niedziela, 28 sierpnia 2016

Fear of the RAK



Miałam pięć, może sześć lat, kiedy moja babcia zachorowała na raka. W moich oczach to było coś nagłego, coś brutalnego, dziwne zdarzenie, które przełamało miłą rutynę do tego stopnia, że wyryło się minuta po minucie w mojej pamięci. Wszystkie inne zdarzenia z tamtych czasów, pierwszy dom i moje wesołe zabawy to jedna, niespójna całość. Zaledwie kilka zdarzeń wyróżnia się na tyle, żebym mogła opowiedzieć je w sposób zorganizowany i chronologiczny.

Jedliśmy przy stole w kuchni jakiś posiłek, rozmawialiśmy. Nagle babcia zerwała się z krzesła jak oparzona i popędziła do przedpokoju. Oparła się o duży, wiklinowy kosz z praniem, który był chyba wyższy ode mnie. Zaczęła jęczeć z bólu. Ktoś wezwał pogotowie. Ja stałam i patrzyłam, nie wiedziałam, co się dzieje, wiedziałam, że coś złego.

W tym momencie chciałabym złożyć wyrazy najszczerszego uznania dzieciom, które ratują dorosłych dzwoniąc na pogotowie. Ja nawet nie znałam numeru.

Za jakiś czas babcia wróciła i dorośli powiedzieli mi, że wyzdrowiała. Ale to nie była prawda. Minęło kilka lat, zanim dowiedziałam się o nawracającym charakterze raka. "Ta choroba nazywa się rak, ponieważ lubi się cofać. A raki chodzą do tyłu." - wyjaśniła mi babcia.

Babcia prała, sprzątała, gotowała, wychowywała swoje wnuki, czyli mnie i brata. Uczyła mnie czytać, odrabiała ze mną lekcje, rozmawiała ze mną, chodziła na spacery. Angażowała się w przygotowywanie mnie do konkursów. Pracowała z dziadkiem w ogrodzie, robili też razem zaprawy i jeździli na wycieczki. Spotykali się ze znajomymi.

A gdzieś tam, poza zasięgiem wzroku wszystkich, babcia prowadziła drugie życie. Cierpiała. Wylewała swoje egzystencjalne żale do pamiętnika, który spaliła, by oszczędzić nam przykrych oskarżeń wobec ludzi i świata, jaki zapewne zawierał. Pamiętam wieczór, kiedy darła zeszyty i wrzucała je do pieca. Pytałam dlaczego, a ona powiedziała po prostu: "Nie chcę, żeby ktoś to czytał. Pisałam to pod wpływem złych emocji."

Wcale nie gdzieś tam, ale całkiem blisko nas, codziennie, babcia prowadziła drugie życie. Myślała o śmierci, o nieuchronnym końcu. To było widać, kiedy brał ją nastrój na czarny humor. Miała mdłości. Wymiotowała. Nie skarżyła się na to wnukom. Traktowała swojego raka jak nic nie znaczące przeziębienie. Mówiła, że jest w porządku. Często chorowałam i wtedy babcia zajmowała się mną tak, jakbym to ja była obłożnie chora, a nie ona. Trzydzieści osiem stopni gorączki i zapalenie gardła czy oskrzeli u wnusi było zawsze ważniejsze niż jakiś tam nowotwór. Pozwalała mi spać w swoim łóżku, na co zawsze narzekał dziadek. Nie miałam pojęcia, dlaczego ;)

Tak naprawdę nie powinna była się narażać - choroba układu oddechowego mogłaby się dla niej skończyć tragicznie. Ale nigdy się nie skończyła. Nigdy nie udało mi się zarazić babci. Podawała mi lekarstwa, przygotowywała posiłki, wodę z miodem i z cytryną, sok z malin.

Jeden sylwester spędziłyśmy razem. Ja, z wysoką gorączką, niezdolna oglądać fajerwerki o północy - nacieszyłam się nimi może z minutę, bo od wyjścia z łóżka natychmiast dostawałam dreszczy. Babcia - w remisji, czyli potocznie, jak to się u nas mówiło "zdrowa", przygotowująca mi butelki z ciepłą wodą, owijająca je ręcznikami, żeby ogrzać mi nogi.

Kiedy myślę o tym dzisiaj, to odwrócenie ról mogło być dla niej zbawienne. Musiała być silna, więc była silna. Przeżyła 8 lat z cieżką odmianą raka.

A ja cały czas się bałam, że zachoruję. Mimo że byłam dzieckiem, miewałam momenty, gdy czułam się pogodzona ze światem i gotowa na śmierć. Może to brzmieć śmiesznie lub strasznie, ale to także moja głęboka wiara przekonywała mnie do tego, że hasło memento mori stanowi ważną część życia. Teraz twierdzę tak samo, ale nie powiedziałabym, że jestem gotowa na śmierć. Bardziej niż kiedykolwiek chcę żyć. Mam plany i aspiracje, jestem w takim momencie życia, że boję się raka i śmierci bardziej niż bym chciała.

