piątek, 15 lipca 2016

Alter Creatio - Mirus Admirabilis

Bóg siódmy pozostał przy nadal płonącym ognisku. Słuchał trzasku płomieni i począł się zastanawiać, co właściwie się pali. Czy to brak materii? Jak właściwie coś czego nie ma mogłoby się palić? Otóż mogło, a dowód był przed nim. Im dalej od ogniska, tym więcej było pustej przestrzeni, lecz płomienie w zawrotnym tempie pochłaniały nicość obracając ją w kosmiczne powietrze.

Bogu przyszło nagle na myśl, że warto by było mieć jakieś imię – gdy był jeden, problem nie istniał, bóg siódmy zwał się po prostu bogiem. Jego wysokie mniemanie o własnej osobie nie pozwalało mu myśleć o nim jak o siódmym bogu, dlatego postanowił nazwać się Mirus Admirabilis, czego nie można było poczytać mu za skromność, aczkolwiek nikt jej od niego nie wymagał.

Usatysfakcjonowany wyruszył szukać swojego miejsca we wszechświecie. Płynął między nowopowstałymi gwiazdami i galaktykami, mijał samotne planetoidy. Wszystko naokoło było przesycone wonią dymu, choć nie czuć było spalenizny, był to raczej zapach taki, jaki rozchodzi się w pokoju po zapaleniu kadzidełka. Jednak ten zapach był stokroć niezwyklejszy, nieziemski, było w nim czuć esencję początku, wielkiego początku i nie mniejszych nadziei na przyszłość. Czerń, którą rozświetliło nie tak dawno temu Ognisko Principium, przeszła w srebrzysty granat, miejscami, nieopodal gwiazd było widać odcienie złota i purpury. Mirus Admirabilis przyspieszał coraz bardziej swój lot, ciesząc się iż właśnie on staje się w nowym świecie prekursorem prędkości, stwarza szybkość. Obrazy po jego bokach, mimo, iż jego boski zmysł wzroku był niewyobrażalnie świetny, rozmazywały się i widział przed sobą tylko cel: krawędź wszechświata. W miarę jak się do niej zbliżał, krajobraz stawał się bardziej ponury i mroczny. Całe ciepło Ogniska nie zdążyło tu jeszcze dotrzeć, dlatego nieliczne gwiazdy świeciły słabym, niebieskawym światłem i roztaczały wokół siebie nikłą poświatę. To było właśnie miejsce, o którym marzył Mirus. Żaden z jego braci nie mógł mu tutaj wejść w drogę, ponieważ wszyscy miłowali jasność. Jemu jednemu nie przeszkadzał mrok, ponieważ wiedział, że światłość dotrze tu i tak prędzej czy później. Nie zamierzał zwlekać już dłużej i sięgnął po kulę, którą schował uprzednio w fałdach swojego płaszcza. Chwycił ją, zamachnął się i cisnął celując idealnie w krawędź wszechświata – kula zachwiała się, ale po chwili zyskała równowagę. Bóg zacisnął pięści z całych swoich niewyobrażalnie wielkich sił i w jednej chwili mała kula rozszerzyła się do ogromnych rozmiarów. Z jej jądra zaczęła na powierzchnię wypływać magma i zastygać, utworzyły się wulkany, a następnie górskie szczyty, a gdy bogu zaczęło brakować sił, jedyna łza, która stoczyła się po jego policzku dała początek oceanom na utworzonej przez niego planecie. Wszystko było już gotowe, należało tylko czekać, aż dotrze tutaj światłość. Jednak Admirabilis nie był cierpliwy i zaczął dzieło stworzenia istot żywych natychmiast.

W mgnieniu oka rośliny wszelkiego rodzaju spowiły ziemię, dominował wśród nich odcień ciemnego fioletu, co zdziwiło boga, ponieważ przywykł do zieleni. Nie wiedział, dlaczego tak się stało. Postanowił więc stworzyć zwierzęta, podobne do tych z poprzedniego świata. Przez jakiś czas wszystko szło po jego myśli, jednak wkrótce okazało się, że niektóre ze stworzeń przechodzą dziwne mutacje, wskutek czego powstało wiele nowych, wyglądających groźnie i nieprzyjaźnie gatunków. Mirus obserwował właśnie z bliska coś, co wyglądało jak krokodyl, gdyby nie to, że było czerwone, opierzone i miało dwie głowy. Właśnie wchodziło na drzewo. Przysiadło na jednej z najwyższych gałęzi i znieruchomiało. Przechodzący nieopodal stwór przypominający kota z kolcami na grzbiecie nie zauważył drapieżnika. Szkarłatny pierzodyl (jak postanowił nazwać go bóg, z braku lepszego określenia) skoczył i opadł prosto na jeżota, co bynajmniej nie zaszkodziło temu drugiemu. Za to napastnik zaryczał dziko i wydając z siebie dźwięk podobny do śmiechu hieny, uciekł w fioletowo-czarne zarośla.

- Och, nie. Co ja narobiłem? Mogłem jednak zbudować swój świat bliżej Principium. Teraz jest już za późno. Przecież wiedziałem, że nie jestem do końca w stanie panować nad ewolucją. Zapomniałem też o blokadzie międzygatunkowej, a teraz już nie mogę jej wprowadzić. Biada tej ziemi! Biada tej planecie! – rozpaczał Admirabilis. Jego głos rozchodził się echem po uniwersum i ginął w ciszy.

