poniedziałek, 3 lipca 2017

7 rzeczy, które ludzie wiedzą o mojej ciąży, ale ja nic o nich nie wiem



Niektórzy się zastanawiają - jak rozmawiać z kobietą w ciąży? Kobieta w ciąży nie jest kosmitą, można z nią rozmawiać normalnie. Ale jeśli masz w głowie jakieś "interesujące" stereotypy, zacznij lepiej zdanie od "czy to prawda...", "czy sądzisz, że..." zamiast wygłaszać opinie. Bo cokolwiek ci się wydaje na temat twojej koleżanki w ciąży, możesz się po prostu mylić. Każda kobieta jest inna, każda ciąża jest inna. Jedne kobiety sobie radzą lepiej z takimi samymi objawami, inne gorzej.

Dodam jeszcze, że oczywiście miło mi, kiedy ktoś pyta, jak się czuję. Ale jeśli zaczynam rozmowę na inny temat, a mój rozmówca nagle ma w oczach różowe jednorożce i pyta z braku laku, jak tam moje dzidzi (nie kończąc poprzedniego wątku), to zastanawiam się, czy moje hormony działają mocniej na niego niż na mnie. Jestem w ciąży, ale nie jestem ciążą, okej?

Przez dziewięć miesięcy uzbierało się trochę kwiatków. Większość z nich zasłyszałam kilka razy, dlatego zapadły mi w pamięć. Nie będzie jakoś specjalnie miło, bo mnie te sytuacje nie śmieszyły i czułam się mniej lub bardziej urażona słysząc takie pierdoły. (WIĘC MOŻE JEDNAK PUNKT TRZECI TO PRAWDA?! Sądzę, że nie. Reagowałam zawsze spokojnie. Ale jestem z tych, co wymyślają doskonałe riposty post factum, więc daję temu upust dzisiaj.)

1. "Te leki są bezpieczne w ciąży... o ile jest pani w ciąży".
Na początku ciąży przyszłam do lekarza, nie miałam jeszcze zrobionego pierwszego USG i założonej karty ciąży, ale test apteczny wyszedł pozytywny i zatrzymała mi się miesiączka. Byłam chora - kaszląca i smarkająca, a lekarz na odchodne poczęstował mnie powyższym komentarzem. Dzięki, tego mi było trzeba.

2. "Smakuje ci ogórek z nutellą? Hehehe. A co innego dziwnego jesz?"
Nie, nie smakuje. Jem normalnie. To, że kobiety w ciąży mają ochotę na dziwne rzeczy może i jest prawdą, ale nie w wypadku ich wszystkich. Słyszałam to pytanie z tysiąc razy i za każdym miałam ochotę strzelić pytającego w głupią roześmianą mordę. Wzdychałam tylko i mówiłam, że jem normalnie, a niedowierzająca morda powoli zmieniała wyraz na trochę mądrzejszy.

3. "Masz wahania nastroju."
Nie bardziej niż wcześniej. Powiedziałabym nawet, że się uspokoiłam i w ogóle nie odczułam wpływu hormonów na mój nastrój. To, że tak piszą w książkach, a nawet że wszystkie koleżanki tak miały, to nie znaczy, że każda ciężarna jest niestabilna psychicznie.

4. "Będzie pani tyła do samego porodu"
... powiedziała pani dietetyk na szkole rodzenia. Swoją drogą, już nie chodzę na szkołę rodzenia, bo po 2 spotkaniach stwierdziłam, że 95% przekazywanej tam wiedzy miałam wcześniej i zapewne jestem w stanie wszystkie informacje pozyskać z internetu oraz książek.

Pani dietetyk w szkole rodzenia plątała się w zeznaniach. Mówiła, że nie jest dobrze jeść za dużo owoców, ale oczywiście potwierdziła, że lepsze to, niż czekolada. Coś marudziła, że od owoców można przytyć i lepiej jeść warzywa. Ale też mówiła, że nic na siłę. Albo twierdziła, że warzywa i owoce z marketów to pryskane zło na sterydach, ale przyznała mi, że pani Grażynka w sklepie osiedlowym może mieć tego samego dostawcę (umówmy się, nie hoduje bananów i batatów na swojej działce w Wygwizdowie Górnym). No to pytam, czy myć warzywa i owoce sodą oczyszczoną, a dietetyk prawie się śmieje, mówiąc, że nie należy popadać w paranoję.

PS. Na razie przestałam tyć, jestem w 36 tygodniu i przybrałam 10-11kg (waga mi się odrobinę waha). Moja waga stoi w miejscu od prawie czterech tygodni. Nawet jeśli przybiorę, to już niewiele, a uśmiech pani dietetyk sugerował coś odwrotnego. Skrajną otyłość od pierniczonych nektarynek.

5. "A ma pani bliźniaki? Bo moja kuzynka..."
Miałam normalny brzuch, dwudziesty któryś tydzień ciąży, a koło windy na uczelni napadł na mnie egzaltowany student historii (w garniturze). Mówił, że żałuje, że nie jest księdzem, bo by mi pobłogosławił. Zaczął mamrotać słowa błogosławieństwa po łacinie. Nie dawał się uspokoić koleżankom. Zadawał głupie pytania, typu - jak to jest mieć taki brzuch, bo jego wujek jest gruby i mu niewygodnie; czy mam bliźniaki, bo jego kuzynka miała taki brzuch i miała bliźniaki... Nie chciał mi mówić na ty, bo stwierdził, że nie potrafi tak do kobiety w stanie błogosławionym. A mogłam iść schodami. Bo wbrew pozorom, mimo że wyglądam, jakby mi ktoś doczepił do brzucha dużą kulę do kręgli, po schodach chodzę bez problemu nawet w 9 miesiącu. Przeskakując po dwa schodki, w te lepsze dni oczywiście.

W każdym razie namolny student jeszcze na sam koniec zrobił mi siarę przed swoim rokiem i oznajmił wszystkim siedzącym pod salą (lazł za mną), w którym tygodniu ciąży jestem. Żałuję, że nie powiedziałam mu, że jesteśmy na kampusie, a nie w ZOO typu safari i że nawet żyrafa obraziłaby się o tyle głupich komentarzy.

6. "Jesteś w ciąży, więc możesz [wpie#dalać tyle słodkiego ile dusza zapragnie]"
Nie, nie mogę. Bo to wszystko trafia do dziecka. Z drugiej strony tak samo nie podobał mi się odruch znajomego, kiedy nie chciał mi podać soli. Z ciążą jest tak (prosta kalkulacja): je się najzdrowiej, jak na to pozwala budżet, czas i chęci. Jeśli przyciska głód, albo mdłości nie pozwalają myśleć, lepiej zjeść frytki, niż zemdleć. Jeśli ma się ochotę zjeść pizzę, to nie urodzi się od tego upośledzonego dziecka. Nawet jak się zje 10 pizz w ciągu całej ciąży. Ale jeśli ciężarna odmawia ci ciastka, to jej kurde nie wciskaj, że może, bo chuda, bo za dwoje, bo inne g#wno. Pozwól ciężarnej decydować, bo jeśli wciskasz coś jej, wciskasz to też jej dziecku.

7. "Na pewno masz straszne gazy."
A coś czujesz? No właśnie. To zależy od tego co się je. Organizm jest bardziej czuły, ale naprawdę da się uniknąć zmieniania każdego pomieszczenia w komorę gazową. A nawet jeśli nie, to znowu - to kwestia, że tak powiem, osobnicza.

8. ULTIMATE BONUS: "Niedługo nie będziesz miała czasu/już nie będzie tak fajnie. Relaksuj się póki możesz. WYŚPIJ SIĘ."
Moja odpowiedź: chyba ty. Czas na to, co jest ważne, znajdzie się zawsze. Kwestia priorytetów. Więc już nie mów mi, jak to strasznie będzie. Może i nie będę zawsze wyspana, ale nie da się przez pół roku spać, żeby wyspać się na zapas. Jak chcesz to spróbuj. Mi się nie chce.

W kolejnym odcinku - co mnie zaskoczyło na plus w zachowaniu otoczenia. Żeby nie było, że jestem taką negatywnie nastawioną zołzą ;)

środa, 28 czerwca 2017

Architektura informacji - czym jest, gdzie i po co to studiować?



Ten niezręczny moment, kiedy ktoś mnie pyta "co studiujesz?"... a ja zastanawiam się, czy odpowiedzieć "architekturę informacji" i się tłumaczyć, czy też powiedzieć "taką jakby informatykę" albo "studia związane z branżą informatyczną". A może po prostu zażartować, że "studiuję internety"?

Moim marzeniem jest, żeby ludzie nie patrzyli na mnie z głową przekręconą na bok jak sowa i nie zastanawiali się, co mi u licha odbiło. I poniższy artykuł będzie krokiem w tym kierunku. Przynajmniej w rozmowach online będę miała możliwość go podesłać, zamiast streszczać się w kilku słowach i zastanawiać za każdym razem od początku, jak opisać kierunek, którego szukałam przez kilka lat i w końcu pojawił się znikąd na moim facebookowym wallu (a właściwie to nie znikąd, o czym również się uczymy na studiach, na przedmiocie dotyczącym wyszukiwania informacji - algorytmy fejsa zrozumiały, że szukam studiów związanych z IT i wyrzuciły mi odpowiednią reklamę).

Poniższe nagłówki to popularne oskarżenia wobec architektury informacji. No to... bronimy się!

Architektura informacji - czyli coś z architekturą?
Tak, ale nic z budynkami. Słowem-kluczem jest tutaj bardziej "informacja". Wszyscy chyba mieli w szkole przedmiot "technologia informacyjna", a samo słowo "informatyka" również ma związek z informacją. Bo w informatyce chodzi w zasadzie o przetwarzanie informacji przez komputery. A że komputeryzacja postępuje, z urządzeń elektronicznych, najczęściej z dostępem do internetu korzysta coraz więcej osób. Potrzebne są dla nich odpowiednie interfejsy użytkownika, grafiki, opisy, dobrze zaprojektowane strony i kryjące się za nimi bazy danych. Dobrze jest, kiedy wyszukiwarka na stronie lub w aplikacji działa bez zarzutu, bo inaczej irytuje. I takie rzeczy właśnie może ogarniać architekt informacji. Musi być humanistą, ale nie w sensie, że być durniem i nie znać się na matmie. Musi być humanistą w dawnym rozumieniu tego słowa, bo jego specjalizacja ociera się o wiele dziedzin - sztuki wizualne, dziennikarstwo, języki obce, no i oczywiście informatykę.

