowe zdjęcia, xoxo







To co, kto leci do trychologa?

PS. Jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś więcej (i trochę bardziej serio) na temat pracy trychologa, zajrzyj na portal drogadosiebie.pl.

środa, 6 lipca 2016

Terapia antybiotykowa na trądzik - Tetralysal i Epiduo


Dlaczego zdecydowałam się na kurację antybiotykową?

Na mojej twarzy od dłuższego czasu działo się źle. Nie potrafiłam się powstrzymać od wyciskania, ponieważ każdego dnia, kilka razy dziennie, wyskakiwał mi jakiś nowy pryszcz. Bolący, niemalże pulsujący pod skórą. Czułam, jak nowe wypryski wykwitają pod wpływem gorąca, potu, brudu (a przynajmniej takie miałam wrażenie - ciągle przecierałam twarz, mając nadzieję, że to coś pomoże).

Na policzkach miałam pryszcz na pryszczu. Dosłownie. Zamiast rumieńców, miałam rumienie i świeże blizny. A pod tym wszystkim jeszcze parę wypukłości zapowiadających kolejne pryszcze. Wyciskałam, smarowałam czymś - alkoholowym, antyseptycznym czy antybakteryjnym środkiem. Na próżno. Próbowałam nie wyciskać - nie mogłam znieść ani widoku białych czubków, ani pieczenia na twarzy.

W końcu wybrałam się do dermatologa. Sytuacja  była krytyczna - nawet jeśli był to trądzik "z rozdrapania", to wymknął się dawno spod mojej kontroli. No i zgodziłam się na leczenie antybiotykiem. Mam za sobą 3-miesięczną kurację Tetralysalem - z początku była to dawka 300mg, później 150mg. Nie pamiętam dokładnie jak długo przyjmowałam 300mg, ale nie było to dłużej niż miesiąc. Zewnętrznie stosowałam Epiduo.

Efekty 3-miesięcznej kuracji  (cera po tygodniu od odstawienia)


  • Brak ropnych, bolących, podskórnych wyprysków
  • Pojedyncze wypryski, dające się opanować zewnętrzną pielęgnacją twarzy
  • Prawie gładka cera
  • Brak blizn potrądzikowych


Kilka ważnych spraw


1. Tetralysal, jak wiele antybiotyków, ma długą listę skutków ubocznych. Warto przeczytać ją całą i uważnie obserwować reakcje swojego organizmu. U mnie na szczęście nie wystąpiły żadne skutki uboczne.

2. Jeśli jesteś kobietą prowadzącą aktywne życie seksualne - poproś lekarza, aby oprócz antybiotyku przepisał ci antykoncepcję hormonalną. Albo - uważaj. Uważaj bardzo. Bo jeśli pocznie się dziecko, jest ryzyko, że urodzi się upośledzone.

3. Podobno zajść w ciążę można bezpiecznie w kilka dni po odstawieniu Tetralysalu. Czytałam też na forach wyznania kobiet, które urodziły zdrowe dzieci, mimo że brały Tetralysal w ciąży. Nie należy więc panikować, ale jeśli są podstawy, by podejrzewać ciążę, antybiotyk należy odstawić do czasu wyjaśnienia sprawy.

4. Tetralysal nie gwarantuje, że nie wyjdą żadne pryszcze. Wyskakiwały mi one przez niemal cały czas trwania kuracji, ale zdarzało się to sporadycznie, jakoś raz na kilka dni. Dla porównania, przed kuracją, wyskakiwało mi kilka pryszczy dziennie...

5. Antybiotyki na trądzik bardzo często powodują bóle brzucha. Warto brać je na noc. Robiłam tak i ani razu nie odczułam żadnego dyskomfortu. No, może jeden, malutki - zawsze, ale to zawsze, w kilka minut po wzięciu tabletki odbijało mi się lekko (bezgłośnie) i czułam zbożowy posmak jej powłoczki.

6. Twój organizm to nie czołg i nie obejdzie się bez probiotyku - sprawdziłam na sobie. Jeśli jesteś kobietą - nie chcesz przechodzić przez infekcję pochwy spowodowaną zachwianiem równowagi flory bakteryjnej. Uwierz mi.

