piątek, 28 października 2016

Bóg nie umarł - a szkoda, współczuję mu

Bóg nie umarł, niestety. Trochę mi go szkoda - musi patrzeć na to, jak ludzie krzywdzą innych ludzi w jego imię. Na przykład beznadziejną filmową propagandą.


W 2014 roku reżyser Harold Cronk popełnił jedno wielkie faux pas. Nie wiem, jak zdobył granty, kto mu to sfinansował, ale udało mu się wypuścić na rynek gniot o nazwie "Bóg nie umarł". Dlaczego zaczynam tak ostro?

Postanowiłam obejrzeć dzieło Cronka, ponieważ jestem z tych wierzących poszukujących, w wierze utwierdzać się lubiących. Ale jeśli ktoś próbuje wciskać mi do uszu i oczu brednie, reaguję alergią. Nie wysypką, ale przekleństwami, słowotokiem i zarzekaniem się, że przez najbliższy czas nie zafunduję sobie podobnej rozrywki (nie obejrzę podobnego filmu, nie pójdę do kościoła, nie przeczytam danej gazety, nie będę z kimś rozmawiać - i tak dalej).

Film jest bardzo tendencyjny - wszyscy chrześcijanie to osoby prawe, gotowe walczyć o swoje przekonania do ostatniej kropli krwi. Główny bohater (Josh) w obronie wiary ryzykuje wyrzucenie ze studiów, zostawia go zirytowana tym faktem dziewczyna; muzułmankę słuchającą Biblii na iPodzie bije po twarzy i wyrzuca z domu jej ojciec; jedna kobieta zostawia swojego wybranka (profesora Jeffrey'a Radissona), ponieważ ten jest ateistą i oczywiście okazuje się być zły do szpiku kości (spoiler - w ostatnich minutach filmu nawraca się tuż przed śmiercią!) Nawiasem mówiąc, brat wspomnianej kobiety też jest złym ateistą (i biznesmenem). Rzuca swoją dziewczynę, gdy dowiaduje się, że ma ona raka. Mówi jej, że popsuła tym wyznaniem kolację (xD). Dziewczyna prowadzi bloga "nowa lewica", gdzie głównie ośmiesza chrześcijan. Oczywiście po rozstaniu ze złym ateistą nawraca się, robiąc wywiad z muzykami grającymi chrześcijańskiego rocka (pojawiają się oni w ostatnich scenach filmu).

Warto wspomnieć o tym, wokół jakiego wątku kręci się cała fabuła filmu. Są to zajęcia filozofii prowadzone przez już wspomnianego profesora Radissona. Na początku pierwszych zajęć prosi on wszystkich studentów o napisanie na kartkach "Bóg umarł" i złożenie podpisu. Co prawda dodaje tej chwili dramatyzmu i obnosi się ze swoją władzą jako wykładowcy, ale (NA RANY CHRYSTUSA) napinającemu się niepotrzebnie Joshowi tłumaczy, że to tylko na potrzeby zajęć. Przecież trzeba przyjąć jakieś założenia, żeby móc prowadzić zajęcia z etyki czy filozofii. Na tego typu lekcjach podważa się wiele rzeczy, dlatego potrzeba jakichś niepodważalnych tez, na których się oprze, przynajmniej na początku. W Joshu budzi się jednak duch cierpiętnika i rozpoczyna krucjatę przeciwko wykładowcy. Nie zgadza się napisać na karteczce, że Bóg umarł i zawiera z Jeffrey'em umowę - musi przekonać profesora, że Bóg istnieje. Dla równowagi (trudno wygrać z zatwardziałym ateistą) oceniać jego pracę będzie grupa. Josh dramatycznie zakłada, że żadna z osób w grupie nigdy nie była w kościele, co moim zdaniem jest równie prawdopodobne, jak to, że na sali siedział jakiś kosmita, no ale niech już będzie.

W międzyczasie Josha rzuca jego godna pożałowania blond dziewczyna, która uważa, że krucjata chłopaka jest niepotrzebna i może narobić mu problemów. Mówi, że jej sprawy to jego sprawy i jego sprawy to jej sprawy, no i że przecież ON JEST STUDENTEM PRAWA. Blond dziewczyna pyta, czy ważniejszy jest profesor Jeffrey, czy ona. Josh odpowiada, że Jezus i to jest właściwie koniec tego związku. Może i dobrze, bo i tak by się nie dogadali - ona nie potrafi uszanować wolności drugiego człowieka, a on spina się o byle gówno.

Zyskuje jednak przyjaciela - nieśmiałego Chińczyka, który twierdzi, że krucjata Josha zmieniła jego życie. (Oczywiście Josh wygrywa swoją krucjatę, bo w tym filmie chrześcijanie to dobro, które zawsze wygrywa.) PS. Nieśmiały Chińczyk ma tatę-ateistę, złego biznesmena (wiadomo).