Ten kierunek brzmi jak jakiś wymyślny bajer.
No cóż, powiem tak, jako niedoszła absolwentka Wyższej Szkoły Informatyki i Umiejętności (w skrócie WSIU, nie pytajcie) na kierunku artystyczna grafika komputerowa, mogę zapewnić, że ciocia Wikipedia jest raczej bezradna, kiedy pytacie jej o co z tym chodzi.

I tak, jestem trochę "be" i robię antyreklamę, ale to uczelnia, której oddział w Bydgoszczy posypał się z kretesem i naprawdę nie polecam studiowania tam, chyba że ktoś lubi zabawę w kotka i myszkę, czyli odchodzących bez uprzedzenia wykładowców, wiecznie skracane zajęcia, przesadny luz, wysokie opłaty i problem z zakupem oprogramowania przez uczelnię.

Natomiast architektura informacji wykładana jest na publicznych, renomowanych uniwersytetach (UMK w Toruniu, UMCS w Lublinie, UP w Krakowie) i ma swoje hasło w Wikipedii, nie jest więc dziedziną wymyśloną na potrzeby marketingowe czy kolejnym wabikiem na naiwnych maturzystów. Od tego roku architektura informacji pojawiła się również na WSB w formie specjalizacji.

PS. Ładny opis kierunku znajduje się na stronie otouczelnie.pl.

A po tym jest jakaś praca?
Tak, oczywiście. A zresztą nie wypada pytać kogoś, kto doszkala się dla własnej satysfakcji i ma całkiem przyzwoicie wyglądające CV. Czy ja mogę się mylić?! Nie no, pewnie, mogę, ale tym razem jestem przekonana, że się nie pomyliłam.

To dziedzina, która intensywnie się rozwija. Na informatyce niekoniecznie nauczysz się robić strony internetowe i prowadzić media społecznościowe. A jeśli to właśnie takie rzeczy cię kręcą, to dlaczego masz się wybierać na studia związane z programowaniem, sieciami, czy nawet grafiką? Potrzeba ci czegoś pomiędzy, elastyczności. Myślałam, że jest to możliwe tylko na podyplomówce, ale nie. Można od razu zacząć konkretnie, bez rozmieniania się na drobne i płakania nad całkami. I warto, bo po co się męczyć, jak można iść prosto do celu? A teraz do rzeczy, lista wybranych zawodów:

  • UX/UI designer
  • infobroker
  • pracownik instytucji kulturalnej
  • pracownik działu IT
  • pracownik agencji kreatywnej/reklamowej
  • projektant i administrator stron internetowych
  • specjalista ds. promocji i marketingu
  • specjalista ds. social media
  • bloger (bo to już powoli zawód - tak się śmiejemy z naszego kierunku, że to studia dla blogerów :D)
Tyle na dzisiaj. Zapraszam na architekturę informacji na UMK (albo inny z wyżej wymienionych uniwersytetów, jeśli wolisz), trwa rekrutacja!

W następnym poście związanym ze studiami opiszę wrażenia ze studiowania na pierwszym roku - będzie coś o każdym z przedmiotów, kilka słów o organizacji na uczelni, ogólne przemyślenia, wrażenia estetyczne związane ze spacerami po kampusie. :)

poniedziałek, 26 czerwca 2017

7 powodów, dla których warto iść najpierw do pracy, a potem na studia



Mam przyjemność kończyć właśnie pierwszy rok kierunku architektura informacji. Są to moje czwarte studia i pierwsze, z których jestem na tyle zadowolona, że mam ochotę je ukończyć. Moje przygody ze studiowaniem stały się tak sławne wśród rodziny i znajomych, że funkcjonowały już jako swego rodzaju memy. Moim ulubionym podsumowaniem było stwierdzenie kolegi z pracy (jeszcze za moich panieńskich czasów, czyli całkiem niedawno) "Ty, Wiśniewska, nigdy nie skończysz pierwszego roku". A właśnie za chwilę niemożliwe stanie się możliwe! :D

Ale do rzeczy. Jeśli ktoś tak wybredny jak ja (trzeba wiedzieć, że przerywałam studia, bo jestem wybredna, a na pewno nie tępa) w końcu decyduje, że jakiś kierunek jest warty świeczki, to musi być niezły, prawda?

Moim problemem było to, że znalazłam pracę po liceum i chociaż nie była to moja wymarzona praca, to jednak spodobał mi się sektor (IT). Myślałam tak: jeśli mam iść na studia, to muszą mi coś dać, pomóc przyswoić wiedzę, pomóc w karierze. I w końcu, metodą prób i błędów trafiłam na architekturę informacji, która będzie bohaterką kolejnego postu. Dzisiaj jednak skupię się na ogólnych plusach pójścia do pracy przed studiami.

Jest to podejście u nas w Polsce ciągle niepopularne, rok przerwy często uważa się za niepotrzebną fanaberię. Ja miałam kilka lat przerwy i bardzo się z tego cieszę. Odnalazłam się. Może Tobie też to pomoże? A może zdecydujesz się przynajmniej na weekendową lub wakacyjną pracę? Sprawdź, dlaczego warto.

1. Weryfikujesz swoje przekonania o rynku pracy.
Może się okazać, że branża, w której chcesz pracować w ogóle nie wymaga wykształcenia wyższego, a ty masz już odpowiednią wiedzę, by zacząć. Super! W takim wypadku możesz zacząć od razu. Nawet jeśli wydaje ci się, że nie zostaniesz przyjęty do jakiejś pracy, warto drążyć temat, wysyłać CV, chodzić na targi pracy i rozmawiać z pracodawcami. Zmotywowany pracownik z pasją to osoba, której szukają rekruterzy.

Przy poszukiwaniach pierwszej pracy zignorowałam poważne portale, takie jak pracuj.pl czy praca.pl, przeglądając jedynie OLX czy Gumtree. To był błąd! Będąc ambitnym absolwentem szkoły średniej jak najbardziej zasługujesz na normalną, fajną pracę. Nie bój się jej szukać tam, gdzie na ciebie czeka.

Może się też okazać, że twoja wymarzona praca jest poza zasięgiem możliwości. Wtedy podejmujesz się czegoś tymczasowo, a na temat docelowego stanowiska robisz research. Oto pytania, które warto sobie zadać:
  • Czy potrzeba studiów czy kursu?
  • Może jesteś na tyle bystry, że przyswoisz te informacje samemu?
  • Jakie książki warto przeczytać?
  • Czy istnieją miejsca, gdzie dostaniesz tę wiedzę za darmo?
Może się też okazać, że twój super biznes plan jest gówno warty i musisz zacząć myśleć od nowa. To też świetne doświadczenie - lepiej przekonać się o tym wcześniej, niż później.

2. Zaczynasz rozumieć, w jakim systemie lubisz się uczyć.
Mi osobiście brakowało nauki, atmosfery szkoły, siedzenia w ławkach, nauczyciela, który daje piąteczkę i klepie mnie po ramieniu. Brakowało mi kogoś, kto powie, że jestem mądra, tylko dlatego, że napisałam jakiś sprawdzian albo zrobiłam prezentację. Tak, jest w tym trochę narcyzmu i tendencji do rywalizacji. Ale jeśli takie potrzeby zaspokaja się w zdrowy sposób i dostaje się za to na koniec świadectwo czy dyplom, to dlaczego sobie nie pofolgować?

Są osoby, które zakończenie nauki potraktują jak zbawienie i nie będą chciały już wracać w szkolne czy uniwersyteckie mury. Przez jakiś czas sądziłam, że do nich należę, ale nostalgia była zbyt silna. Poza tym, nawet mając w zanadrzu mnóstwo darmowych materiałów do nauki online, nie czułam motywacji. Nauka dla samej nauki wydawała mi się monotonna i bez sensu. Nawet z tak wspaniałym narzędziem jak KhanAcademy... Potrzebowałam jakiegoś celu, marchewki przed sobą. I studia mi to dają.

3. Nabierasz wewnętrznej siły i nie boisz się życia po studiach.
Nastolatki i studenci często snują czarne do znudzenia (lub różowe do porzygu) wizje przyszłości. Jest to zrozumiałe, ponieważ rzeczywistość naszych rodziców to już nie nasza rzeczywistość. Nikt nie jest w stanie nas skutecznie przygotować na to, co nadchodzi i sami nie jesteśmy tego pewni. Odnalezienie się w życiu i na rynku pracy napawa strachem. Im wcześniej podejmie się próbę wyfrunięcia z rodzinnego gniazda, tym szybciej pewne obawy miną. A te, które okażą się prawdziwe, będzie łatwiej pokonać. Po prostu - metodą prób i błędów nauczysz się życia.

4. Stajesz się bardziej zorganizowany.
Spóźnić się do pracy to nie to samo co spóźnić się do szkoły. Nie można poratować się usprawiedliwieniem od mamy, a wagarowanie nie skończy się uwagą, a poważnymi problemami ze strony szefa. Praca to nowa rzeczywistość, która tylko w pewnym stopniu przypomina szkołę. Uczy mobilizacji i odpowiedzialności w zupełnie nowy sposób.

5. Twoja wizja rzeczywistości jest coraz mocniej oparta na dowodach.
To z czym wychodzisz ze szkoły, to tylko wyobrażenie o przyszłym życiu oparte na opowieściach innych. Im dłużej godzisz się na otrzymywanie kieszonkowego od rodziców i kontynuujesz naukę bez prób podjęcia choćby wakacyjnej czy weekendowej pracy... tym dłużej nie masz (na temat pracy i samodzielności) do powiedzenia nic prócz "słyszałam od kuzyna", albo "jestem przekonany, że". I szczerze, to możesz sobie takie opowieści snuć z równymi tobie, ale nikt kto już zasmakował odrobiny życia na własny rachunek nie będzie chciał słuchać takiego pieprzenia. No bo serio, co ty wiesz o życiu?

6. Poznajesz wartość pieniądza.
Póki rodzice dają ci pieniądze, prawdopodobnie nie zwracasz większej uwagi na to, co ile kosztuje. No dobra, trochę zwracasz, ale w razie czego wykonujesz jeden telefon i jesteś uratowany. Tymczasem podejmując próbę samodzielnego utrzymania się... nagle dostrzegasz zmiany w swoich konsumenckich zachowaniach. Zaczynasz kupować mniej (jeśli cię nie stać) lub więcej (jeśli cię stać i lubisz wydawać pieniądze). Prawdopodobnie bardziej ci wstyd, kiedy brakuje ci pieniędzy pod koniec miesiąca.