7. Oprócz brania antybiotyku, należy zadbać o indywidualnie dobraną pielęgnację skóry. W moim wypadku konieczne było złuszczanie, dużo złuszczania, bo miałam świeże, czerwone blizny od rozrapywania wyprysków. Plusy? Wszystko zeszło! A wyglądało na to, że będę się kwalifikować na terapię kwasami... Minusy? Czerwona morda. Przepraszam, twarz. Wiecznie podrażniona od silnie złuszczającego kremu.

8. Musisz wiedzieć, co dalej. Ja zdecydowałam, że niezależnie od wyników leczenia nie chcę już dalej brać nic, ani silniejszego, ani lżejszego antybiotyku. Teraz, kiedy ugasiłam pożar, zabieram się na poważnie za naturalną pielęgnację - od środka i na zewnątrz. I co ciekawe... chyba mam uczulenie na czekoladę, bo wystarczy, że jej trochę zjem, a już na twarzy wyskakuje mi kilka pryszczy, w ciągu paru godzin. No i tak mój entuzjazm wobec czekolady zmalał drastycznie - i tak jest lepiej dla mojego zdrowia.

To chyba już wszystko. O dalszych zmaganiach z trądzikiem będę informować na bieżąco. :)

piątek, 1 lipca 2016

Alter Creatio - Prolog



Bóg siedział gdzieś ponad wszystkim, leniwie przyglądając się, jak ludzie szybko dokonują zniszczenia Ziemi. Był nawet zadowolony i spodziewając się rychłego końca, zabawiał się, wysyłając aniołów tu i ówdzie i zaśmiewając się z naiwności ludzi, którzy sądzili, iż okaże im jakąkolwiek łaskę, którzy wierzyli, że aniołowie przynoszą dobrą nowinę.

Prawda była taka, iż bóg już wiele lat temu zrezygnował z miłosierdzia, nędzne twory stąpające po ziemi nie były godne niczego więcej prócz pogardy. Każdy wiek ziemski mijał bogu tak szybko, jak człowiekowi mija doba. Sądził, że da radę przyglądać się biernie temu wszystkiemu chociaż trzysta wieków, ale doszedł do wniosku, że już teraz, po dwudziestu ma dosyć. Potomkowie Adama stali się bezczelni i zaczęli stawiać hipotezy, którymi podważali jego autorytet. Cieszył się, że wszystko zmierza ku samozagładzie.

- Jeszcze najwyżej dwie doby. – mruknął do siebie. Czuł się straszliwie samotny. Nie było nikogo tak doskonałego i wielkiego jak on, ludzie nie spełniali jego oczekiwań. Miliony dusz stały w kolejce do raju, ale on od lat nie wpuszczał tam nikogo. Raj zresztą zmienił się w brudną dzielnicę rządzoną przez podupadłych aniołów. Bóg był smutny i nie po raz pierwszy dochodził do wniosku, że powinien zacząć wszystko od nowa. Zadumał się i przymknął powieki, pozostając przez chwilę nieruchomo. Gdy znów otworzył oczy, odkrył, że ludzie stoją już u progu wieku dwudziestego drugiego. Kryzys został zażegnany, światu przestała grozić zagłada.
- Niemożliwe, poradzili sobie! To nie tak miało być! Szlag ich trafił!

Jednym machnięciem ręki spowodował, że orbita Ziemi odchyliła się o dziesięć stopni od pionu, gwiazdy zaczęły spadać, płyty tektoniczne wibrować, powstały huragany i fale tsunami. Przerażeni ludzie wnosili ręce do nieba w błagalnych okrzykach, ale bóg pozostawał niewzruszony. Wszystko, co żyło, pochłaniały żywioły. Jakimś cudem kilka statków kosmicznych zdążyło opuścić orbitę ziemską.

- Cholera! – zaklął bóg. Skupił się nad tym, żeby zniszczyć wszystko jak najszybciej. Sięgnął umysłem do energii skupionej w samym sercu Słońca i uwolnił ją, tak, że wypaliło się prawie całkiem i, stając się w mgnieniu oka wielką czarną dziurą, pochłonęło cały Układ Słoneczny. Bóg rozłożył szeroko ręce i uczynił nimi szybki ruch, klaszcząc w dłonie. Cały Wszechświat skurczył się w jednej chwili, eksplodując po drodze setki razy i strzelając snopami iskier. Niewyobrażalnie głośny huk było słychać wszędzie, z tym, że po chwili pojęcie przestrzeni przestało istnieć i słowo „wszędzie” straciło sens.

