środa, 24 sierpnia 2016

Jak umierają rozgwiazdy



Będąc małą dziewczynką, uwielbiałam chodzić po plażach w Norwegii i wyszukiwać wyjątkowe rzeczy, które morze wyrzuciło na swój brzeg. Bez trudu znajdywałam różnego rodzaju muszle, a także zasuszone kraby. Ale trudno mi było znaleźć rozgwiazdę, a jeśli już jakąś widziałam, była żywa, przyklejona wszystkimi pięcioma ramionami do kamienia, kilkanaście centymetrów pod wodą, o wiele piękniejsza niż te, które czasem zdarzało mi się znajdywać na brzegu.

Te, które miałam w swojej kolekcji, opowiadały swoją formą zupełnie inne historie niż rozgwiazdy ze sklepu, z dumnie wyprostowanymi ramionami, wybielone chemicznie bądź pomalowane na absurdalny, czerwony kolor.

Miały pozwijane ramiona, jakby walczyły z żywiołem, kiedy fale wyrzucały je na brzeg. Nawet jeśli znajdowałam nie całkiem wyschnięte, nie mogłam wyprostować ich zesztywniałych ciałek. Wyglądały trochę smutno, może tajemniczo, ale były prawdziwe. Suszyłam je więc mimo wszystko i zabierałam na pamiątkę. Zobaczyłam kiedyś rozgwiazdy zbierane przez inną dziewczynkę były ładne, proste i bardzo duże. Zapytałam ją, jak to robi.

Powiedziała, że suszy takie wyłowione z wody żywcem. Pomyślałam, że to trochę okrutne, ale warte spróbowania, w końcu nieraz rozbijałam omułki, żeby patrzeć jak pożywiają się nimi kraby, więc nie byłam jakoś nadmiernie wrażliwa na śmierć małych stworzonek.

Wyłowiłam rozgwiazdę i zabrałam ją ze sobą do letniego domu. Położyłam na stole na tarasie, w pełnym słońcu. Ku mojemu zdziwieniu, mimo że od powrotu z plaży minęło kilka godzin, stworzonko jeszcze żyło. Zaczęło zwijać swoje ramiona do wewnątrz, aby utrzymać szybko uciekającą z niego wilgoć. Zrobiło mi się smutno, ale rozprostowałam jej ramiona, żeby uzyskać oczekiwany efekt.

I wtedy ona zrobiła to znów. I znów. Obojętnie ile razy próbowałam rozłożyć jej ramiona, ona ciągle walczyła. W końcu wyschła, ale nie była idealnie prosta, bo nie miałam ani cierpliwości, ani serca, żeby ją męczyć.

Nigdy więcej nie próbowałam suszyć żywych rozgwiazd. Możecie się ze mną zgodzić, albo nie - według mnie, jeśli zabijasz coś, żeby się pożywić - jest to uzasadnione. Ale jeśli zabijasz coś wyłącznie po to, żeby postawić to w domu jako dekorację - jest to brak szacunku do życia.

PS. Ciężko winić małe dziewczynki, że nie do końca świadomie decydują o życiu rozgwiazd. Warto jednak, by dorośli pamiętali, że dorodnie wyglądające okazy mieszkańców mórz zwykle są poławiane i zabijane tylko po to, żeby cieszyły nasze oko. Nie kupujcie w sklepach takich pamiątek. Zebranie z plaży przynosi o wiele więcej radości niż zakup, a ponadto jest etyczne i (jeśli zbieramy na małą skalę) nieszkodliwe dla środowiska.