7. Lepiej rozumiesz siebie i swoje oczekiwania wobec pracy.
Po kilku miesiącach przepracowanych w danej branży wiesz już o niej na tyle dużo, żeby zdecydować, czy wytrzymałbyś w niej kilka lat, czy chcesz czym prędzej zmienić specjalizację. A pomyśl - jeśli najpierw pójdziesz na studia, skąd się dowiesz, z czym się je pracę z nimi związana? Będziesz tylko panikować, że nie zdałeś kolosa, albo cieszyć się z czwórek, ale nie zrozumiesz, jak to jest siedzieć w biurze osiem godzin i używać kropli do wysychających oczu, albo z czym się wiąże praca fizyczna za granicą i rozłąka z rodziną oraz przyjaciółmi. 

Kiedy idziesz na studia, wybierając je świadomie i mając za sobą doświadczenie pierwszej pracy, czujesz się spokojniejszy.
  • Wiesz, że praca zawsze się znajdzie, ale studia mają wpływ na to JAKA to będzie praca.
  • Nie gryziesz ze strachu paznokci, powtarzając jak mantrę, że będziesz pracować w McDonalds' (hehe), a swój dyplom użyjesz do podcierania tyłka (hohoho)
  • Masz świadomość tego, czego naprawdę chcesz, bo masz prawdziwszy obraz mitycznego dla wielu studentów "życia po studiach"
  • Nie wku#wiasz ludzi podobnymi mądrościami:

poniedziałek, 19 czerwca 2017

7 rzeczy, których nie warto robić na początku znajomości z obcokrajowcem



1. Nie poprawiaj go, jeśli sobie tego nie życzy.
Jeśli rozmawiacie w języku, który znasz lepiej - zapytaj go, czy chce być poprawiany. Zazwyczaj ludzie sobie tego życzą, ale czasem ich to hamuje. Warto też znać umiar i nie czepiać się każdego słowa, żeby rozmowa przebiegała płynnie.

2. Nie śmiej się z niego.
Nie wyśmiewaj błędów, akcentu, sposobu gestykulacji, ani jego przekonań. Słuchaj, pytaj, kwestionuj, ale nie pozwalaj sobie na bezczelność. Jeśli po krótszym lub dłuższym czasie okaże się, że macie podobne poczucie humoru, możliwe jest, że będziecie się śmiali ze wszystkiego co kontrowersyjne. Lepiej jednak wstrzymać się z tym do czasu, aż zyska się pewność, z kim ma się do czynienia.

3. Pomijaj tematy, które mogą się okazać kontrowersyjne.
Nie pytaj muzułmanki przy pierwszej lepszej okazji, czy w jej rodzinie obrzeza się kobiety, ani nie zaczynaj rozmowy z Ukraińcem od debaty na temat tego, czy Lwów nie powinien przypadkiem należeć do Polski. Oczywiście będziecie mogli o tym porozmawiać w przyszłości, jeśli wasza znajomość dobrze się ułoży, ale póki co... Lepiej notuj te pytania, a nie wypowiadaj ich głośno.

4. Nie powielaj stereotypów, a zamiast tego edukuj.
Jeśli w twoim otoczeniu większość ludzi to Polacy, twój znajomy może wzbudzać niezdrowe zainteresowanie. Uczul innych ludzi, żeby nie zadawali mu głupich pytań. Zawczasu wyjaśnij, że Rosjanie nie mieszkają w chatach z niedźwiedziami i że nie każdy Japończyk śpi na podłodze. Uprzejmie poproś, żeby w kontaktach z Francuzami zapomnieć o koszulkach w paski, bagietkach pod pachą oraz żabich udkach i ślimakach na obiad (no dobrze, może bagietki są stałym elementem francuskiej rzeczywistości, ale pozostałe rzeczy już niekoniecznie).

5. Nie przejmuj się swoim angielskim (czy też innym językiem, w którym się komunikujecie).
Jeśli rozmawiacie w języku, który jest natywny dla twojego nowego znajomego, możesz być pewien, że jest zachwycony, że się nim posługujesz, niezależnie od tego ile robisz błędów. (Pomyśl - nie zachwycają cię obcokrajowcy mówiący po polsku? Są przecież rewelacyjni!) Wiele osób boi się w ogóle nawiązywać kontakty z obcokrajowcami, bo sądzą, że muszą najpierw podszkolić język. Często jest to objaw perfekcjonizmu, który tylko hamuje rozwój językowy. Przez rozmowę, wymienianie e-maili czy czatowanie można się nauczyć o wiele więcej, niż przeglądając fiszki czy maglując Duolingo albo Memrise. Nawet jeśli twój znajomy nie będzie cię poprawiał, od czasu do czasu zapomnisz jakiejś konstrukcji bądź słowa i skorzystasz ze słownika bądź forum. Język w użyciu zawsze wchodzi do głowy lepiej. Prosta zasada: teoria < praktyka. Zawsze.

6. Nie utożsamiaj z nim rewelacji politycznych z jego kraju.
Zapewne sam nie jesteś zachwycony wszystkim, co robią reprezentujący nasz kraj politycy. No właśnie. Nie każdy w ogóle lubi rozmawiać o polityce, dlatego nie jest to polecany temat na pierwsze spotkanie. Nie dręcz Trumpem swojej Amerykańskiej koleżanki i zostaw w spokoju Putina, jeśli nie chcesz podnieść ciśnienia swojemu znajomemu zza wschodniej granicy. Nie pytaj Francuza, czy wszyscy faceci we Francji teraz wolą starsze, bo Brigitte Macron. No chyba, że chcesz skończyć wieczór nie na winie, a na Korwinie.

7. Nie zamęczaj go pytaniami kulturowymi i geograficznymi.
No chyba, że wiesz, że czuje się w tym jak ryba w wodzie i sam zaczyna poruszać tematy w tym spektrum. Jednak zagadywanie o tradycje, potrawy, rejony turystyczne w jego kraju i inne tego typu rzeczy to niezwykle... nudny sposób na zaczęcie rozmowy. Tak, tak, dobrze słyszysz - N U D N Y! Jak chcesz wiedzieć, czy we Włoszech faktycznie je się dużo pizzy i makaronu? To poczytaj na Wikipedii, albo pierwszym lepszym blogu podróżniczym. Zobacz w twoim rozmówcy osobę, a nie jego kraj. Oczywiście, miejsce zamieszkania oraz pochodzenie to ważne czynniki, które nas kształtują, ale bez przesady. Chciałbyś zaczynać każdą rozmowę z kimś spoza Polski od opowiadania o tym, że nasza największa rzeka to Wisła, charakterystyczny strój ludowy to łowicki, a typowe danie to pierogi (chociaż ostatni raz jadłeś je pół roku temu i w sumie ich nie lubisz)? Tak myślałam. Także no, nie rób drugiemu co Tobie niemiłe!

Bonus - 8. Kiedy nadejdzie odpowiedni moment, dowolnie łam powyższe zasady.
Wymyśl swojemu znajomemu głupi pseudonim. Śmiej się z jego skośnych oczu, albo nazywaj go czarnuchem (nawet jeśli jego cera jest jasnobrązowa). Pytaj, dlaczego źle wymawia "r" i przedrzeźniaj go, kiedy mówi, że nie umiesz odmieniać czasowników. Spytaj, jaka jest jego ulubiona narodowa potrawa tylko po to, żeby usłyszeć od niego setny raz "f*ck off". Wszelkie dziwactwa z jego strony kwituj uniesionymi brwiami i stwierdzeniem "chyba w twoim kraju". Pytaj, czy hoduje w wannie krokodyla. Wyzywajcie się od rasistów. Urządzajcie poważne polityczne debaty o trzeciej nad ranem. Upijajcie się przy globusie lub Google Maps. Udowadniajcie sobie swoje racje.

Powyższe przykłady nie pochodzą z mojej chorej głowy, tylko z życia. Dobry kumpel czy kumpela z innego kraju to skarb jakich mało. Bywa, że mimo różnic kulturowych i początkowych barier językowych da się rozmawiać zupełnie swobodnie i bez uprzedzeń. Trzeba tylko wyczuć grunt. Nie z każdym można sobie pozwolić na wszystko, co przyjdzie do głowy. Wierzę, że dasz radę - to wszystko w praktyce niewiele różni się od kontaktów z rodakami. :)

wtorek, 6 czerwca 2017

Wyluzowany poliglota - 7 charakterystycznych cech gatunku



1. Tworzenie list języków, których rzekomo się nauczy
...w wakacje/po maturze/w czasie urlopu/począwszy od stycznia kolejnego. Po jakimś czasie znajduje starą listę i śmieje się w głos, bo spisał lub przynajmniej wymyślił już dwie nowe.

2. Wymyślanie odrealnionych planów nauki
...które po dwóch dniach od rozpoczęcia realizacji porzuca. Zazwyczaj tworzy te plany dla połechtania własnego ego, a później porzuca je dla wygody. Dręczą go wyrzuty sumienia, ale nie są na tyle duże, żeby jednak na poważnie się zabrać. W końcu i tak się nauczy, może trochę wolniej i bardziej na luzie, może trochę później, ale ma to gdzieś.

3. Uczenie się zrywami
Potrafi uczyć się po kilka(naście) godzin dziennie, kiedy coś go olśni. Przypomina to trochę narkotyczny czy alkoholowy ciąg. Ogląda filmy, pożera książki, trzepie ćwiczenia jak opętany. Natomiast kiedy mu się chce, pozwala sobie na całe tygodnie przestoju. Nie czuje weny, no i co ma na to poradzić?

4. Nagłe olśnienia w ciągu dnia
Kiedy przypomina sobie, że zna języki i dostaje ataku dzikiej euforii. Słysząc w radiu hiszpańską piosenkę, leniwy poliglota przypomina sobie, że pamięta kilka słów i z zaangażowaniem opowiada o tym ofierze siedzącej akurat obok. Niemal podskakuje ze szczęścia słysząc fragment rozmowy przechodzących obok Włochów. Nie posiada się z radości pomagając Niemcom w sklepie.

5. Osobliwe językowe debaty
Ożywia się, kiedy widzi etymologiczny związek losowych słów ze słowami w innych językach. Kiedy się wkręci, trudno mu przerwać. Najciekawsze jest to, że dostaje takie fazy w zwykłe dni, kiedy nic nie zwiastuje, że jego wewnętrzny poliglota nagle się przebudzi i zaryczy.

6. Wyśmiewanie się ze słów w obcym języku
Wyluzowany poliglota to wstrętny gnojek. Wyśmiewa, a potem zapamiętuje. Przychodzą mu do głowy najgłupsze i najbardziej absurdalne na świecie skojarzenia. Znajomi kręcą głowami, a on się w ten sposób uczy.

7. Nieszczęśliwe miłości
Każdy wyluzowany poliglota ma jeden lub kilka języków, których, jak deklaruje, chciałby się nauczyć, ale nie może się za niego zabrać. Umie dziesięć słów na krzyż i dostaje orgazmu, kiedy słyszy któreś z nich. Obowiązkowo opowiada o swoich odczuciach i miłości do języka losowej ofierze stojącej obok.