- No, koniec. Ale za jakiś czas zabawa zacznie się od nowa. – powiedział bóg sam do siebie. O czymś jednak zapomniał. Od dołu ktoś zaczął do niego PUKAĆ. Był to szatan.
- Istotnie, zapomniałem zniszczyć piekło, raj i poczekalnię dusz. – mruknął bóg. Nie miał ochoty słuchać upadłego anioła. Nie miał ochoty słuchać nikogo i niczego. Pstryknięciem palców dokończył dzieła zniszczenia. Miał w tym doświadczenie. To nie był pierwszy świat, który unicestwił w przypływie negatywnych emocji.

Niedługo zbuduje znów coś nowego. Ot, to samo od początku. Wiadomo, jak się zacznie, wiadomo jak się skończy. Zacznie się z nadzieją, skończy się beznadziejnie, ponieważ nic nie potoczy się tak jak to bóg planował. Twory boskie zawsze robiły niewłaściwy użytek z wolnej woli i rozumu. Póki co, udało mu się zniszczyć wszystko po raz kolejny. Czuł ulgę. Plugawe stworzenia, które miały być mu podobne, miały być najlepsze, okazały się najgorsze. Ludzie i ich świat były najokropniejszymi rzeczami, jakie kiedykolwiek stworzył. Zamiast kochać jego, wierzyć, że jest gdzieś tam, wyżej niż gwiazdy, dalej niż planety, szukali innej prawdy, prowadząc naukowe badania. Nie urządzili świata tak jak powinni byli, wciąż ktoś umierał, głodował. To była ich wina. I mieli zginąć, przepaść! A w końcu udało im się przetrwać.

- Ale to nie byli już ludzie, których ja stworzyłem. Wyrzucili ze swojego DNA nawet cenny gen wiary, który był najważniejszym jaki mieli posiadać. Nie zasługiwali na istnienie! Jak mogli myśleć, że poradzą sobie beze mnie?

A jednak mogli, uświadomił sobie bóg. Zostawił ich przecież na wiele stuleci na pastwę losu. Skreślił ich, nie dopuścił zasłużonych do raju. Nie wysłuchiwał modlitw. Szydził tylko, zachowując się niekiedy gorzej od samego Lucyfera. Ale przecież ludzie zasługiwali na taki los. Był o tym przekonany, gdy wspominał, jak traktowali jego, boga, przeklinając go, złorzecząc i posyłając mu groźby, których nie byli w stanie spełnić. A wszystko tylko dlatego, że ktoś odchodził z ich świata lub działo się coś niesprawiedliwego. Bóg przecież nie odpowiadał za to. Mógł w sumie im powiedzieć, że działa na tej samej zasadzie co ludzkie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością… Istoty ludzkie były do niczego, ale mimo wszystko były najlepszymi istotami, jakie kiedykolwiek zdarzyło się stworzyć bogu. Więc w końcu byli najlepsi, czy też najgorsi?

- Na Mroczną Otchłań! Najlepsi, czy najgorsi, co za różnica?! – zdenerwował się bóg na samego siebie.
A teraz został sam. Ciężko było mu wyrazić słowami pustkę, która go otaczała i zdawała się dusić go i przytłaczać, jakby miała w końcu wniknąć mu w serce i rozerwać od środka. Odezwał się głosem, który był obcy dla niego samego:

Nie ma nic
Tylko suche łzy
Zawieszone w nicości
Nie istnieją
Bo nie ma nic
Nie ma nikogo
Kto by mnie pocieszył
Bo po co
Nie ma nic
Więc mnie też nie ma

Odrzucił od siebie te myśli. Nie miał nic, nie było nikogo, nie było przestrzeni. Od czego można było zacząć? Miliony światów, miliony miliardów lat, wielkie przestrzenie, to już nie istniało. Nie istniał nawet czas.
- Co ja zrobiłem? – szepnął bóg. Położył się i skulił. Nie miał siły nic już tworzyć. Chciał tylko spokoju. Zastanawiał się, jaki jest sens jego własnego istnienia, gdy nie istnieje nic po za nim. Żałował tego co uczynił, bowiem, chociaż był wszechmocny, nie był nieomylny, a to czego dokonał było nieodwracalne.

C D N
2008