Fear of the dark, fear of the dark
I have a constant fear that something's always near

piątek, 26 sierpnia 2016

W drodze na Lofoty - przypadkowe detale (fotoreportaż)

Co zobaczyć w Norwegii, 10 najważniejszych zabytków Szwecji, 50 najciekawszych...
Stop, nie.

Po prostu patrz.

Sztokholm





A to już za Sztokholmem







Wioska Samów - czyli Lapończyków






Kemping na plaży i zbieranie muszelek




środa, 24 sierpnia 2016

Jak umierają rozgwiazdy



Będąc małą dziewczynką, uwielbiałam chodzić po plażach w Norwegii i wyszukiwać wyjątkowe rzeczy, które morze wyrzuciło na swój brzeg. Bez trudu znajdywałam różnego rodzaju muszle, a także zasuszone kraby. Ale trudno mi było znaleźć rozgwiazdę, a jeśli już jakąś widziałam, była żywa, przyklejona wszystkimi pięcioma ramionami do kamienia, kilkanaście centymetrów pod wodą, o wiele piękniejsza niż te, które czasem zdarzało mi się znajdywać na brzegu.

Te, które miałam w swojej kolekcji, opowiadały swoją formą zupełnie inne historie niż rozgwiazdy ze sklepu, z dumnie wyprostowanymi ramionami, wybielone chemicznie bądź pomalowane na absurdalny, czerwony kolor.

Miały pozwijane ramiona, jakby walczyły z żywiołem, kiedy fale wyrzucały je na brzeg. Nawet jeśli znajdowałam nie całkiem wyschnięte, nie mogłam wyprostować ich zesztywniałych ciałek. Wyglądały trochę smutno, może tajemniczo, ale były prawdziwe. Suszyłam je więc mimo wszystko i zabierałam na pamiątkę. Zobaczyłam kiedyś rozgwiazdy zbierane przez inną dziewczynkę były ładne, proste i bardzo duże. Zapytałam ją, jak to robi.

Powiedziała, że suszy takie wyłowione z wody żywcem. Pomyślałam, że to trochę okrutne, ale warte spróbowania, w końcu nieraz rozbijałam omułki, żeby patrzeć jak pożywiają się nimi kraby, więc nie byłam jakoś nadmiernie wrażliwa na śmierć małych stworzonek.

Wyłowiłam rozgwiazdę i zabrałam ją ze sobą do letniego domu. Położyłam na stole na tarasie, w pełnym słońcu. Ku mojemu zdziwieniu, mimo że od powrotu z plaży minęło kilka godzin, stworzonko jeszcze żyło. Zaczęło zwijać swoje ramiona do wewnątrz, aby utrzymać szybko uciekającą z niego wilgoć. Zrobiło mi się smutno, ale rozprostowałam jej ramiona, żeby uzyskać oczekiwany efekt.

I wtedy ona zrobiła to znów. I znów. Obojętnie ile razy próbowałam rozłożyć jej ramiona, ona ciągle walczyła. W końcu wyschła, ale nie była idealnie prosta, bo nie miałam ani cierpliwości, ani serca, żeby ją męczyć.

Nigdy więcej nie próbowałam suszyć żywych rozgwiazd. Możecie się ze mną zgodzić, albo nie - według mnie, jeśli zabijasz coś, żeby się pożywić - jest to uzasadnione. Ale jeśli zabijasz coś wyłącznie po to, żeby postawić to w domu jako dekorację - jest to brak szacunku do życia.

PS. Ciężko winić małe dziewczynki, że nie do końca świadomie decydują o życiu rozgwiazd. Warto jednak, by dorośli pamiętali, że dorodnie wyglądające okazy mieszkańców mórz zwykle są poławiane i zabijane tylko po to, żeby cieszyły nasze oko. Nie kupujcie w sklepach takich pamiątek. Zebranie z plaży przynosi o wiele więcej radości niż zakup, a ponadto jest etyczne i (jeśli zbieramy na małą skalę) nieszkodliwe dla środowiska.

piątek, 19 sierpnia 2016

Dla kogo są książki o modzie, urodzie i... sprzątaniu?