Wszelkie podobieństwo do zachowań zaobserwowanych w życiu własnym i znajomych jest zupełnie zamierzone i nieprzypadkowe.

A Ty, znasz kogoś, kto pasuje do opisu? Może to Ty? Co byś dopisał do tej listy? :D

niedziela, 30 kwietnia 2017

Minimalizm w ciąży

Miminalizm i ja

Moje zainteresowanie minimalizmem zaczęło się trochę ponad 2 lata temu, kiedy zauważyłam, że ilość posiadanych rzeczy zamiast mnie cieszyć, zaczyna przytłaczać. Od kiedy zmarła moja babcia, nikt z taką jak ona stanowczością nie przychodził już do mojego pokoju, aby pomagać mi w selekcji rzeczy. Ona zawsze przychodziła z czarnym lub niebieskim workiem na śmieci i wypowiadała sakramentalne zdanie o tym, że trzeba wyrzucać i nie należy się tego bać, bo to tylko rzeczy. "Tego, co masz w głowie nikt ci nie zabierze" - przekonywała mnie zawsze i przestrzegała przed gromadzeniem nadmiaru szpargałów. Myślałam o niej, tak szczerze, że ze swoim zamiłowaniem do porządku trochę przesadza i że to bardziej taki typowa fiksacja dorosłego, niż cokolwiek wartościowego. Doceniałam to jednak za jej życia, choć równie często mnie to irytowało. Czasem nie wytrzymywała mojego bałaganiarstwa i sprzątała mi pokój bez ostrzeżenia, wtedy jednak nic nie wyrzucając bez mojej zgody.

Dzisiaj tęsknię trochę za wyjącym odkurzaczem i warunkiem, że nie wyjdziemy na spacer, ani nie pojedziemy na wycieczkę, póki nie posprzątam. Tak miło wrócić do czystego domu. A tak beznadziejnie do chaty, w której wszystko jest porozrzucane i zapomniało się wyrzucić śmieci czy pozmywać, a nawet pościelić łóżka.

Ciąża i komsumpcjonizm

Ale do rzeczy - teraz jestem w ciąży, no i jak się ma minimalizm do tego stanu?
Otóż świat, szczególnie świat marketingu, woła do kobiet w ciąży (wykorzystując popularne już w naszej kulturze hasła):

To jest twój czas.
Nie żałuj sobie.
Dbaj o siebie.
Zasługujesz na to.
Wolno ci, bo jesteś w ciąży.
Ciesz się ciążą.

Co tłumaczyć można (dosadniej):
Jedz, ile chcesz i co chcesz. Jesteś w ciąży, masz szczególne prawa. Czasem czujesz się gorzej i masz ochotę tylko na frytki, albo na czekoladę. I to w chorych ilościach. Nie myśl o tym, jedz, bez wyrzutów sumienia.

Kupuj wszystko, na co masz ochotę. Dla siebie i dla dziecka. Przemaluj pokój na różowo. Twoje dziecko ma już dość ubranek? Skompletuj wyprawkę. Niczego nie może zabraknąć, zapoznaj się więc z nowościami.

Chcesz gazetę? Wiesz, że są gazety dla ciężarnych? I książki, książki! A może forum dyskusyjne, gdzie poznasz nowe koleżanki? O, albo grupa na Facebooku. Obejrzyj jeszcze sobie te zdjęcia na instagramie, gdzie inne mamy pokazują zgrabne ciała i niewielkie brzuszki. Zobacz co noszą. Też chcesz to mieć? Wystarczą dwa kliknięcia...

Zmęczyłam się, w ciąży wolę minimalizm


Przyznaję, zmęczyłam się przekazem kierowanym do kobiet w ciąży. Bardzo szybko odkryłam, że wolę się od tego częściowo odciąć. Że ten, hm, współczesny model kobiety w ciąży to nie jestem i nie będę ja. Oczywiście nie chcę chodzić w workach na ziemniaki, ale też nie zrobię zakupów w żadnym ciążowym butiku, bo ceny godzą w moje konsumenckie sumienie. Nie chcę być też jedną z osób, które będą kompulsywnie zaopatrywać się w nowe ciuszki dla dziecka przy okazji każdego wyjścia do miasta, tylko dlatego, że skoczył mi progesteron.

Z drugiej strony, nie jestem też za tym, żeby odmawiać sobie wszystkiego, chodzić w porozciąganych rzeczach i nie nabywać żadnych nowych, starać się nikogo nie informować o odmiennym stanie i kupować wszystko używane lub pożyczać.

Od początku ciąży szukam złotego środka w tej nowej dla mnie sytuacji.

Wyeliminowanie szumu informacyjnego

Na pierwszy ogień poszły fora, broszury, książki i porady innych ludzi. Zrezygnowałam z wchodzenia na fora, żeby nie niepokoić się symptomami ciążowymi u innych, nieznanych mi przecież kobiet i pozostałam w sporadycznym kontakcie z jedną internetową koleżanką. Wkrótce okazało się, że kilka moich realnych znajomych jest na podobnym etapie ciąży i od czasu do czasu rozmawiam z nimi.

Książkę o ciąży mam jedną i zrezygnowałam z pomysłu czytania jej od deski do deski. Większość treści i tak mnie nie dotyczy, bo poruszane są tam także tematy wszelkich możliwych dolegliwości oraz schorzeń towarzyszących. Gazetki i broszury odziedziczone po koleżance trzymam w jednym pudełku i od czasu do czasu coś czytam, a zaraz potem - wyrzucam. Wystarcza mi zajrzenie do jakiejś publikacji raz na parę tygodni, spojrzenie co kilka dni do aplikacji mobilnej oraz konsultacje z moją panią ginekolog.

O porady pytam innych tylko wtedy, kiedy faktycznie jakiś temat mnie męczy i chcę się czegoś dowiedzieć. Nie poruszam z każdym tematu ciąży z byle powodu, tylko po to, żeby o czymś pogadać. Najczęściej na pytania o ciążę odpowiadam, że czuję się dobrze i opowiadam, jak się rozwinęło dziecko w ostatnim czasie, a potem przechodzę do kolejnego tematu.

Kompletowanie przemyślanej wyprawki

W internecie roi i różnych publikacjach roi się od gotowych list wyprawek dla malucha. Każdy ze znajomych ma też na ten temat swoje zdanie, a wybór na rynku jest ogromny. Moim zdaniem, warto porozmawiać, z osobami, którym ufamy oraz przejrzeć kilka przykładowych list, a później opracować własną. Lepiej, żeby czegoś na niej zabrakło, niż żeby było za dużo. Po urodzeniu dziecka zawsze będzie można dokupić brakujące elementy. W miarę możliwości warto też rozejrzeć się za używanymi rzeczami. W moim przypadku był to karton ubrań od koleżanki, za który zapłaciłam symboliczną kwotę nieprzekraczającą 100zł, a mam już właściwie wszystko, czego potrzebuję na pierwsze trzy miesiące. Nowych ubranek kupiłam zaledwie trzy zestawy, wszystkie na wyprzedażach. Dostałam już też jedno ubranko od znajomej. Oczywiście wzruszają mnie słodkie printy na ciuszkach, ale zdaję sobie sprawę, że w ciągu kilku miesięcy cała garderoba córki będzie do wymiany. Dlatego - od kiedy mam już wszystko, co uznałam za potrzebne, nie odwiedzam działów z rzeczami dla dzieci. Nie mam nawet takiej pokusy, dziecięce działy i sklepy krzyczą milionami kolorów, a ja mam po prostu ochotę na trochę spokoju. Według mnie - to nie rzeczy, a spokój ducha jest prawdziwym luksusem.


Garderoba w ciąży

Receptę mam prostą, co kilka tygodni porządkuję rzeczy i chowam to, co mnie uciska lub wystaje mi spod tego brzuch. Niektórych rzeczy nawet się pozbywam, jeśli wiem, że po ciąży już nie będę ich nosiła. A to co będę nosić, odkładam czym prędzej, żeby tego nie rozciągnąć. To doskonały czas na porządki w szafie! Od początku ciąży dokupiłam nie więcej niż dwadzieścia elementów garderoby (licząc razem z bielizną). Dostałam też trochę używanych rzeczy po koleżankach. Ciąża nie musi się równać wymianie całej szafy. Każda kobieta ma też swoje preferencje, niektóre nie kupują nawet ciążowych spodni - spotkałam się z poglądem, że są niewygodne, chociaż mi osobiście bardzo odpowiadają. Nie ma więc sensu pisać, co NALEŻY mieć. W każdym razie nie trzeba mieć wiele, ale rzeczy powinny być spójne stylowo i kolorystycznie.


Jedzenie dla dwojga, a nie za dwoje



Jestem w siódmym miesiącu i przytyłam na razie sześć kilogramów, co uznaję za dobry wynik. Nie obżeram się, a na słowa "ty możesz, bo jesteś w ciąży" reaguję z reguły alergicznie i od razu zaprzeczam. Nie, nie mogę. Oczywiście, kiedy w pierwszym trymestrze większość produktów żywnościowych przyprawiała mnie o mdłości, a jedynym atrakcyjnym jedzeniem na całej planecie wydawały mi się frytki, to po prostu je jadłam. Ale nie cały kontener frytek, tylko jedną porcję, a potem starałam się znaleźć coś bogatszego w składniki odżywcze, jeśli jeszcze byłam głodna.

Wizualizuję sobie cały czas, niczym w bajcie "Było sobie życie", że wszystko, co zjem, mój organizm rozbija na bazowe składniki odżywcze i przy okazji każdego posiłku karmi też moją córeczkę przez pępowinę. Wtedy jedzenie żelków czy czekolady nabiera zupełnie nowego sensu. Po prostu pamiętam, że ona tam jest i że dużo lepiej zrobi nam obu owoc, niż słodycze, albo ziemniaki w formie purée, niż frytki. Nie zmienia się to jednak w paranoję. Za to bez skrępowania mówię o tym, że naprawdę mam większą ochotę na owoce niż na ciasto i osoby, które odwiedzam wykazują zrozumienie. Bardzo mnie to cieszy!

Przed obżeraniem się powstrzymuje mnie nie tylko myśl o przytyciu, ale po prostu fizjologia. Nie potrafię jeść zbyt wiele, bo czuję, że brakuje mi miejsca. Instynktownie sięgam też po lekkie rzeczy, bo nie przepadam za zaparciami czy refluksem (ten drugi objaw na szczęście pojawia się sporadycznie).


Ciąża w głowie - czy jestem jeszcze sobą?



