niedziela, 28 sierpnia 2016

Fear of the RAK



Miałam pięć, może sześć lat, kiedy moja babcia zachorowała na raka. W moich oczach to było coś nagłego, coś brutalnego, dziwne zdarzenie, które przełamało miłą rutynę do tego stopnia, że wyryło się minuta po minucie w mojej pamięci. Wszystkie inne zdarzenia z tamtych czasów, pierwszy dom i moje wesołe zabawy to jedna, niespójna całość. Zaledwie kilka zdarzeń wyróżnia się na tyle, żebym mogła opowiedzieć je w sposób zorganizowany i chronologiczny.

Jedliśmy przy stole w kuchni jakiś posiłek, rozmawialiśmy. Nagle babcia zerwała się z krzesła jak oparzona i popędziła do przedpokoju. Oparła się o duży, wiklinowy kosz z praniem, który był chyba wyższy ode mnie. Zaczęła jęczeć z bólu. Ktoś wezwał pogotowie. Ja stałam i patrzyłam, nie wiedziałam, co się dzieje, wiedziałam, że coś złego.

W tym momencie chciałabym złożyć wyrazy najszczerszego uznania dzieciom, które ratują dorosłych dzwoniąc na pogotowie. Ja nawet nie znałam numeru.

Za jakiś czas babcia wróciła i dorośli powiedzieli mi, że wyzdrowiała. Ale to nie była prawda. Minęło kilka lat, zanim dowiedziałam się o nawracającym charakterze raka. "Ta choroba nazywa się rak, ponieważ lubi się cofać. A raki chodzą do tyłu." - wyjaśniła mi babcia.

Babcia prała, sprzątała, gotowała, wychowywała swoje wnuki, czyli mnie i brata. Uczyła mnie czytać, odrabiała ze mną lekcje, rozmawiała ze mną, chodziła na spacery. Angażowała się w przygotowywanie mnie do konkursów. Pracowała z dziadkiem w ogrodzie, robili też razem zaprawy i jeździli na wycieczki. Spotykali się ze znajomymi.

A gdzieś tam, poza zasięgiem wzroku wszystkich, babcia prowadziła drugie życie. Cierpiała. Wylewała swoje egzystencjalne żale do pamiętnika, który spaliła, by oszczędzić nam przykrych oskarżeń wobec ludzi i świata, jaki zapewne zawierał. Pamiętam wieczór, kiedy darła zeszyty i wrzucała je do pieca. Pytałam dlaczego, a ona powiedziała po prostu: "Nie chcę, żeby ktoś to czytał. Pisałam to pod wpływem złych emocji."

Wcale nie gdzieś tam, ale całkiem blisko nas, codziennie, babcia prowadziła drugie życie. Myślała o śmierci, o nieuchronnym końcu. To było widać, kiedy brał ją nastrój na czarny humor. Miała mdłości. Wymiotowała. Nie skarżyła się na to wnukom. Traktowała swojego raka jak nic nie znaczące przeziębienie. Mówiła, że jest w porządku. Często chorowałam i wtedy babcia zajmowała się mną tak, jakbym to ja była obłożnie chora, a nie ona. Trzydzieści osiem stopni gorączki i zapalenie gardła czy oskrzeli u wnusi było zawsze ważniejsze niż jakiś tam nowotwór. Pozwalała mi spać w swoim łóżku, na co zawsze narzekał dziadek. Nie miałam pojęcia, dlaczego ;)

Tak naprawdę nie powinna była się narażać - choroba układu oddechowego mogłaby się dla niej skończyć tragicznie. Ale nigdy się nie skończyła. Nigdy nie udało mi się zarazić babci. Podawała mi lekarstwa, przygotowywała posiłki, wodę z miodem i z cytryną, sok z malin.

Jeden sylwester spędziłyśmy razem. Ja, z wysoką gorączką, niezdolna oglądać fajerwerki o północy - nacieszyłam się nimi może z minutę, bo od wyjścia z łóżka natychmiast dostawałam dreszczy. Babcia - w remisji, czyli potocznie, jak to się u nas mówiło "zdrowa", przygotowująca mi butelki z ciepłą wodą, owijająca je ręcznikami, żeby ogrzać mi nogi.

Kiedy myślę o tym dzisiaj, to odwrócenie ról mogło być dla niej zbawienne. Musiała być silna, więc była silna. Przeżyła 8 lat z cieżką odmianą raka.

A ja cały czas się bałam, że zachoruję. Mimo że byłam dzieckiem, miewałam momenty, gdy czułam się pogodzona ze światem i gotowa na śmierć. Może to brzmieć śmiesznie lub strasznie, ale to także moja głęboka wiara przekonywała mnie do tego, że hasło memento mori stanowi ważną część życia. Teraz twierdzę tak samo, ale nie powiedziałabym, że jestem gotowa na śmierć. Bardziej niż kiedykolwiek chcę żyć. Mam plany i aspiracje, jestem w takim momencie życia, że boję się raka i śmierci bardziej niż bym chciała.

Fear of the dark, fear of the dark
I have a constant fear that something's always near