Nigdy nie interesowały mnie takie tematy. Dinozaury, wulkany, skamieniałości, minerały, muszle, języki obce, astronomia, geografia, podróże - owszem. Ubrania, makijaż, moda - to było coś, co uznałam za domenę dziewczyn, które lubią się pokazać. Często miałam wrażenie, że zainteresowanie modą jest bezwartościowe i jeśli ktoś interesuje się tylko tym, jak dobrze wyglądać, automatycznie zasługuje na brutalne wrzucenie do szufladki "pustak" (najlepiej tak, żeby sie jeszcze solidnie potłukł, lądujac na samym dnie). Cóż. Pustak, nie pustak, ale jednak zazdrościogenny... Bo mojej poetyckiej duszy i zamiłowania do fantastyki nie było wiadać jak na dłoni, więc dziewczyny, które wiedziały, jak wyglądać, odbierały mi pewność siebie, ściągając na siebie wszystkie spojrzenia. Myślałam wtedy, że moda to coś na czym się nie znam, do czego nie mam drygu i czego nigdy się nie nauczę. Że albo będę się ubierać jak dziwadło, albo tak, jak chce mama - bo ona ma świetne wyczucie, ale jednak nasze style nieco się rozmijają, więc rzadko kiedy miałam ochotę oddać swój wizerunek w jej ręce.

Przeszłam więc przez fazę kupowania wszystkiego w ulubionych kolorach, a później przez fazę "TYLKO CZERŃ, bo wszyscy muszą wiedzieć, że słucham metalu i jeżdżę na konwenty". Moim głównym źródłem nowych ubrań były obwoźne kramy na festiwalach - nosiłam namiętnie fandomowe koszulki i reklamy kolejnych zjadów miłośników fantastyki. To było fajne, ale jednak czułam się mało kobieco. Póki miałam kobiecość w nosie, czułam się doskonale w przebraniu czarnego fantasy nerda. Ale później poczułam się, no właśnie - jak w przebraniu. Odkryłam, że nie mam stylu, a w mojej szafie jest wszystko i zaczęłam sięgać po książki o modzie, najpierw z zażenowaniem, wstydząc się przyznać, że takie coś mnie serio interesuje. Kilka książek i dwa lata później nie mam już z tym problemu.

Hej, to świetna sprawa! Z tymi książkami zrobiłam porządki w głowie, w szafie i na łazienkowej półce. Posortowałam swoją biżuterię i zrozumiałam, dlaczego ubrania dobrej jakości to lepsza inwestycja niż poliestrowe łachy. Rozróżniam materiały! Coś, co było czarną magią, stało się oczywistością, wystarczy, że dotknę tkaniny i rozpoznaję moją ulubioną wiskozę.

Praktyczne wykorzystanie wiedzy o wizerunku to nie pustactwo, lans czy chęć pokazania się.
Moda to również dziedzina nauki i obiekt zainteresowania naukowców!
Makijaż, przy odpowiednim podejściu, to nie szpachlowanie, ale sztuka.
Od kiedy myślę w ten sposób, nie ma we mnie tyle złości i zawiści wobec stylowych dziewczyn.
Bo ja też wiem, jak pięknie wyglądać. :)

Oto 4 książki, które polecam, jeśli chcesz zrobić porządek ze swoim wizerunkiem - czyli: makijażem, ubiorem i otoczeniem.

Zacznij się malować tak, jak lubisz



Książka zawiera właściwie wszystko, co trzeba wiedzieć, aby wykonać zarówno zupełnie podstawowe, jak i pełne makijaże. Dobry punkt wyjścia dla kogoś, kto dopiero zaczyna lub komu brakuje wiedzy dotyczącej najważnieszych zagadnień. Szczegółowe i jasne instrukcje, lista przedmiotów, w które warto się zaopatrzyć, realistyczne i luźne podejście autorki do tematu makijażu (nie próbuje lansować żadnych "must have", ani "must do", za to pokazuje ilość możliwych opcji i tzw. "najlepsze praktyki"). Wiele zdjęć i ilustracji, wszystko wysokiej jakości, miła dla oka czcionka i przejrzysty układ książki, odnośniki do innych rodziałów, a do tego świetny styl pisarski autorki. Przez ten podręcznik przebija jej miły, nieco zadziorny charakter i czytając nie da się nie czuć do niej sympatii.

Ogarnij swoją szafę!



Książka bardzo pomocna w zdefiniowaniu własnego stylu. Z punktu widzenia osoby takiej jak ja, która do tej pory miała styczność jedynie z klasycznym pojmowaniem mody i stylu, gdzie więcej znaczy lepiej, ten podręcznik to prawdziwe remedium na ubraniowe troski. Joanna pokazuje, jak uprządkować szafę i na co zwrócić uwagę, wybierając się na zakupy. Wspaniałe jest to, że autorka nic nie próbuje nikomu narzucić, ani naciągać na wielkie wydatki. Wręcz przeciwnie - podczas czytania, zrozumiałam, że moja garderoba jest niemal kompletna, i bardziej muszę z niej parę rzeczy odjąć niż do niej dodać. Co za ulga!