Wiele kobiet i ich partnerów wyznaje, że progesteron zawraca im w głowie, odwracają się priorytety, pojawia się syndrom wicia gniazda, zmieniają się preferencje smakowe - po prostu świat zaczyna się wywracać do góry nogami. Bardzo się tego, szczerze mówiąc, bałam. Tego, że stanę się kimś innym, że stracę kontrolę i przestanę panować nad swoim zachowaniem i zachciankami. Że zacznę jeść ogórki z nutellą, zmienię się w wieloryba, będę wąchać proszek do prania dla niemowląt i codziennie zachwycać się ciuszkami dla małej, każę mężowi spać na kanapie, wszystkich będę zamęczać opisami swojego stanu, a na koniec - nie oprę się pokusie wrzucania do mediów społecznościowych USG, czego bardzo nie chciałam.

Tak się jednak nie stało. Nie czuję tego tsunami progesteronu, które na mnie spłynęło i powinno teraz ogarnąć moją świadomość niczym różowa, narkotyczna chmurka. Myślę, że dużo zależy od nastawienia. To jak z bridezillą - tak jak nie każda panna młoda zmienia się w autorytarną, rozkapryszoną księżniczkę, tak nie każda młoda mama podporządkowuje sobie cały świat i przechodzi transformację w zupełnie inną osobę. Przynajmniej - nie musi to mieć nic wspólnego z negatywnymi zmianami. Mogą to być zmiany na lepsze, jak na przykład - uporządkowanie domu, porządki w szafie, w głowie... Albo większa uważność na codzień, dyscyplina, lepsza organizacja.

Jeśli nie skupia się na sferze materialnej, można znaleźć mnóstwo przestrzeni na samodoskonalenie. I mam nadzieję, że to mi się udaje.

Na koniec przytoczę kilka wypowiedzi innych osób, które w ciąży kierowały się zdrowym rozsądkiem i nie dały się porwać fali konsumpcjonizmu.*

"Nie interesowałam się minimalizmem w ciąży, ale instynktownie dopiero kiedy w niej byłam zasmakowałam minimalizmu prawdziwego. Kiedy w pewnym momencie miałam tylko 3 bluzki i 2 pary spodni czułam się wspaniale. Ale to było raczej instynktownie, zanim dowiedziałam się że taki sposób życia zwie się minimalizmem. A co do mediów, faktycznie, zalewała mnie fala reklam i gadżetów darmowych, byle tylko kupować więcej, bo przecież byłam w ciąży więc zasługiwałam na WSZYSTKO. Koszmar."
- Martyna Ryszko

"Prawda jest taka że ja nie bardzo cokolwiek kupowałam.  Ze względu pewnie na mój wiek [20 lat] wszyscy rzucili się by kupić mi wszystko. Głównie kompletowaniem wyprawki zajęła się moja mama. Zrobiłam jej listę i wszystko z listy okazało się przydatne.  Dostałam za to wiele nie trafionych rzeczy jak buty (really, dziecko przecież nie chodzi i nie będzie jeszcze długo), chodzik (nikt mnie nie pytał co sądzę na ich temat), nowe ciuszki (używanych w świetnym stanie i tak mam za dużo),  patyczki do uszu dla dzieci (zwykłe są spoko, nie wepchnę dziecku ich do mózgu) i pewnie jeszcze sporo innych rzeczy. Co do rzeczy które ja wybierałam uważam że kupiłam za dużo pieluch wielorazowych ale były sprzedawane w komplecie na allegro więc nie bardzo miałam wybór. Kupiłam też smoczek z jednorożcem którego Dalia nie używa ale był z JEDNOROŻCEM. Kupiłam ekstremalnie mało rzeczy i bardzo się cieszę. Wzięłam to co dostałam po innych dzieciach i cieszę się że mogę dać tym rzeczom nowe życie."
- Pamela Zwolińska

*Jeśli chcesz dodać coś od siebie, to chętnie dopiszę tu Twoją wypowiedź, post pozostaje otwarty. :)

piątek, 28 kwietnia 2017

Jak zyskać wolność na studiach? Poradnik IOSowca.



Jeśli masz ochotę studiować na własnych warunkach, to IOS (indywidualna organizacja studiów) będzie doskonałym rozwiązaniem. Za chwilę matura, a później zapisy na uczelnię. Być może niektórych już teraz dręczy fakt, że z jednej ograniczającej wolność placówki, przejdą pod skrzydła kolejnej. Ale może wcale nie musi tak być?

Jest mnóstwo sposobów, żeby mieć ciasko i zjeść ciastko, w wielu sytuacjach. W przypadku studiowania i chęci (lub konieczności) prowadzenia intensywnej działalności pozauczelnianej (że tak to ogólnie nazwę), z pomocą przychodzi IOS.

1. Co daje IOS?


  • możliwość opuszczania większej ilości zajęć
  • możliwość niechodzenia (w ogóle) na niektóre zajęcia
  • alternatywne sposoby zaliczania przedmiotów

2. Z jakich powodów można wnioskować o IOS?

Nie ma jakiejś zamkniętej, konkretnej listy.

Na UMK obowiązuje taki zapis:
"Dziekan może wyrazić zgodę na studiowanie w trybie Indywidualnej Organizacji Studiów w szczególności w stosunku do studenta:

  • odbywającego część studiów w innych uczelniach krajowych lub zagranicznych,
  • studiującego na więcej niż jednym kierunku studiów,
  • sprawującego opiekę nad innymi członkami rodziny,
  • niepełnosprawnego."
Jednak równie uzasadnionym powodem może być praca na cały etat (lub nawet część etatu), duża odległość uczelni od miejsca zamieszkania i brak możliwości przeprowadzki, ciąża, małe dziecko w domu (podchodzi zapewne pod sprawowanie opieki nad innymi członkami rodziny).


3. Jak uzyskać pozwolenie na IOS?


Idzie się do dziekanatu, dostaje odpowiedni druk i wypełnia się go i w ten sposób - składa podanie do dziekana. Jeśli uczelnia nie posiada szablonów (choć powinna) druk można znaleźć w internecie.

4. Masz już zgodę dziekana. Co dalej?


Załóżmy, że masz już przyznany IOS. Ale to dopiero połowa sukcesu. Teraz musisz:

  • Udać się do wszystkich wykładowców po kolei (w razie, gdy jest to niemożliwe - skontaktować się e-mailowo lub telefonicznie), pokazać im dokument (zgodę dziekana) i ustalić indywidualne dla ciebie warunki zaliczenia. Najlepiej wyjaśnić swoją sytuację i szczerze powiedzieć, czy w ogóle ma się możliwość pojawiania na danych zajęciach czy nie i zapytać wykładowcy, co będzie od ciebie wymagał.
  • Trzymać się terminów. Jeśli jakiś przekroczysz (z ważnego powodu lub z własnej nieuwagi), przede wszystkim nie peszyć się i nie udawać, że problemu nie ma. Pisać, dzwonić lub pojawiać się na dyżurach wykładowców i na bieżąco informować, co się dzieje.
  • Założyć sobie plik w Excelu/Wordzie, zrobić notatkę w Evernote, albo powiesić nad biurkiem kartkę z listą przedmiotów i prowadzących, sposobem zaliczeń, najważniejszymi zadaniami do zrobienia oraz innymi istotnymi informacjami.
  • Pozostać w kontakcie ze znajomymi z roku. Przede wszystkim - zdobyć tych znajomych. Jeśli ma się IOS od początku, to może nie być proste, zajmie więcej czasu niż osobom uczęszczającym na 100% zajęć, ale na pewno jest możliwe. Outsider z IOSem ma mniejsze szanse powodzenia. Ważne jest, żeby nie izolować się od grupy - nie tylko z powodu krążących w niej istotnych dla przebiegu twoich studiów informacji, ale także dlatego, że nie warto być burakiem. :)

Co ja robię na IOSie?

Zdecydowałam się, żeby zawnioskować o IOS, ponieważ w momencie podejmowania studiów pracowałam już na pełen etat. Gdybym nie miała możliwości studiowania na własnych warunkach, nie mogłabym w ogóle studiować dziennie.

Poza tym - myślałam o założeniu rodziny. Nie chciałam działać zgodnie z szablonem - studia - staż - pierwsza praca - kariera - x lat narzeczeństwa - ślub - dom/mieszkanie na kredyt - dzieci. I tak już pokazałam sobie i innym, że do tego szablonu nie pasuję i z powodzeniem go przełamuję. Dlatego zrobiłam to po raz kolejny i zaszłam w ciążę na 1 roku studiów, bo miałam taką wizję życia i już.

Nikt tego nie polecał, ale ja czułam, że będzie mi z tym dobrze i jest mi z tym dobrze. Chociaż muszę przyznać, że nie obyłoby się bez wsparcia moralnego i logistycznego mojego męża oraz wspierającej postawy wykładowców. ANI RAZU nie słyszałam negatywnego komentarza na ten temat, albo sugestii, że studenci nie powinni mieć dzieci. Same dobre słowa. Tak powinno być wszędzie. Niestety wiem, że tak nie jest.

No i trzecia sprawa, mieszkam 80 km od uczelni. Tak, sama byłam w szoku, kiedy te kilometry policzyłam. Nie wykluczone, że wkrótce przeprowadzę się bliżej, ale póki co - dzięki temu, że na uczelni mogę być 1-3 razy, a nie 5 razy w tygodniu - daję radę i nawet nie czuję się bardziej zmęczona niż wcześniej.

A co najważniejsze - myślałam, że w ogóle nie wrócę na studia. Ale jednak to zrobiłam i IOS jest jednym z powodów, dla których na czwartym z kolei kierunku odnalazłam wreszcie spokój. 13 lat (tak, 13, bo chodziłam na 4-letni profil w liceum) w sztywnym systemie polskiej edukacji, plus moja ambitna postawa sprawiły, że osiągnęłam swój limit. Po prostu mam dość obowiązkowego siedzenia gdzieś tylko po to, żeby siedzieć. Nie wyobrażałam sobie kolejnych 3 lub 5 lat wypełnionych przesiadywaniem na zajęciach i codziennym pilnym odrabianiem lekcji. Chciałam się uczyć, ale też pracować, bawić i mieć swoją rodzinę. Okazało się, że mogę mieć to wszystko. I jeszcze mieć średnią 4.5 na semestr. A nawet założyć i prowadzić koło naukowe - czego na początku wcale nie planowałam.

Każdemu, kto się do tego przyczynia - dziękuję. :)

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Badanie połówkowe - 21 tydzień - USG 3D zdjęcia i film

Gdzie to USG?

