piątek, 1 lipca 2016

Alter Creatio - Prolog



Bóg siedział gdzieś ponad wszystkim, leniwie przyglądając się, jak ludzie szybko dokonują zniszczenia Ziemi. Był nawet zadowolony i spodziewając się rychłego końca, zabawiał się, wysyłając aniołów tu i ówdzie i zaśmiewając się z naiwności ludzi, którzy sądzili, iż okaże im jakąkolwiek łaskę, którzy wierzyli, że aniołowie przynoszą dobrą nowinę.

Prawda była taka, iż bóg już wiele lat temu zrezygnował z miłosierdzia, nędzne twory stąpające po ziemi nie były godne niczego więcej prócz pogardy. Każdy wiek ziemski mijał bogu tak szybko, jak człowiekowi mija doba. Sądził, że da radę przyglądać się biernie temu wszystkiemu chociaż trzysta wieków, ale doszedł do wniosku, że już teraz, po dwudziestu ma dosyć. Potomkowie Adama stali się bezczelni i zaczęli stawiać hipotezy, którymi podważali jego autorytet. Cieszył się, że wszystko zmierza ku samozagładzie.

- Jeszcze najwyżej dwie doby. – mruknął do siebie. Czuł się straszliwie samotny. Nie było nikogo tak doskonałego i wielkiego jak on, ludzie nie spełniali jego oczekiwań. Miliony dusz stały w kolejce do raju, ale on od lat nie wpuszczał tam nikogo. Raj zresztą zmienił się w brudną dzielnicę rządzoną przez podupadłych aniołów. Bóg był smutny i nie po raz pierwszy dochodził do wniosku, że powinien zacząć wszystko od nowa. Zadumał się i przymknął powieki, pozostając przez chwilę nieruchomo. Gdy znów otworzył oczy, odkrył, że ludzie stoją już u progu wieku dwudziestego drugiego. Kryzys został zażegnany, światu przestała grozić zagłada.
- Niemożliwe, poradzili sobie! To nie tak miało być! Szlag ich trafił!

Jednym machnięciem ręki spowodował, że orbita Ziemi odchyliła się o dziesięć stopni od pionu, gwiazdy zaczęły spadać, płyty tektoniczne wibrować, powstały huragany i fale tsunami. Przerażeni ludzie wnosili ręce do nieba w błagalnych okrzykach, ale bóg pozostawał niewzruszony. Wszystko, co żyło, pochłaniały żywioły. Jakimś cudem kilka statków kosmicznych zdążyło opuścić orbitę ziemską.

- Cholera! – zaklął bóg. Skupił się nad tym, żeby zniszczyć wszystko jak najszybciej. Sięgnął umysłem do energii skupionej w samym sercu Słońca i uwolnił ją, tak, że wypaliło się prawie całkiem i, stając się w mgnieniu oka wielką czarną dziurą, pochłonęło cały Układ Słoneczny. Bóg rozłożył szeroko ręce i uczynił nimi szybki ruch, klaszcząc w dłonie. Cały Wszechświat skurczył się w jednej chwili, eksplodując po drodze setki razy i strzelając snopami iskier. Niewyobrażalnie głośny huk było słychać wszędzie, z tym, że po chwili pojęcie przestrzeni przestało istnieć i słowo „wszędzie” straciło sens.

- No, koniec. Ale za jakiś czas zabawa zacznie się od nowa. – powiedział bóg sam do siebie. O czymś jednak zapomniał. Od dołu ktoś zaczął do niego PUKAĆ. Był to szatan.
- Istotnie, zapomniałem zniszczyć piekło, raj i poczekalnię dusz. – mruknął bóg. Nie miał ochoty słuchać upadłego anioła. Nie miał ochoty słuchać nikogo i niczego. Pstryknięciem palców dokończył dzieła zniszczenia. Miał w tym doświadczenie. To nie był pierwszy świat, który unicestwił w przypływie negatywnych emocji.

Niedługo zbuduje znów coś nowego. Ot, to samo od początku. Wiadomo, jak się zacznie, wiadomo jak się skończy. Zacznie się z nadzieją, skończy się beznadziejnie, ponieważ nic nie potoczy się tak jak to bóg planował. Twory boskie zawsze robiły niewłaściwy użytek z wolnej woli i rozumu. Póki co, udało mu się zniszczyć wszystko po raz kolejny. Czuł ulgę. Plugawe stworzenia, które miały być mu podobne, miały być najlepsze, okazały się najgorsze. Ludzie i ich świat były najokropniejszymi rzeczami, jakie kiedykolwiek stworzył. Zamiast kochać jego, wierzyć, że jest gdzieś tam, wyżej niż gwiazdy, dalej niż planety, szukali innej prawdy, prowadząc naukowe badania. Nie urządzili świata tak jak powinni byli, wciąż ktoś umierał, głodował. To była ich wina. I mieli zginąć, przepaść! A w końcu udało im się przetrwać.

- Ale to nie byli już ludzie, których ja stworzyłem. Wyrzucili ze swojego DNA nawet cenny gen wiary, który był najważniejszym jaki mieli posiadać. Nie zasługiwali na istnienie! Jak mogli myśleć, że poradzą sobie beze mnie?

A jednak mogli, uświadomił sobie bóg. Zostawił ich przecież na wiele stuleci na pastwę losu. Skreślił ich, nie dopuścił zasłużonych do raju. Nie wysłuchiwał modlitw. Szydził tylko, zachowując się niekiedy gorzej od samego Lucyfera. Ale przecież ludzie zasługiwali na taki los. Był o tym przekonany, gdy wspominał, jak traktowali jego, boga, przeklinając go, złorzecząc i posyłając mu groźby, których nie byli w stanie spełnić. A wszystko tylko dlatego, że ktoś odchodził z ich świata lub działo się coś niesprawiedliwego. Bóg przecież nie odpowiadał za to. Mógł w sumie im powiedzieć, że działa na tej samej zasadzie co ludzkie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością… Istoty ludzkie były do niczego, ale mimo wszystko były najlepszymi istotami, jakie kiedykolwiek zdarzyło się stworzyć bogu. Więc w końcu byli najlepsi, czy też najgorsi?

- Na Mroczną Otchłań! Najlepsi, czy najgorsi, co za różnica?! – zdenerwował się bóg na samego siebie.
A teraz został sam. Ciężko było mu wyrazić słowami pustkę, która go otaczała i zdawała się dusić go i przytłaczać, jakby miała w końcu wniknąć mu w serce i rozerwać od środka. Odezwał się głosem, który był obcy dla niego samego:

Nie ma nic
Tylko suche łzy
Zawieszone w nicości
Nie istnieją
Bo nie ma nic
Nie ma nikogo
Kto by mnie pocieszył
Bo po co
Nie ma nic
Więc mnie też nie ma

Odrzucił od siebie te myśli. Nie miał nic, nie było nikogo, nie było przestrzeni. Od czego można było zacząć? Miliony światów, miliony miliardów lat, wielkie przestrzenie, to już nie istniało. Nie istniał nawet czas.
- Co ja zrobiłem? – szepnął bóg. Położył się i skulił. Nie miał siły nic już tworzyć. Chciał tylko spokoju. Zastanawiał się, jaki jest sens jego własnego istnienia, gdy nie istnieje nic po za nim. Żałował tego co uczynił, bowiem, chociaż był wszechmocny, nie był nieomylny, a to czego dokonał było nieodwracalne.

C D N
2008