Wskocz na kolejny modowy poziom - zainspiruj się



Książka nie tylko świetnie napisana, ale niezwykle estetyczna, z wieloma zdjęciami i szkicami autorki. Powiedziałabym - uczta wizualna. Czyta się niezobowiązująco i leniwie, niczym starannie wydaną gazetę, jednak jeśli miałabym precyzyjnie opisać charakter tej publikacji, przyrównałabym ją raczej do stylowego pamiętnika/autobiografii. Dużym plusem jest to, że autorka "stylem" nazywa nie tylko ubiór, ale i zachowanie oraz mnóstwo innych elementów, które na styl mogą się składać. Nie jest to (na szczęście!) typowy poradnik (choć można wiele zaczerpnąć dla siebie), a narracja w stu procentach osobista, zabawna, niekiedy autoironiczna. Idealna lektura na weekend czy wakacje.

A teraz - porządki!


I na koniec - pozycja o sprzątaniu. Szczerze mówiąc, radziłabym ją nawet przeczytać jako pierwszą z tych czterech. Temat może się wydawać absurdalny, co najlepiej ilustruje moja rozmowa z mamą.

- Mamo, mam świetną książkę, nazywa się "Magia sprzątania"!
- Nie trzeba, znam tę magię. (śmiech)

No cóż, trudno temu przeczyć, niektóre ze sposobów porządkowania przedstawionych w tej książce znałam praktycznie od zawsze, z czasów, gdy porządkowałam z babcią. Jednak, jeśli masz problem z nawracającym chaosem, Marie Kondo naprawdę może pomóc. Nie będzie słowa o typach odkurzaczy czy rodzajach ścierek, za to mnóstwo historii i praktycznych porad na temat tego, jak rozprawić się z nadmiarem rzeczy i brakiem organizacji.

Inna książka o podobnej tematyce: "Sztuka prostoty" Dominique Loreau. Nie jest tak uniwersalna jak "Magia sprzątania" i jak na mój gust, nadmiernie opiewa minimalizm, przez co może się wydawać nieżyciowa.
***

Oczywiście, gdybym wzięła sobie do serca WSZYSTKIE porady ze WSZYSTKICH poradników, jakie czytałam, miałabym teraz w głowie niesamowity chaos. Nie zgadzam się z każdą uwagą, zasadą czy propozycją, ale 75% treści powyższych książek uważam za wartościowe. Przeczytałam jeszcze kilka innych, więc jeśli nie masz zamiaru wciągać się w takie tematy, ale chcesz po prostu się ogarnąć na polu wizerunku - zaufaj mi!

Teraz czytam kolejną książkę - "Elementarz stylu" Katarzyny Tusk. Jeśli jesteś ciekaw(a), co o niej sądzę, zajrzyj za kilka dni na mój profil na Goodreads lub Lubimyczytac. Zawsze zamieszczam krótkie recenzje na Goodreads, teraz postanowiłam też powrócić na rodzime lubimyczytac. Zaproś mnie do znajomych, jeśli chcesz być na bieżąco i masz ochotę powymieniać się książkowymi rekomendacjami. :)

czwartek, 18 sierpnia 2016

Arktyczna rocznicowa sesja w ślubnych strojach - Lofoty, Norwegia [część 1]



Jesteśmy już rok po ślubie! Bardzo szybko to zleciało (chyba każdy tak mówi). Że lata szybko lecą, że dzieci rosną i tak dalej. Albo: "nic się nie zmieniłaś!", żeby z kolei zaprzeczyć biegowi wydarzeń.

Na podróż poślubną pojechaliśmy do Krakowa i w Bieszczady, niewielkim kosztem - mieszkaliśmy u znajomych w pokoju oraz u rodziny w drewnianym wakacyjnym domku, podróżowaliśmy pociągami i autobusami. 


Natomiast rok po ślubie wybraliśmy się trochę dalej i w większym gronie (i znów powiem - nie, nie jestem w ciąży, ani się nie okociłam nie urodziłam). Był z nami mój tata i moje 3 dobre koleżanki, zrobiliśmy sobie roadtrip po Skandynawii. Punktem kulminacyjnym wycieczki były Lofoty. W ostatniej chwili przed wyjazdem złapałam nasze ślubne stroje (myślałam wcześniej o sesji zdjęciowej, ale prawie o tym zapomniałam!)


Na Lofotach byłam po raz trzeci, a mój mąż po raz pierwszy. O fotografowaniu na północy Norwegii mogę powiedzieć z całą pewnością - nie musisz być mistrzem. Wystarczy pstrykać dookoła, ładne widoki zrobią robotę za ciebie. Z tym założeniem przekazaliśmy aparat w ręce Natalii, Magdy i mojego taty, po raz kolejny pomijając w swoich planach usługi profesjonalnych fotografów. Muszę ze wstydem przyznać, że wcześniej wiele razy nie pozwalałam Magdzie robić zdjęć i krzyczałam, że nie umie, a wystarczyło dać jej kilka wskazówek na temat kadrowania i trochę pochwalić, żeby zaczęła robić niesamowite fotografie.


