piątek, 15 grudnia 2017

Dlaczego chodzę wszędzie jak krowa po łące i bezczelnie wywalam cyc



Ostatnio zrobiło się głośno o jakiejś strasznej babie, która chciała karmić dziecko w restauracji i nie chciała wyjść do kibla. A fuj. Pozwała restaurację i w dodatku wygrała proces. Przedstawiam moje stanowisko w tej sprawie.

Zdjęcie z Parku Vigelanda w Oslo. Tam to dopiero zacofanie. Gołym babom się pomniki stawia.

Dlaczego cały cyc musi być na wierzchu?

Cyc, zaraz, jaki cyc? Nie znoszę tego słowa. Więc jako dziewczynka i bezdzietna kobieta miałam biust, piersi, cycki, a teraz mam cyce, a może i wymiona, tylko dlatego, że jest na nich kilka rozstępów i leci z nich mleko? Hm... Ale zostawmy nazewnictwo. Czasem ktoś mówi "cyc" i nie ma w tym złośliwości. Innym razem mówi "cyc", a myśli "krowa".

W każdym razie, nie wiem, jak tam inne, ja karmię piersią.

Na początku, zanim zaczęłam karmić, myślałam, że wystarczy, jak dziecko złapie sutek. Potem okazało się, że musi z otoczką, inaczej to uszkadza sutek i cholernie boli, nie pozwala również na prawidłowe ssanie, a co za tym idzie, pokarm może nie wypływać lub wypływać go za mało.

Zakrwawione, pogryzione sutki, dwie sączące się rany - rzeczywistość prawie każdej matki karmiącej tuż po porodzie. I lanolina, lanolina, jeszcze więcej lanoliny.

No dobrze, więc wyciągam tylko kawałek - sutek z otoczką i za chwilę znowu wszystko zakryte, bo dziecko ma taki odruch, że stymuluje pierś do wypływu mleka, więc naciska w różnych punktach (wygląda to jak przypadkowe okładanie piersi, albo swojej główki - ups ;) , trochę miąchanie, trochę bicie). Jeszcze czasem rozewrze piąstkę, chwyta materiał, szarpie, przesuwa. Więc odsłaniam już pół piersi.

Niech sobie te atencyjne madki kupią bluzki do karmienia i karmią dyskretniej.

Bluzki do karmienia są drogie. Naprawdę. Zazwyczaj 50zł w górę, nawet te z H&M, które właśnie mają technologię polegającą na "wywalaniu cyca". Dyskretne karmienie = zakup ciuchów, które posłużą może kilka miesięcy, może pół, może rok-dwa. Nikt nie chce chodzić w byle jakich szmatach, więc żeby mieć bluzki na każdy dzień trzeba liczyć kilkaset złotych przy praniu raz na tydzień. Oczywiście, można biegać po lumpeksach, ale z małym dzieckiem to na początku meganierealne. Żadna z nas nie wie, ile będzie jej dane karmić. Bo czasem traci się mleko tak ot. Bo ktoś umiera. Bo sytuacja losowa. Bo nie wiadomo dlaczego. I kwestia pieluszki tetrowej jeszcze. Można ją położyć na dekolt, no tak. Ale dziecko może ją ściągnąć. Przymocować ją jakoś? Można próbować. Jedną ręką trzymając dziecko, jeśli wyszło się samej, które jest głodne i złe i może się wić jak węgorz. Przez pierwsze 3 miesiące zawsze zakładałam pieluszkę tetrową pod pierś (a więc i musiałam wyciągnąć jej więcej), bo inaczej mleko zalewało moją bluzkę i ubranko dziecka. Więc musiałabym kłaść pieluszkę pod pierś i na pierś i jeszcze to co chwilę poprawiać.


Jak w ogóle można karmić dziecko przy stole w restauracji?

I tak wtedy nie chodziłam do restauracji. Tylko do lekarza sama albo z małą. Siadałam gdzieś na uboczu i karmiłam, mimo mdlejących, obolałych rąk (mam cieśń nadgarstka, która nasiliła się w ciąży). Nigdy nie przeszkadzały i tym bardziej po tych doświadczeniach, nie będą mi przeszkadzać mi karmiące mamy, to jak karmią, to ich sprawa, to naprawdę nie jest łatwe, to nie jest jak podłączenie węża ogrodowego do kraniku (naiwna, sądziłam, że to takie banalne), pierś jest żywa, dziecko jest żywe, dużo się dzieje, dziecko nie zawsze chwyci od razu, czasem popłakuje w trakcie. Przysięgam, sto razy bardziej wolałabym wychodzić z domu zawsze umalowana, ubrana tak jak chcę, ogarnięta i chic, karmić sobie jakoś stylowo i spokojnie, ale sytuacje są bardzo różne, szczególnie jeśli jest się samemu. Na początku się wstydziłam, uciekłam 500 metrów z wrzeszczącym z głodu dzieckiem z Biedronki do samochodu na parking. A potem do domu. Teraz nakarmiłabym w sklepie lub pod sklepem. Nikt by nie doznał krzywdy, a ja mogłabym wrócić i wybrać, co bym chciała do jedzenia. Pamiętam jak po tym incydencie kilka tygodni nie jeździłam do sklepu, bo mieszkaliśmy na wsi. To była jedna z moich nielicznych rozrywek, ale postanowiliśmy, że dla dobra mojego i małej nie będziemy... Gdybym więcej pytała, rozmawiała z innymi mamami, może szybciej bym się odważyła po prostu ŻYĆ.