Jedziemy dalej.

Muzułmanka Mina pakuje głowę w chustę na pokaz każdego dnia, bo jej "baba" (czyli tata) jest radykalnym muzułmaninem. Przypominam, że tytuł filmu to "Bóg nie umarł", a nie "Jezus żyje" - ale to najwyraźniej nie ma znaczenia. Baba jest skrajnie złą postacią, autorytarnym ojcem, który pod przykrywką miłości wyrządza córce krzywdę. Brat Miny jest bezmyślnym, małym smarkiem, który wbija jej do pokoju bez ostrzeżenia, spogląda ciekawie na to, czego siostra słucha na iPodzie, po czym wyrywa go jej i ucieka. Następuje szarpanina i Mina odzyskuje swój odtwarzacz, po czym błaga braciszka o niewyjawianie babie sekretu - słuchała sobie Biblii. Potem Mina dostaje w ryj i ojciec wyrzuca ją na ulicę.

No ekstra. W filmie o Bogu nie ma miejsca na ekumenizm? Promuje się pogląd, że inna wiara to zła wiara, a każdy kto chce zmienić wyznanie, musi cierpieć? Powinno być ostrzeżenie na samym początku - że to film wyłącznie dla chrześcijan. W dodatku takich o zamkniętym umyśle i radykalnych.

Co tam jeszcze się działo...?
Aha, dwóch pastorów chce się wybrać na wakacje do Disneylandu, ale nie działa im samochód. Zamawiają zastępczy, ale też nie działa. I potem dostają jeszcze jeden, ale też nie odpala. W międzyczasie pomagają typkom, którzy bez ich pomocy zalaliby się łzami i utonęli w oceanie własnych chrześcijańskich łez - vide Josh, Mina. Na koniec jeden z pastorów wpada na zajebisty pomysł - uwierzmy, że samochód zapali. Wkładają bagaże do bagażnika, siadają do środka i ten genialny mówi; "Boże spraw, by ten samochód zapalił!". Drugi trochę wątpi: "Myślisz, że to wystarczy, żeby zadziałało?" Na co ten pierwszy: "A znasz lepszą modlitwę na to, żeby samochód odpalił?"

Hihi, haha. Śmieszkom nie było końca.
No ale serio, to zadziałało i w końcu pojechali.

Kulminacyjna scena - masa ludzi idzie na koncert w czymś, co chyba ma być kościołem, ale wygląda jak centrum handlowe (dobry trik). Pastorzy przejeżdżają obok i tak jakoś szczęśliwie się zdarza, że są świadkami wypadku - Jeffrey'a potrąca samochód. Ma połamane żebra, ale jest nadzwyczaj gadatliwy. Nawraca się w kilka sekund, bo ma zaraz umrzeć. W tym czasie Mina, Josh, Chińczyk, Blogerka Chora Na Raka, Religijna Dziewczyna i Wszyscy Inni Dobrzy Chrześcijanie robią Wielkie Chrześcijańskie Pogo.

To chyba pierwsza fajna scena - z niezłą muzyką i niesamowitym klimatem wielkiego koncertu.
Niestety, to też ostatnia fajna scena, bo na tym gniot się kończy.
Czego się dowiedzieliśmy?

Ateiści są nie tylko źli, ale złośliwi (szczególnie wobec chrześcijan).
Ateiści robią kariery jako Ludzie W Garniturach Na Wysokich Stanowiskach. (Wspominałam już, że są źli?)
Każda sytuacja jest dobra, żeby poprzesadzać i zrobić z siebie męczennika. Jezus to uwielbia!
Wierzący wszystko traktują zbyt serio i nie potrafią sobie wyobrazić sytuacji, gdzie milczą dla własnego dobra.
Muzułmanie to nie są wierzący, są źli i w ogóle są tacy sami jak ateiści (albo gorsi).
Jeśli jesteś złym ateistą, to Bozia może cię ukarać. Albo nie, bo w jednej scenie staruszka chora na demencję, w chwili oświecenia peroruje, że czasem Bóg pozwala ateistom przeżyć życie beztrosko.
Nie istnieją agnostycy, wątpiący, nie istnieją wierzący niepraktykujący. Istnieją turbochrześcijanie i ateiści (z reguły bezmózdzy, no i źli - mówiłam już o tym?)

Hej, świat nie jest czarno-biały. Wyznawcy innych religii nie są źli. Nie wszyscy, którzy nie chodzą do kościoła to ateiści. Nie wszyscy ateiści to, przepraszam, kutasy. Filmu nie rekomenduję nikomu. Przemówiłby do mnie, gdybym miała 7-12 lat, ale nie polecam karmić czymś podobnym swoich dzieci.