Po chwili na planecie Mirusa zaroiło się od wężoptaków, koniopsów, małżorybów i innych najdziwniejszych krzyżówek. Niektóre rozwinęły się w sposób tak dziwny, że nie sposób było określić, z jakich gatunków właściwie powstały.

Zdaniem boga najgorsze były krzyżówki much z większymi zwierzętami. Choćby muchokoty. Zbyt obrzydliwy widok, żeby dało się go precyzyjnie opisać. Niektóre z nich były muchami mającymi kształt kotów. Inne kotami mającymi kształty much. A jeszcze inne wyglądałyby w całości jak koty, gdyby nie ssawki zamiast pyszczków.

Mirus miał tylko jedną nadzieję: że normalne gatunki również przetrwają. Powziął w tym celu pewne działania, które zakończyły się tylko częściowym sukcesem. Zmęczony i zawiedziony stworzył sobie  fotel i opadł na niego bez sił. Po jakimś czasie stwierdził, że czas stworzyć ludzi, czy raczej istoty, które by można ponownie ludźmi nazwać. Wiadomo, że z każdym nowym stworzeniem świata, nic już nie było takie samo, różniło się, choćby jakimś szczegółem, nawet jeśli otrzymywało taką samą nazwę… Wykreował pierwszych dwoje i czekał. Przez całe wieki obserwował, a uśmiech nie schodził mu z twarzy.

***

Benjamin przerwał opowiadanie i popatrzył na wnuka znad okularów.
- Więc to tak powstali nasi przodkowie… - powiedział głośno chłopiec. Wyglądał na nie więcej niż dziewięć lat.
- Taaak, aczkolwiek to dopiero początek opowieści. Resztę dowiesz się już niedługo. Wiesz, jakie święto przypada za trzy dni? – zapytał jego dziadek.
- Nie wiem, dziadku – przyznał mały.
- Święto Zejścia. Mirus raz na siedem lat schodzi z… - starzec przerwał na chwilę i zmarszczył czoło - stamtąd gdzie zwykł przebywać i zasiada wraz z nami do ogniska, które płonie na cześć Principium. To święto, o którym nie można mówić głośno na ulicy, zapamiętaj to sobie, chłopcze, jeśli nie chcesz się narażać Nieludziom.
Chłopiec posmutniał. Na chwilę zapanowało milczenie, skwierczał tylko ogień w kominku.
- Dziadku…? – zagadnął nieśmiało.
- Tak?
- Czy Keo mógłby...
- Nie. Dobrze wiesz, że nie.
- Ale…
- Nie ma żadnego „ale”. Nieludzie nienawidzą ognia, a szczególnie Principium. W ich żyłach płynie coś, czego nie sposób nazwać krwią. To mutanty. Zwierzaki, którym pod czaszkami, z powodu cholernej pomyłki, wykwitła w jakiś sposób inteligencja. – Chłopiec zaprzeczyć i już otworzył usta, ale zrezygnował, gdyż jego dziadek ciągnął dalej. - Powstali przez nieuwagę Admirabilisa. Zresztą przed chwilą ci opowiadałem. Ten błąd wiele go kosztował.
- To nie są zwierzaki, dziadku! I nie wszyscy są źli! Chociażby Keo...
- Wcale nie mówię, że jest zły, lecz on, tak samo jak wszyscy inni zrodził się z Mroku. Nie może iść świętować z nami choćby z tej prostej przyczyny, że zaszkodziłoby mu to.
- A co mogłoby mu się stać?
Starzec udał, że nie słyszy. Przymknął oczy i skinął na małego:
- Idź już się położyć.
- Ale…
- Idź spać. Staraj się teraz o tym nie myśleć.

Chłopiec odszedł. Jednak do późnej nocy z jego pokoju dochodziło ciche łkanie, a w jego oknie paliło się światło. Stojąc pod domem, można było dostrzec sylwetkę małego, siedzącego przy biurku i piszącego coś wielkim piórem. Benjamin także nie spał, rozmawiał z kimś, choć jego wnuk nie miał  pojęcia z kim. Jednak, kiedy się kładł, już nad ranem, posłyszał strzępek rozmowy.

- Dowie się. Kiedy przyjdzie (...) powinien (...) i nie zapominaj, że nie może... - to mówił dziadek.
- Nie może... - rozległ się cichy, aczkolwiek stanowczy głos, którego chłopiec nie umiał rozpoznać, nie potrafił nawet określić, czy ów głos należał do kobiety, czy też do mężczyzny. Nie miał pojęcia, o kim była mowa, ani po ten ktoś odwiedził dziadka.
- Musi! - krzyk dziadka odbił się echem i rozniósł się po całym domu.
- Cicho, obudzisz go. - znów ten głos.

Chłopiec nie miał już wątpliwości, co do tego, o kim rozmawiano. Zdążył sobie jeszcze zadać pytanie, dlaczego w całym jego krótkim życiu nikt nie odezwał się do niego po imieniu. A potem zmorzył go sen.
2008
Ciągu dalszego nie było. Powiedz, może powinnam go napisać?