No hej. Wszedłeś, bo jesteś ciekawski i się zastanawiasz
a) jak wygląda to słodkie bobo
b) czy znajdziesz tutaj te zdjęcia
c) czy moje dziecko jest zdrowe

Odpowiedź na pytanie pierwsze znajdziesz w Google. Większość prawidłowo rozwijających się dzieci wygląda w połowie ciąży podobnie. Jak małe, choć filigranowe noworodki.

Odpowiedź na pytanie drugie brzmi: nie znajdziesz ich tutaj. Może ty chciałbyś je zobaczyć na moim blogu, ale tak się składa, że nie mam możliwości poznać zdania mojego dziecka na ten temat. Jest po prostu jeszcze za małe. Na pewno udostępnię mu wszystkie zdjęcia i nagrania w przyszłości i będzie mogło z nimi zrobić to, na co będzie miało ochotę.

Bądź co bądź - to jego wizerunek został utrwalony, a nie mój.

Jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś naprawdę ciekawego (i oryginalnego), to możesz przeczytać post Języki w naszej rodzinie. Znajdziesz w nim informacje na temat imienia, uzasadnienie jego wyboru oraz plany co do edukacji językowej mojej córki. Informacje na pewno mniej intymne, a moim zdaniem znacznie bardziej absorbujące i oryginalne, niż milionowy upload USG do sieci.

Odpowiedź na pytanie trzecie - spoko, dziecko zdrowe, żadnych nieprawidłowości. Miałam badanie w 21 tygodniu, teraz jestem w 24 i mamy się dobrze.

Życie płodowe - życie publiczne?

Oj, że niby się czepiam? A wiesz, jak działa internet? Nic w nim nie ginie. Na USG i USG 3D lekarz zobaczy wszystko to, czego potrzeba, żeby sprawdzić, czy dziecko jest zdrowe (w większości przypadków). Rodzice doszukują się natomiast pierwszych gestów, uśmiechów i świadomych ruchów maluszka. A jak ktoś chce się pośmiać - dostrzeże stalkera, reptilianina, mutanta, zombie i co tam jeszcze dusza zapragnie. Warto wiedzieć, że technologia USG 3D jest niedoskonała i chociaż pokazuje nienarodzone dzieci dokładniej, niż cokolwiek wcześniej, to często wyglądają one po prostu potwornie.

A nawet jeśli uda się złapać idealne ujęcie, czy nawet założyć wianek ze snapchata... Zachwyt sportretowanego dziecka w przyszłości pozostaje pod znakiem zapytania. Będzie oczarowane ogromem miłości i uwagi jaką otoczyli go rodzice (czy też mama) wraz z fanami, czy też złe i rozczarowane, że jego intymność została sprzedana za jakiś barter, poświęcona, żeby blog rodzica miał lepsze statystyki?

A co, jeśli dziecko zacznie mieć kłopoty?

Pokazywanie takich informacji publicznie od pierwszych dni dziecka ma jeszcze jedną zasadniczą wadę - co jeśli coś pójdzie nie tak? Jeśli dojdzie do poronienia, albo dziecko okaże się nieuleczalnie chore? Co jeśli będzie mieć genetyczną wadę, która sprawi mu cierpienie lub będzie mogła się nawet przyczynić się do śmierci dziecka przy porodzie?

Na szczęście dziecko w moim brzuchu rozwija się prawidłowo, ale przed nami jeszcze jakieś 16 tygodni, zanim przyjdzie na świat. Już nigdy nie będzie mieć tyle spokoju, co teraz. ;) Poza tym, moja córka nie jest moją własnością. Jest moją córką. Ja ją po prostu szanuję. Dlatego podglądać ją może tylko rodzina i bliscy znajomi.

Chciałabym przytoczyć fragment wypowiedzi mamy, która poczyniła refleksję na ten temat, wskutek tragicznej diagnozy, jaką usłyszała pod koniec pierwszego trymestru ciąży:

Do 13 tygodnia ciąży było tak jak w kolorowych gazetach, najpierw radość, potem żarty i planowanie. W takich chwilach aż chce się przekazywać tę radość dalej, wszystkim wokół. Można usiąść i pisać bloga, dodawać zdjęcia USG i odpowiadać słodko na słodkie komentarze. To trochę jak zakochanie się, tylko że z jednym motylkiem w brzuszku, tym, który zostanie już na zawsze, który porwie matczyne serce i już nigdy nie odda. Zastanawiam się, co by było teraz, gdybym wtedy zaczęła pisać bloga. Jak miałby teraz wyglądać? Jak najsmutniejsze miejsce w całym internecie?

Jej syn, Tomek, ma wadę serca, musi przejść operację tuż po urodzeniu. Jego leczenie można wesprzeć pod tym linkiem.

Masz prawo

Rodzicu - masz prawo robić z wizerunkiem Twojego dziecka, co chcesz.
Jeszcze masz takie prawo, ponieważ technika wyprzedziła ustawodawstwo.
Ale technikę powoli doganiają nauki humanistyczne i na uniwersytetach mówi się już o tym, że obnażamy zbyt wiele ze swojego życia. Uwierz - nasze dzieci będą miały już inne podejście do dzielenia się informacją. Może będą jej wysyłać w eter jeszcze więcej, a może będą ostrożniejsze. Oby to drugie - bo ilość osób, które umieją skorzystać z informacji w celach nienaukowych, a na przykład komercyjnych - rośnie. Ty dajesz przykład.

Jestem daleka od tego, żeby radzić blogerom wycofanie się z blogosfery czy całkowite utajanie ciąży.
Nie sądzę również, że zdjęcie dziecka od czasu do czasu na prywatnym profilu Facebookowym może wyrządzić komukolwiek krzywdę. Jeśli ktoś chce się dzielić zdjęciami USG - to mi nic do tego.
Przedstawiam tu tylko własną opinię i to, co ja uważam za słuszne.

A ty rób co uważasz, ale po prostu... uważaj.

niedziela, 26 marca 2017

Języki w naszej rodzinie

Co jakiś czas ktoś mnie pyta, ile znam języków, albo po jakiemu rozmawiam z mężem.
Postanowiłam odpowiedzieć na te pytania w dzisiejszym poście! Jak można wywnioskować z poprzednich postów, spodziewamy się dziecka, więc językowa infografika dotyczy całej naszej trójki.


Tata

Oleh zaczął się uczyć języka polskiego w wieku 24 lat, początkowo głównie oglądając w telewizji bajki. :D Mając 25 lat przyjechał do Polski na studia. Niedługo później zaczął też pracę. Zdobył w Polsce tytuł inżyniera i pracuje w swojej branży (teleinformatyka). Codziennie w pracy używa trzech języków obcych - polskiego, angielskiego i francuskiego (tego trzeciego głównie biernie - teoretycznie nigdy się go nie uczył, ale ma z nim dużo styczności). Angielski poznał w szkole, teraz uczy się niemieckiego. Rosyjski natomiast zna, ponieważ jest to nieoficjalny drugi język na Ukrainie. Część mediów jest rosyjskojęzyczna, wielu Ukraińców nie zna nawet dobrze ukraińskiego i posługuje się prawie wyłącznie rosyjskim. Oleh jest z zachodniej części kraju - tam mówi się po ukraińsku, często z polskimi naleciałościami. Na wschodzie kraju natomiast dominuje rosyjski.

Oleh jest zdyscyplinowany i nie próbuje się uczyć kilku nowych języków na raz, dlatego jego lista jest krótsza niż moja...

Mama

Ja zaczęłam uczyć się francuskiego będąc niemowlęciem. Mama oswajała mnie z tym językiem, jednocześnie pisząc pracę magisterską na temat osłuchiwania się małych dzieci z językiem obcym. Faktyczną naukę zaczęłam jednak dopiero w wieku 11 lat, wcześniej było kilka prób, ale zapominałam i odmawiałam współpracy. Wczesny kontakt z językiem i tak mi się przydał - nie było u mnie problemów z powtarzaniem słów, miałam też zawsze bardzo poprawny akcent. W piątej klasie miałam jednak okazję przez pół roku uczyć się francuskiego (oraz angielskiego, którego zaczęłam uczyć się rok wcześniej) w szkole międzynarodowej w Strasburgu. Zrobiłam wtedy ogromne postępy w tych dwóch językach obcych. Mogłam już wtedy spokojnie powiedzieć o sobie, że jestem trójjęzyczna, chociaż bałam się trochę rozmawiać po angielsku. Później, w wieku 14 lat na kolejnym półrocznym wyjeździe do Francji znów udoskonaliłam swój francuski (angielski też, choć nie tak w dużym stopniu). Naukę francuskiego kontynuowałam w klasie dwujęzycznej w liceum. Rok po ukończeniu szkoły średniej poszłam do pracy (przerywając wcześniej studia - filologię szwedzką z angielskim na UAM) i dalej rozwijałam znajomość angielskiego i francuskiego. Szwedzki niestety porzuciłam, chociaż mówiłam już prawie komunikatywnie. Kiedy w 2014 roku poznałam Oleha, miałam 22 lata i zaczęłam naukę ukraińskiego, bardziej z ciekawości, dla zabawy (no i żeby mu trochę zaimponować;) ) niż z konieczności - już wtedy bardzo dobrze mówił po polsku. Niemieckiego uczę się sama za pomocą narzędzi online, uczestniczyłam też w dwumiesięcznym intensywnym kursie na poziomie A2 (uważam jednak, że na A2 mam ciągle trochę za mało umiejętności). Hiszpańskiego (którego nie ma na wykresie, bo trudno mi określić swój poziom i używam go głownie biernie) uczyłam się na rocznym kursie w szkole językowej, kiedy miałam 16 lat, ale większość zapomniałam. Teraz odświeżam wiedzę na Duolingo. Rosyjski znam w bardzo niskim stopniu. Może trochę lepiej niż przeciętny Polak w moim wieku, ale tylko dlatego, że rozumiem ukraiński i znam cyrylicę (rosyjski wariant różni się od ukraińskiego tylko kilkoma literami - umiem oba). Zamierzam kiedyś opanować rosyjski w stopniu umożliwiającym komunikację. Obecnie staram się nauczyć jeszcze jednego języka, którego nie uwzględniłam w zestawieniu na infografice - norweskiego.

Czy naprawdę zawsze rozmawiamy po polsku?

Tak. Chociaż czasem próbujemy rozmawiać po ukraińsku (ale dawno się to nie zdarzyło). Pewnie takich sytuacji będzie więcej, gdy pojawi się na świecie nasza córka. Jeśli brakuje nam słów, tłumaczymy co chcemy powiedzieć posiłkując się wszystkim tym, co mamy w głowie (wychodzą z tego czasem niezłe językowe debaty). Jeśli jest z nami ktoś, kto nie zna polskiego, dostosowujemy do niego język, więc zdarzało nam się wspólnie z kimś rozmawiać także po angielsku. Czasem oglądamy w tym języku filmy lub seriale. Kiedy ja rozmawiam po francusku, Olehowi często udaje się zgadnąć, co mówię. Ja natomiast podpytuję go okazyjnie o rosyjskie słowa. Zdarza nam się oglądać bajki po rosyjsku. Wbrew temu, co myśli większość osób, on nie nauczył mnie ukraińskiego. Posiłkowałam się głównie internetowymi kursami, tylko czasem podpytując go o niektóre wyrażenia.