Makijaż wykonała Natalia Gwiazda. Warunki były spartańskie, malowała mnie na dworze, siedziałam na murku, a koło nas co rusz przejeżdżały autobusy i wózki widłowe z suszonymi dorszami. Ponadto wiał dość mocny wiatr, a ja przez nadużywanie narkotyków czekolady, miałam straszny problem z cerą. Te wszystkie czynniki składały się na fakt, że niełatwo było mnie umalować, ale dała radę!
Na zdjęciach tego nie widać, ale było strasznie zimno, około 12 stopni. Bolerko (ku mojemu zaskoczeniu - pasowało do sukni, a kupiłam je kilka miesięcy po ślubie i nosiłam na co dzień) pomagało mi trochę wytrzymać ten chłód, zdjęcia robiliśmy w kilku miejscach i pomiędzy ujęciami chodziłam w trenczu (do kilku zdjęć nawet go nie zdjęłam, bo wyglądał dość fajnie).

A to zdjęcie to chyba nawet ja zrobiłam :)

Kwestię wianka i bukietu rozwiązaliśmy prosto - zerwaliśmy to, co rosło wszędzie, czyli piękne, fioletowe kwiaty. Miałam wianek ze sztucznymi kwiatami, który pomógł stworzyć bazę pod ten właściwy. Nie było to trwałe rozwiązanie, ale do sesji w sam raz.


Spotkaliśmy po drodze sporo osób, którzy nam gratulowali, a my się śmialiśmy i dziękowaliśmy. Miły, romantyczny i zabawny sposób na spędzenie rocznicy. Polecamy!

Podziękowania dla taty, Natalii, Magdy i Agaty za pomoc w przygotowaniu i wykonaniu sesji! <3

piątek, 12 sierpnia 2016

Piękna i Mr Hyde

- Nie jestem potworem - powiedział mutant zbliżając się do mojego ucha. - U...wierz mi - wychrypiał z wysiłkiem.


Stałam plecami do ściany, nie mogąc się ruszyć. Czego chciał ten stwór? Kogoś mi przypominał, w najgłębszych zakamarkach pamięci tkwiły pewne jego rysy, jakaś iskra w oku, tak zwane "to coś". To takie coś, dzięki któremu potrafimy się zakochać i to samo, które łamie nam serce, kiedy zbliża się nieuchronny koniec.

- Le... Leo? - szepnęłam z niedowierzaniem. Zamrugał kilka razy, za każdym zaciskając powieki nienaturalnie długo, jakby sam zapomniał, jak ma na imię. Był teraz o dwie głowy ode mnie wyższy i wydawał się bardziej postawny niż wtedy gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Wyglądał jak kulturysta, który przesadził z ćwiczeniem górnych partii ciała. Jego nogi były śmiesznie chude, coś w jego sylwetce przypominało posturę niezdarnej kaczuszki, jednak zęby miał jak kot. Małe, cienkie i ostre. Kaczka i kot? Zupełnie bez sensu...
Obudziłam się dysząc ciężko.

- Co się stało, kochanie? - zapytał troskliwie mój Leo, jednak było widać, że jest zniecierpliwiony.
- Nic takiego - odparłam, żeby go nie denerwować.
- Ach, ty głuptasie - powiedział niby czule, ale sprawiło to, że poczułam się jak idiotka. Wsunął się pod kołdrę i przytulił mnie, nieco zbyt mocno, żebym się mogła wyswobodzić, po czym delikatnie się na mnie położył.

- Dopiero się obudziłam - zajęczałam, i to wcale nie w sposób, który zachęcałby do... Ale on mnie nie słuchał, nigdy mnie nie słuchał. Tym razem nie potrafiłam jednak udawać, że mi to nie przeszkadza. Poddałam mu się, ale kołysząc biodrami, myślałam o tej kaczkowatej kreaturze - tak, może i była silna, ale byle co było w stanie podciąć jej nogi.
- O czym myślisz, malutka? - zamruczał z rozkoszą (ale ja słyszałam tę nutkę podejrzliwości, tu trzeba było prawidłowej odpowiedzi)
- O Tobie, mmmm... - odparłam, ale chyba mi nie uwierzył. Gdybym powiedziała prawdę, obraziłby się na śmierć za brak porannej dawki rozkoszy - założyłby szlafrok i fukał niczym borsuk, któremu zajrzał do nory jaki lis czy inne cholerstwo.

