środa, 19 października 2016

Nauka sprowadzania do wspólnego mianownika



Mam 6 lat. Jestem jednym z najbystrzejszych dzieci w pierwszej klasie. Szybko to zauważam, nikt nie musi mi tego mówić, po prostu moja ręka ciągle jest w górze i znam odpowiedzi na większość pytań.

Słyszę pochwały, tak, ale słyszę też "daj szansę innym", "nie wolno uzupełniać ćwiczeń do przodu".
Na świadectwie przez trzy lata same dobre słowa, wygrane konkursy i dwa zadania "Julia ma problem z organizacją miejsca pracy i panowaniem nad swoimi emocjami." Bo notorycznie robię bałagan na ławce i nie panuję nad emocjami. Shit happens.



Mam 10 lat. W końcu można robić dużo więcej. Zadania są bardziej rozbudowane, w czwartej klasie coraz więcej pracujemy samodzielnie. Można mieć świadectwo z paskiem. Dostaję je. Podstawówka upływa w miłej atmosferze, ale pod koniec słyszę od mniej bystrej koleżanki:

"Julka, masz same dobre oceny, to znaczy, że jesteś kujonem"
"Ale ja nie siedzę przy książkach"
"No ale tak się mówi - kujon"

Uśmiecha się tym uśmiechem, który przyciąga chłopaków, już teraz, gdy mamy niespełna 12 lat. Inny kolega przezywa mnie "pinglarz", bo zaczynam nosić okulary. Zabawy z HTMLem, własny latptop i czytanie książek do późna przynoszą pierwsze żniwa.

Mam 13 lat. W gimnazjum nauczyciele zachęcają do tego, żeby robić więcej, ale rówieśnicy ciągną w dół. Na tapecie nie jest nauka, ale picie i palenie. No i pierwsze pocałunki oczywiście. To wszystko uderza mi do głowy. Twardo się trzymam - nie interesuję się używkami (poza czytaniem historii o nastoletnich alkoholikach oraz narkomanach z wypiekami na twarzy), ale tęsknię za miłością. Nauka schodzi na dalszy plan. Chociaż mam dobre oceny, nie ma we mnie już tej dziecięcej ciekawości.

I w końcu 16 lat i liceum - nareszcie ktoś poza mną podziela motywację, że warto się uczyć choćby dla studiów i dobrej pracy. Ciśniemy. Może nie wszyscy i nie cały czas, ale na pewno nikt na mnie nie patrzy jak na ufoludka.

Mam 23 lata. Mam dobrą pracę. Znaczy się, może nie do końca, pracuję w korporacji. Wiem, że ludzie patrzą mi przez ramię, mogą się przyczepić do tego, jakie odwiedzam strony. To czy robię to, co muszę, ma mniejsze znaczenie. Ważniejsze jest to, żebym przypadkiem nie bawiła się zbyt dobrze! Siedzę po środku open space'u. Muszę robić to co muszę. Kiedy się nudzę, nie mam prawa niczym tej nudy zabić. Zaczynam z przytupem, wszyscy są ze mnie zadowoleni. A później moja wydajność rzekomo spada, ale nie dostaję żadnych dokładnych wyjaśnień, jedynie to, że robię coś trochę za wolno, ale o ile minut czy sekund to już nie wiem, nigdy nie widziałam danych na papierze, ani monitorze, mam po prostu przestać zaglądać na strony niezwiązane z pracą.

Tylko że moja praca jest taka, że jest w niej dużo przestojów. Nudy. Inne laski chodzą na kawę i chichoczą, a ja bym chciała w tym czasie coś poczytać. Albo posłuchać radia. Nawet wejść na pieprzonego fejsbuka, który tak wszystkim przeszkadza. I chyba to wszystkich boli. Każdy to robi - a jak nie to, co coś innego - wychodzi na papieroska, pije trzecią lub piątą kawusię, ale wszystkich to boli, że ta głupia Julia włazi sobie na te stronki, co ona sobie myśli, jak ona może. Zawsze to robiłam. W szkole pod ławką (tak, kurna! i byłam wzorową uczennicą), w domu, ucząc się, pracując, opracowując jakiś projekt. Przerwy dla higieny umysłu. Robienie kilku rzeczy jednocześnie. Było mi z tym dobrze. Ale w końcu ktoś kategorycznie mi tego zabronił. Zabrano mi za to premię. Oceniono moją pracę jako "poniżej oczekiwań". Bo tak. Because fuck you, Julia, die in hell. Po prostu przestań, bo nam się to nie podoba.

Zabija się moją chęć do życia. Czuję się nie lepiej, niż w pierwszej czy drugiej klasie, kiedy nie pozwalano mi oderwać głowy od rzeczy wysoce przyziemnych. Bo inne dzieci by to wytrąciło z równowagi. Bo one by też zaczęły "nie uważać na lekcji". Chociaż ja uważałam, mimo tego, że robiłam coś swojego.

Nie czuję się lepiej. Czuję się dużo gorzej. Patrzy się na mnie przez pryzmat tabelek, nikt nie widzi człowieka. Który może kiedyś był chętny do pracy. A teraz jest chętny do ucieczki. Zwiększenia puli urlopu na żądanie. Pomocy psychologa lub psychiatry, która nie jest uwzględniona w szerokim pakiecie korporacyjnego ubezpieczenia. Jak to możliwe? Po telefonie na infolinię po prostu się rozpłakałam.

Dziecko nie robi czegoś na 100%? Na pewno dlatego, że (na przykład) bazgroli.
Pracownik nie stara się z całych sił? To musi być dlatego, że (dajmy na to) słucha piosenek z youtube.

A może po prostu nie każdy codziennie daje z siebie wszystko? Przecież jesteśmy tylko ludźmi... A może ja mam inną definicję bycia człowiekiem, niż ludzie, których spotykam i którzy stoją nade mną z kijem.

I jeśli tak ma być całe życie to... jak żyć?