Dziecko

Lilia będzie wychowywana metodą OPOL - one person, one language. Oleh będzie mówił do niej w swoim ojczystym języku, a ja w swoim. Będzie to wymagało od niego trochę wysiłku, bo obecnie w domu ukraińskiego nie używamy prawie wcale, poza kilkoma słowami, które weszły w użycie na równi z takimi wymyślonymi przez nas samych ;) Między sobą dalej zamierzamy rozmawiać po polsku. Prawdopodobnie pierwszym językiem obcym, jaki wdrożymy Lilii będzie francuski - z angielskim i tak zetknie się dość szybko, pewnie już w przedszkolu, albo nawet w otoczeniu. Czy mała będzie poliglotką? To zależy w dużej mierze od jej chęci, ale mamy nadzieję, że pójdzie w nasze ślady. W końcu umiejętność posługiwania się językami obcymi oznacza nie tylko narzędzie przydatne w wielu sytuacjach, ale i bardziej lotny umysł.

Według badań naukowych dzieci po urodzeniu żywiej reagują na języki, które słyszały już w łonie matki, niestety Lilia nie ma zbyt wiele szans, żeby słyszeć ukraiński. Na razie pływa jeszcze w moim brzuchu, więc dajmy jej święty spokój. Niech wyłapuje dźwięki z otoczenia i cieszy się pobytem w SPA jeszcze przez cztery miesiące. ;)

sobota, 25 marca 2017

Jak za darmo uczyć się na prestiżowych kursach online "Coursera"?




Coursera to tylko jeden z kilku portali umożliwiających uczestnictwo w kursach uniwersyteckich MOOC (massive open online course), czyli masowych otwartych kursach online. Są one organizowane przez wiele uniwersytetów na świecie, w tym przez prestiżowe uczelnie pozostające poza zasięgiem wielu śmiertelników.

Niestety, darmowa wersja kursu na Coursera jest czasem niepełna, często jest możliwe jedynie bierne uczestnictwo w kursie - bez wykonywania quizów i zadań ocenianych przez kolegów z kursu, a to niestety niewiele (moim zdaniem) daje. Nie uzyskuje się także certyfikatu, który można później pokazać np. na LinkedIn. Prestiż tego certyfikatu jest dyskusyjny (w końcu kurs online to nie to, co kurs na miejscu, niestety dochodzi do większej ilości nadużyć), ale na pewno będzie w CV atutem.

Na szczęście jest opcja aplikowania o pomoc finansową (po wcześniejszej weryfikacji, do której potrzebny jest dokument, nie będę tego szczegółowo opisywać - interfejs użytkownika przeprowadzi nawet słabo zorientowane w temacie osoby przez cały proces ;) )

Ukończyłam już kilka kursów dzięki finansowej pomocy, mimo że pracowałam w czasie, gdy brałam w nich udział. Podałam nawet orientacyjną kwotę swoich rocznych zarobków - wysokich na polskie standardy, ale przerażająco niskich jak na amerykańskie. Jednym z moich argumentów, że pomoc finansowa jest mi potrzebna, był fakt, że te kursy nie są po prostu na polską kieszeń. I o dziwo - to, plus moja motywacja w kierunku ukończenia kursów, zupełnie wystarczyło.

W tym miesiącu uzyskałam dofinansowanie na kurs typografii - mam go za darmo. Zależy mi na nim ze względu na zajęcia z podstaw zagadnień typograficznych, które mam w tym semestrze. Bardzo mnie interesuje to zagadnienie, ale potrzebuję dodatkowej motywacji, żeby je zgłębiać. Kupiłam sobie książkę, ale ona nie wystarcza. Poza tym, jest to drugi w kolejności kurs z zakresu designu, a pierwszy - wprowadzenie do designu, mam już ukończony.


Ale do rzeczy, czyli - jak złożyć wniosek o dofinansowanie? Prześledź ze mną cały proces, od wyszukania interesującego kursu, aż po wypełnienie wniosku!

Tak wygląda interfejs użytkownika po zalogowaniu:


Skoro już przy tym jesteśmy - jedno z interesujących mnie zagadnień to właśnie UX design. Będę próbowała aplikować na staż z nim związany, ale ze względu na zbliżający się termin porodu mogę nie mieć możliwości go podjąć. Kursy online cechuje większy demokratyzm niż studia czy stacjonarną pracę, można być uziemionym, ale nadal aktywnie w nich uczestniczyć. Dlatego je uwielbiam!


Jeśli ma się ochotę na dłuższą naukę, można wybrać specjalizację (jeden kurs trwa około miesiąca, specjalizacja może potrwać od kilku miesięcy do ponad pół roku). Nie ma konieczności ukończenia wszystkich kursów z danej specjalizacji, za każdy otrzymuje się osobny certyfikat. Po przejrzeniu 2 specjalizacji "User Interface Design" oraz "Interaction Design", stwierdzam, że wolę "Interaction Design", który skupia się na UX (User Interface Design to co innego, choć za to może też się kiedyś wezmę). Ale najbardziej spodobał mi się kurs "Introduction to User Experience Design", trwa pięć tygodni i pozwoli mi się zorientować w temacie oraz zdecydować, czy chcę się w niego zaangażować bardziej, czy spróbować czegoś innego. Na przykład UI.



W tym kursie jest opcja darmowego okresu próbnego - 7 dni, wybieram jednak inny kurs...


Najpierw sprawdzimy, co się stanie, jeśli kliknę na "Enroll now"


Kurs kosztuje 49 dolarów, czyli prawie 200 złotych. Ale akurat w tym przypadku istnieje możliwość dołączenia do pełnej wersji kursu za darmo. Jedyne ograniczenie związane z brakiem opłaty to brak certyfikatu na koniec. Ale... ja chciałabym ten certyfikat! Zapisuję się więc na darmowy kurs, ale spróbuję też uzyskać dofinansowanie.


Wybieram więc opcję poniżej "Enroll now" ("Learn more and apply") i oto informacja, która mi się wyświetla.


Przechodzę do wypełniania wniosku.




Należy wpisać też roczny dochód w dolarach. Nie ma go na screenshotach, no bo nie będę się chwalić, co nie? ;) Nie jest zaznaczone czy powinien to być dochód netto czy brutto. Ja wpisuję netto.

Następnie oczywiście należy kliknąć na "submit application" i czekać.


W momencie zakwalifikowania na płatną wersję kursu dostaje się maila. Kiedyś (około roku temu jeszcze na pewno) dostawało się go niemal od razu. Teraz dostaje się tylko potwierdzenie złożenia wniosku, a aplikacje są sprawdzane wnikliwiej. Warto jednak próbować. Jeszcze nigdy nie odrzucono mojego wniosku. Zachęcam do próbowania!

Dodam, że niektóre kursy mogą być dostępne w języku innym niż angielski. Częściowo - filmiki są tłumaczone przez wolontariuszy lub całkowicie - wystarczy poszukać kursu w języku, który nas interesuje (w sensie - nie silić się na wyszukiwanie po angielsku).

Onieśmielonym swoim poziomem języka podpowiadam - wyluzujcie. Wiele osób biorących te kursy ma biedne B1, czasem ktoś nie do końca rozumie polecenie (co widać, kiedy sprawdza się zadania innym - należy nie tylko odrabiać zadania domowe, ale oceniać pracę innych), ale to nie przeszkadza mu w ukończeniu kursu! Zadania można powtarzać i poprawiać. Do odważnych świat należy, dlatego do dzieła!

niedziela, 12 marca 2017

Ciążkie sprawy: Dzieci są niepotrzebne



Dzień dobry. Przyszłam wsadzić kij w mrowisko. Tak, z logicznego punktu widzenia dzieci nie są nam potrzebne.

Zdecydowana większość ludzi na wieść o tym, że spodziewam się dziecka reaguje entuzjazmem, część nie reaguje wcale, część pewnie zazdrości, a niektórzy mają odwagę spytać z rozbrajającą szczerością - dlaczego właściwie ludzie chcą mieć dzieci? Po co to?

Przygotowałam sobie kilka odpowiedzi na to pytanie. Moja odpowiedź numer jeden to:
Większość się nie zastanawia. Mnóstwo ludzi powołuje dzieci do życia przypadkiem. Czy nie jest miło, kiedy ktoś to robi świadomie i ma energię i chęć do wychowania potomstwa?

Jeśli inteligentni ludzie będą się zastanawiać i debatować o idei posiadania dzieci, poszukując w tym wyższego sensu, społeczeństwo będzie się starzeć (to już się dzieje w krajach wysoko rozwiniętych wśród ludzi dobrze wykształconych). W międzyczasie biedniejsze społeczeństwa, tudzież grupy społeczne po prostu się mnożą. Bo idą za instynktem, potrzebą chwili, nie mają dostępu do antykoncepcji. Te same osoby, które pytają "czemu chcesz mieć dzieci", na bank zawracają sobie też głowę pytaniem "czemu na świecie jest tylu idiotów?" A odpowiedź na oba pytania zawiera się w jednym zdaniu. Warto świadomie podjąć decyzję o dziecku, żeby na świecie było o jednego wartościowego człowieka więcej. Oczywiście mnóstwo wspaniałych ludzi zostało powołanych na ten świat przypadkiem i, kochani przez rodziców bądź nie, osiągają wspaniałe rzeczy - są dobrymi ludźmi, pomagają innym, a nawet dokonują przełomowych odkryć bądź stają się z różnych powodów sławni. To kolejny powód, dla którego nie warto się wzbraniać przed biologiczną potrzebą posiadania dziecka. Kto nie byłby dumny, obserwując swoje dziecko wspinające się na przysłowiowy szczyt?

Wczoraj na urodzinach znajomego w jednej poznańskiej knajpie, ktoś zarzucił temat (bez)sensu posiadania dzieci i już po chwili wyszła z tego dyskusja pod hasłem "po co nam te bachory", okraszona głośnym śmiechem. Ale kiedy w rozmowie przypadkiem wyszło, że jestem w ciąży, wszyscy zrobili się odrobinę bardziej delikatni, mimo że nie zachowałam się ani przez chwilę, jakbym była urażona. Po chwili odezwało się kilka innych osób mających/planujących dzieci i rozmowa była dalej luźna, ale nieco bardziej wyważona.