Patrzyłam w sufit, i myślałam dalej, zapominając, że powinnam się poruszać.
- O co chodzi? Leżysz jak kłoda - powiedział z wyrzutem i wycofał się. Ha, przecież wcale nie chciałam się z nim kochać. Jakże bym śmiała odmówić, prawda? Tnące jak sztylety ząbki kotka.
Nie odezwałam się, tylko odwróciłam się plecami. Chyba potraktował to jak zaproszenie, bo wszedł we mnie od tyłu. Po raz kolejny tego ranka nie śmiałam zaprotestować. Nawet trochę powzdychałam dla formalności, tak żeby szybciej skończył. Potem zasnął, w końcu dopiero co wrócił z pracy - strażnicy nocni nie mają lekko.

Szkoda, że kolejna wypłata poszła na spłatę jego długów.
Odchodzę - powiedziałam do okna, a on przez sen wymamrotał "nie jestem... mmm... u...wierz mi"

Śnił mój sen - pierwszy raz od długiego czasu. To nie taki sen chciałam z nim śnić. Niestety sny śnią sie same. Było mi przykro, że musiał zobaczyć akurat taki koszmar. Nie umiałam pomyśleć "zasłużył sobie". Kiedy się obudził, nie pamiętał, że istniałam. Może jego koci uśmiech i silne ramiona uwiodły inną dziewczynę. Może już nigdy więcej nie zamienił się w potwora, a może nigdy nim nie był. A może zmieniał się w niego czasami, tak jak to było z Mr Hyde i Dr Jekyllem, wieczne i wyczerpujące tango jaźni.

wtorek, 9 sierpnia 2016

Duolingo - gra językowa, która uzależnia

Po prostu spróbuj

Zawsze mówię tak: po prostu spróbuj i zobaczysz, jak to działa. Nie trzeba się nawet rejestrować - wystarczy wybrać język, którym mówisz i od razu otwiera ci się samouczek z pierwszymi lekcjami języka na próbę. Jeśli zdecydujesz się założyć konto - zachowasz postęp, jeśli nie, no to nie.

Niestety dla polskojęzycznych użytkowników jest dostępny jedynie angielski...



Zabawa zaczyna się, gdy masz już opanowany angielski w stopniu co najmniej komunikatywnym. 


Wtedy mamy do wyboru niesamowitą ilość języków:

hiszpański, francuski, włoski, portugalski, niemiecki, niderlandzki, szwedzki, norweski, duński, walijski, irlandzki, turecki, polski, esperanto, ukraiński, rosyjski, wietnamski, hebrajski, węgierski, grecki

W przygotowaniu są:
  • czeski
  • suahili
  • rumuński
  • hindi
  • indonezyjski
  • koreański
  • klingoński (tak, tak, nawet klingoński - jeśli nie wiesz, co w tym niezwykłego, poczytaj)

Na czym polega nauka?

Na tłumaczeniach. Pisanych, głosowych, klikanych. Słuchasz, mówisz, czytasz, piszesz - czyli rozwijasz wszystkie potrzebne kompetencje. Oczywiście, jeśli chcesz używać aplikacji np. na komórce w autobusie (jest aplikacja mobilna!) i głupio ci mówić do telefonu, możesz wyłączyć opcję mówienia i potem aktywować ją ponownie.

A co najważniejsze... nauka jest całkowicie zgrywalizowana! Dostaje się XP, leveluje, można dodawać znajomych, śledzić ich postępy. Za co większe kamienie milowe dostaje się "lingoty", to taka witualna waluta. Można kupić za nią na przykład dostęp do takich lekcji jak "flirt" czy "idiomy".

 

Można też przekazywać lingoty osobom, które powiedzą coś interesującego na forum, za pomocą opcji "give lingot". Niestety nie ma wielu ciekawych opcji wykorzystania lingotów i aktywni użytkownicy mają ich całe tony. Ja mam na przyład 430. Mam nadzieję, że twórcy naprawią to z czasem.

Jak dużo można się nauczyć?

Zrobiłam kurs angielskiego i francuskiego (z ciekawości) oraz ukraińskiego (tutaj faktycznie po to, żeby się nauczyć). Według mnie, po ukończeniu całego "drzewka" można osiągnąć poziom między A2 a B1 (co to znaczy?).


Czy to działa?

Zdecydowanie tak. Zanim zaczęłam się uczyć ukraińskiego na Duolingo nie potrafiłam złożyć zdania. Miałam non stop tremę i brakowało mi słów. Próbowałam się uczyć za pomocą innych aplikacji, ale żadna nie zawierała tak kompletnego kursu. Oprócz tego słuchałam radia po ukraińsku. Ukończenie kursu na Duolingo było zdecydowanym przełomem, po prostu zaczęłam mówić. I zdecydowanie szybciej pisać (a przestawienie się na cyrylicę nie jest takie proste...)

Czy to coś kosztuje?

Nie, nic. Nie mam pojęcia dlaczego, ale jest całkiem darmowe. Kursy są nie tylko wciągające, ale dobrze przygotowane merytorycznie. Nic, tylko korzystać.

Co jeszcze warto wiedzieć?

  • Na Facebooku powstają grupy wsparcia dla osób uczących się danego języka.
  • Każdy może zgłosić chęć współtworzenia wybranego kursu.
  • Niektóre kursy językowe mają opcję "immersion" - służy ona do tłumaczenia dłuższych tekstów dla wprawy.
  • Paski przy "skillach" napełniają się, kiedy coś powtarzasz. Jeśli są puste lub prawie puste, oznacza to, że dawno nie odświeżałeś wiedzy z danego tematu.
  • Na forach Duolingo można poznać ciekawych ludzi i podyskutować na tematy związane z kursami (i nie tylko)
  • Jeśli uważasz, że podajesz poprawne tłumaczenie, a program go nie akceptuje lub gdy zaważasz inny błąd - możesz go zgłosić, pod każdym ćwiczeniem jest taka opcja
Używasz Duolingo? A może znasz jakąś fajną alternatywę? Podziel się opinią w komentarzu!

PS. Podziel się tym tekstem, jeśli nie chcesz od nowa tłumaczyć znajomemu, jak działa Duolingo ;)

piątek, 5 sierpnia 2016

Bezimienny


Grzbiet konia. I miarowe uderzenia kopyt. Tu-dum, tu-dum-tu dum. Siedziałam jak w transie i miałam wrażenie, że szybujemy, a w pyle wokół nas nikną wszystkie moje słabości i złe wspomnienia.

Może któraś kobieta na moim miejscu powiedziałaby, że nie chce już nigdy widzieć żadnego mężczyzny, po cichu marząc, że ktoś jednak na przekór losowi i jej samej weźmie ją w ramiona.
Ja przestałam chcieć.

Już nie pragnęłam, nie miałam wymagań. Codziennie siadałam na grzbiet mojego brązowego, zwyczajnego rumaka, nie różniącego się niczym od wielu, jakie przemierzają równiny w poszukiwaniu pokarmu, ujeżdżonego, ale nie do końca oswojonego. Bezimiennego.

Siadałam, żeby zapomnieć i żeby znów się kołysać. Żeby znowu móc się przytulić do kogoś, kto dawał poczucie bezpieczeństwa. Bezimienny był pomiędzy kimś a czymś, ale zdecydowanie wierzyłam, że to jednak ktoś. Ktoś dziki i nieposkromiony, ktoś wolny, a jednak z własnej woli niosący mnie ponad suchą rzeczywistością moich dni. Nie mógł mi dać ani słowa pocieszenia, nie jestem pewna, czy w ogóle rozumiał, co przeżywałam.
Ale był i chciał być. I chyba to wszystko, czego mogłam potrzebować.

Przeszliśmy do stępa. Pomyślałam o Pierwszym.
Ale przed Pierwszym było jeszcze dwóch, albo więcej, bo czym jest właściwie pierwsza miłość? Byli więc chłopcy o włosach jasnych i ciemnych, był nawet jeden pochodzący zza mórz, z kraju gdzie królują ostre przyprawy, a po ulicach spacerują krowy. Byli mądrzy i bystrzy, niektórzy tylko sprytni, byli łobuzerscy i byli dbający o etykietę. Od większości z nich otrzymałam tylko uśmiechy, od niektórych wiadomości na piśmie, zdarzało się, że dostawałam przekazywane potajemnie prezenty.
Wszyscy oni w mojej wyobraźni robili ze mną coś intymnego, niesamowitego i przekraczającego granicę wszelkich najśmielszych snów. Trzymali mnie publicznie za rękę.
Koń przeszedł do kłusa, dopasowując się do przyspieszającego strumienia wspomnień, ktory przelewał mi się przez umysł coraz szybciej. Bezimienny odczytał sygnał, który wysłałam mu swoim ciałem na pół świadomie i dopasował się do moich myśli.

Pierwszy, który pochwycił mnie za rękę, zabrał mi całą młodość. Wzdychaliśmy razem do księżyca, podróżowaliśmy autostopem po całej Europie, piliśmy tanie wino, zaznawaliśmy wspaniałości Amsterdamu większą ilością zmysłów, niż można to teoretycznie czynić. Nasza historia nie była inna od wielu, które toczą się na tej śmiesznej planecie, pełnej przewidywalnie zachowujących się mrówek. Czasem pijanych, czasem „na haju”, czasem szalonych, ale ogólnie – dość przewidywalnych mrówek. Wmawialiśmy sobie wyjątkowość, niezależność i wszystkie te młodzieńcze ideały, które teraz odbijają mi się z tyłu głowy, jak piłka pingpongowa, niczym cliché.