Dzisiaj jeszcze ciągle dzwoni mi w głowie to, o czym sobie gadaliśmy. No po co nam te dzieci? Z moralnego punktu widzenia, nie możemy już myśleć o nich jak o przedłużeniu rodu, bo nie mamy prawa wymagać, by się dalej rozmnażały, nie mamy nawet prawa się nastawiać na to, że będą hetero. Nie możemy liczyć na to, że przejmą rodzinną firmę, albo będą kontynuować tradycję jakiegoś zawodu, bo to by się wiązało z odbieraniem im pewnej wolności.

Możemy za to im przekazać pewne wartości, one mogą stać się nadzieją naszą i innych ludzi w walce o zachowanie Ziemi w dobrym stanie, w walce o równość, lepszą przyszłość. Możemy pomóc im stawiać pierwsze kroki, a potem mieć nadzieję, że także będą nas wspierać, kiedy już dorosną. Możemy patrzeć na poczęcie, życie płodowe i narodziny dziecka jak na swój udział w odwiecznym kręgu życia. Możemy się nawet pokusić o stwierdzenie, że jest w tym coś transcendentnego.

Ale wracając do inicjalnej tezy, z logicznego punktu widzenia dziecko potrzebne nie jest. To potrzeba biologiczna, do której można dorobić ideologię. Można dziecka też wcale nie pragnąć, nie odczuwać tego pierwotnego instynktu dążącego do przedłużenia swojej linii. W każdym razie - można spokojnie żyć bez dziecka. I ja swoim brzuchem nie mówię, że nie można. Ja swoim brzuchem nic nikomu nie udowadniam. Po prostu akurat chcę mieć dziecko, a jeśli ktoś nie ma na to ochoty, nie musi mi się tłumaczyć. Ani mojemu brzuchowi. Chociaż jak dziecko wyjdzie z mojego brzucha, a ty będziesz jego wujkiem lub ciocią, może cię kiedyś zapytać "dlaczego nie masz dzieci?"

Z dzieciństwa pamiętam, że dzieci myślą o rodzinie jak o czymś naturalnym. Według dzieci inne dzieci są super i po prostu ciężko im zrozumieć, jak ktoś mógłby nie chcieć ich mieć. Dla nich to oczywiste, że dzieci po prostu są. Ja nigdy tak naprawdę nie dorosłam. Gdzieś w środku jestem dzieckiem, które skacze jak piłka, kiedy myśli o tym, że na świat przyjdzie nowy towarzysz zabaw. Mam mu tyle do pokazania. Będzie naprawdę niesamowicie. W myślach widzę już nasze przygody.

niedziela, 19 lutego 2017

Zdalna praca w grupie - metody i programy


Wszyscy znamy grupy na Facebooku. Grupowe czaty. Prywatne wiadomości. Bardzo wygodne, kiedy chcemy coś ustalić, albo zrealizować zdalnie. Problem pojawia się, kiedy ktoś Facebooka nie ma lub zakładać nie chce. Albo jeśli ma się firmę, której działalność wolałoby się trzymać w tajemnicy, z dala od gigantów takich jak Facebook czy Google.

Firmowy "fejsbuk"


Z pomocą przychodzą strony takie jak Basecamp 3 bądź Tataka, pozwalające stworzyć coś na kształt portalu społecznościowego dopasowanego do potrzeb konkretnej firmy. Jako pracowniczka firmy, która stworzyła Tatakę, miałam okazję uczestniczyć w jej beta-testach. Niestety nie wiem, czy ciągle jest rozwijana, ponieważ już tam nie pracuję, a linki na stronie niestety nie działają.

Tataka
Basecamp 3
W Basecamp 3 można tworzyć różne podgrupy i projekty, dodawać zadania dla poszczególnych osób oraz generować raporty rozmawiać grupowo lub z pojedynczymi osobami. Niestety program jest bezpłatny tylko przez 30 dni, więc niezbyt nadaje się na przykład do organizacji czasu w kole naukowym czy innej grupie, która nie dysponuje dużym budżetem.

Podobnie działa Conceptboard (który oferuje jedynie 14 dni darmowego użytkowania).


Sprawy domowe

Używanie Basecampa do spraw domowych mogłoby się okazać przerostem formy nad treścią. Za to Kanban Tool idealnie nada się do zarządzania domem. Dlaczego nie polecam go dla grupy? Darmowo można go używać maksymalnie w dwie osoby.

Kanban to metoda zarządzania produkcją wywodząca się z Japonii. Jej podstawowym zamysłem jest kontrola procesu poprzez przerzucanie zadań do kolejnych segmentów tablicy.

Stworzyłam przykładową tablicę i udostępniłam ją mężowi. To najważniejsze zadania do wykonania w domu, którymi powinniśmy się zająć w przyszłym tygodniu. Selekcję swoich ubrań już rozpoczęłam, więc wrzuciłam ją do sekcji "working". "Backlog" to ogół wszystkich zadań. Do kategorii "waiting" będziemy je przerzucać (na przykład) w dniu, kiedy będziemy zamierzali je realizować. Do sekcji "done" przeciągniemy natomiast zakończone zadania.

Można wybrać różne warianty tabel (na przykład ktoś może uznać, że nie jest mu potrzebna sekcja waiting), kolory karteczek również można zmieniać dowolnie. Obowiązki mojego męża są oznaczone "OH", a moje "j".

Backlog, work in progress oraz done czy completed to powszechnie używane terminy w wielu programach do zarządzania czasem czy też systemach ticketingowych, które przydają się w dużych firmach.

Kanban

Koło naukowe lub nieformalna grupa

No dobrze, w takim razie jaka aplikacja będzie odpowiednia dla wspomnianych przeze mnie nieformalnych grup czy kół naukowych? Moja propozycja to Trello.

Trello
Można tworzyć grupy projektowe, rozmawiać, dodawać zadania i zarządzać dowolną liczbą osób - i to wszystko za darmo!

Post napisany w ramach zajęć "Sieciowe środowisko pracy".

Zdalna kontrola PC - tylko dla hakerów?



Kiedy pierwszy raz usłyszałam, że można zdalnie sterować komputerem, byłam przekonana, że takie rozwiązania stosują głównie hackerzy. Nic bardziej mylnego.

Obsługa klienta

Pracownicy obsługi klienta często korzystają z tej technologii, aby łączyć się z komputerami osób zgłaszających problemy. W ten sposób, zamiast tłumaczyć komuś przez telefon pół godziny co gdzie ma wpisać i na co poklikać, można rozwiązać wiele spraw w kilka minut. Jednocześnie klient ma możliwość śledzić nasze ruchy myszką i być może w przyszłości sam spróbuje rozwiązać problem, zanim się skontaktuje. W pierwszej pracy do tego celu używałam TeamViewera.

Pomoc współpracownikom

W drugiej pracy zaczęłam korzystać z Lynca (komunikator - Skype dla biznesu). Można było korzystać z niego zarówno do rozmawiania oraz wideokonferencji się z niektórymi klientami, jak i ze współpracownikami. Ma on również opcję współdzielenia ekranu i zdalnej kontroli. Czasem prościej i szybciej było po prostu komuś coś pokazać, oddając mu kontrolę nad swoją myszką. Wiele razy ktoś mi w ten sposób pomógł, a i ja nieraz rozwiązałam czyiś problem.

Rodzinne pogotowie techniczne

Mój mąż, odkąd wyprowadził się z domu, nie mógłby doraźnie pomagać swoim rodzicom z desktopowymi problemami, ponieważ dzielą ich setki kilometrów. Od kilku lat używa TeamViewera, żeby łączyć się z komputerem w swoim rodzinnym domu. Robi update'y antywirusa, sprawdza czy jest aktywny, czyści cookies i cache w przeglądarce, odinstalowuje niechciane pluginy, pomaga znajdować sterowniki i od razu przerzucić je na pendrive.

Lista linków (darmowe programy)

To tylko kilka przykładowych kontekstów, w których przydaje się zdalna kontrola PC. Jak wiadomo, potrzeba matką wynalazków...



Post napisany w ramach zajęć "Sieciowe środowisko pracy".

Darmowe komunikatory online: do zabawy i do pracy



Jeśli z jakiegoś powodu nie chce się używać Skype'a lub Facebooka, można sobie pokonwersować za pomocą programów online. Przedstawię tutaj 4 różne strony, które posiadają podobne funkcje, z których najważniejsze to:
  • czat
  • rozmowa głosowa
  • wideo

Talky


Jeśli nie mamy ochoty stwarzać n-tego konta, dobrą opcją będzie Talky. Można założyć zamknięty (zahasłowany) lub otwarty pokój, zapraszać do niego znajomych za pomocą linka, rozmawiać na głos, bądź na czacie oraz współdzielić ekran.

A póki się nudzimy, czekając na znajomych, możemy zagrać w prostą grę polegającą na sterowaniu niebieską rakietą z różowym dymem. Bardzo wciągające, jak widać po mojej minie. :D




FaceFlow


Drugą ciekawą opcją jest FaceFlow. Tutaj niestety rejestracja jest już wymagana, ale tylko od osoby, która tworzy pokój. Można robić to, co w Talky, oprócz grania w rakietę i współdzielenia ekranu. Na szczęście ten program ma inną zaletę godną uwagi. A mianowicie - może służyć do poznawania nowych osób z całego świata. Uzupełniając profil informacjami osobie zwiększa się szanse na to, że zagada do nas ktoś z podobnymi zainteresowaniami.



HipChat


W HipChat niestety można zaprosić osoby wyłącznie mailowo. Dodatkową funkcją, prócz czatu, rozmowy głosowej i wideo jest możliwość współdzielenia plików. Można też współdzielić ekran, oznaczać osoby podczas rozmowy, aby przykuć ich uwagę, a także używać emotikonów. Istnieje także opcja stworzenia wielu pokoi (każda konwersacja może dotyczyć czego innego i mogą brać w niej udział te same lub różne osoby).



Slackbot


W Slackbot, podobnie jak w HipChat, znajomych do czatu można zaprosić wyłącznie przez maila. Oba programy mają też generalnie podobne funkcje (różnią się drobnymi niuansami, ale nie będę wchodzić w szczegóły). Slackbot, jak sama nazwa wskazuje, posiada własnego bota. Można z nim trochę poczatować dla zabawy, ale jego główną funkcją jest samouczek.


Co do czego? 

Talky i FaceFlow są idealne do zabawy i spontanicznych rozmów.
HipChat lub Slackbot mogą się przydać do organizacji pracy zespołowej - w pracy, w grupie na studiach, czy na przykład w kole naukowym.

Post napisany w ramach zajęć "Sieciowe środowisko pracy".