Wstaję i siadam, wstaję i siadam, w takt chodu konia. Przypomina mi to coś z innego życia, coś, o czym dziwnie myśleć siedząc na grzbiecie zwierzęcia i o czym nie sposób nie pomyśleć - przez analogię ruchów. Uśmiecham się i kaszlę, wzbijający się piach sprawia, że coraz gorzej widzę. Krążymy w kółko po padoku, przestaje być ciekawie, do naszej przejażdżki wkrada się nuda. Ja i Bezimienny krążymy tak ledwie od dwudziestu minut, a już nie mogę wytrzymać tej wstrętnej rutyny.

Mogło skończyć się wypadkiem, przedawkowaniem, albo inną smutną, rzewną historią, która pozwoliłaby mi opłakiwać Pierwszego przez resztę moich dni. Ale on po prostu nie widział miejsca w swoim życiu dla żadnych dzieci. I dlatego z dnia na dzień, odeszłam. Jednego dnia jeszcze leżeliśmy obok siebie w starym, zapomnianym przez wszystkich motelu (wyobrażałam sobie wiele razy, że napiszę te słowa, ale nigdy nie brzmiało to tak zwyczajnie i śmiesznie, jak teraz, gdy w końcu się odważyłam), a kolejnego dnia, nie pytając Pierwszego o pozwolenie, zabrałam nasz wspólny samochód i odjechałam, nie patrząc nawet, w którym kierunku. Komórka dzwoniła raz po raz, intonując naszą ulubioną piosenkę, a ja po prostu śpiewałam ją na cały głos, jakby nic się nie stało.

“Now dance, fucker, dance
Man, he never had a chance
(…)
Nice work you did
You’re gonna go far, kid”

Potem wyciszyłam telefon, ale nieznośnie wibrował. W toalecie przy pierwszej lepszej stacji benzynowej wrzuciłam go do muszli klozetowej. Nie dbałam o to, czy się zapcha, czy ktoś go wyciągnie. Kilka minut później jechałam już dalej. Kiedy o tym myślę dzisiaj, zastanawiam się, czy nie było lepiej wrzucić go do rzeki. Pal licho, jakie to ma znaczenie?
Zeskoczyłam z konia i kazałam mu się zatrzymać z ziemi. Nie od razu okazał posłuszeństwo i obiegł padok dookoła, trochę mnie tym przestraszył, nie był przecież tak oswojony, jak bym chciała. Otworzyłam furtkę, gdy tylko udało uchwycić mi się wodze. Prowadziłam go spokojnie za bramę ośrodka jeździeckiego.

Ośrodek niestety nie należał do mnie, chociaż odkąd pamiętam, marzyłam o własnej stadninie. Jedynie Bezimienny był mój, tak po prostu, nazywałam go często substytutem stada kotów, bo cóż innego może pozostać starej pannie, jak nie jakiś zwierzak do kochania.

Przeszliśmy przez drewniany most i szliśmy wybrukowaną drogą w stronę lasu.
Przypominało mi to podróż traktem, jak za dawnych czasów, kiedy to niby wszystko było proste. Ale przecież były wtedy i pieniądze i miłość, i zdrady i kłamstwa. I było też takie same niebo i słońce, jakie dzisiaj widziałam zachodzące wśród zwyczajnych polskich traw. Nie miałam więc żadnego usprawiedliwienia, by tęsknić za dawnymi czasami. Nie mogłam powiedzieć, że kiedyś było łatwiej i że urodziłam się w złych czasach, bo to po prostu nie byłaby prawda.

Po angielsku to, przez co przechodziłam nazywało się letting go, a po polsku nie było słowa, które prawidłowo opisałoby to, co czułam. Pozwalałam odejść złym emocjom, bólowi i żalowi. Oddalałam od siebie śmiech nienarodzonych dzieci.

Stałam pod lasem z Bezimiennym i wtulałam się w jego grzywę, jak kilkunastoletnia dziewczynka. Za co one, te podlotki, tak bardzo kochają konie? Za co ja je kocham?
Za ciepło, chwile ukojenia i zapomnienia. Za zjednoczenie dwóch ciał w kontekście tak czystym, o jakim nie można mówić, gdy ma się na myśli kobietę i mężczyznę. Za cichą obecność, będącą, jeśli nie zrozumieniem, to chociaż iluzją zrozumienia.
Za spełnione pragnienie wolności, które drzemie w każdym z nas.

Gdyby ktoś uwolnił mnie tak prawdziwie, jak robił to Bezimienny, skoczyłabym za tym człowiekiem w ogień.
2015
PS. Myślę, że to dla Ciebie, Offca.