Niemowlaki-gówniaki nie powinny bywać niektórych miejscach, bo wyją.

Zdradzę sekret. Amerykańscy naukowcy odkryli, że w 90% przypadków niemowlę przystawione do piersi przestaje płakać. Instant. A jak to nie działa, normalni rodzice faktycznie wychodzą lub idą w jakieś ustronniejsze miejsce. Smoczek? Nie wszystkie dzieci w ogóle wezmą smoczek do buzi. Dlaczego? Weźcie sobie taki smoczek i possijcie. Mmm, ssanie gumy. Super, ekstra. Pycha. Mniam. Ostatnio ubierałam córkę do wyjścia w galerii handlowej i zaczęła płakać. Ludzie się gapili. Ktoś doradził smoczek, ktoś zapytał, czy nie pomóc. Za pomoc podziękowałam, poinformowałam troskliwą panią, że dziecko odrzuca smoczek. Szybko dokończyłam ubieranie, pożegnałam się, zawiązałam chustę - koniec płaczu, koniec spojrzeń i komentarzy. Powiedziałam "do widzenia" i wyszłam.

A teraz pytanie - jak kobiety, nie tylko samotne matki, mają nie wychodzić z domu same z dziećmi, skoro ktoś musi pracować, a one zostają same? Mąż ma robić wszystkie zakupy po pracy? Załatwiać za nie sprawy w urzędzie? Chodzić z nimi do lekarza?

Nie.
Da.
Się.

Albo się da. Zostać w domu, poczuć się bezradną, bujać dziecko w wózku na balkonie.
Gotować, śpiewać, robić kupę, jeść.
Przejąć rytm dziecka, nie robić nic dla siebie.
I wpaść w depresję.

Dziecko w domu też się nudzi, bywa bardziej płaczliwe - przynajmniej moje. Ponoć dziecko, które może towarzyszyć dorosłym w ich życiu dobrze się rozwija i uspołecznia. Brzmi logicznie, prawda?

A sama iść nie może?

A nie może. Zazwyczaj, nawet jeśli uda się odciągnąć mleko na zapas, kilkumiesięczne niemowlę i tak będzie się zastanawiać, gdzie u licha podziała się mama. I zamanifestuje to odpowiednio, zanosząc się głośnym płaczem. Jeśli chcę gdzieś iść i nie nadwyrężać psychiki męża, mam jakieś dwie godziny. Zazwyczaj jestem wtedy na uczelni.

Bo pierś to nie tylko mleko, czas przy piersi to też przytulanie, ciepło, bezpieczeństwo. Namiastka tego, co miało w brzuszku mamy. Poza tym malutkie dzieci nie rozumieją, że pierś nie jest ich częścią. To tak, jakby ktoś kazał ci nie używać przez kilka godzin ręki, albo ust i nie wytłumaczył, czemu.

Nie bój się

Karmię wszędzie. Nie bo chcę, bo muszę. Bo niemowlę nie rozumie "poczekaj". Nie chcesz oglądać cudzej piersi? No ja też nie przepadam. Nie patrzę po prostu. Młoda mama i tak napotyka wiele ograniczeń i musi się zmierzyć z tym, że jeśli chce wyjść, to musi wszystko zrobić przy dziecku i jeszcze przy sobie. Dla mnie każde wyjście to sukces i radość, poprzedzone często płaczem maluszka przy ubieraniu i moim stresem (czy niczego nie zapomniałam dla siebie, dla niego, czy nie mam podwiniętego ubrania?). Miałabym nie chodzić do restauracji? Do centrum handlowego? Uciekać do pokoju matki z dzieckiem, który nie zawsze jest dostępny? Nie czuję się w 100% komfortowo karmiących piersią gdzieś na korytarzu czy w sklepie, ale taka jest konieczność, więc się adaptuję. Jeśli jest opcja, szukam ustronnego miejsca, jeśli nie, to nie. Nikt do tej pory nie zwrócił mi uwagi.

Lista najciekawszych miejsc i okoliczności, gdzie karmiłam:
  • przedszkolny plac zabaw, w momencie gdy akurat zadzwonił dzwonek i mnóstwo dzieci szło do domu - jedno powiedziało mi nawet "dzień dobry"
  • środek lasu przy drodze, usiadłam na ściętym po lipcowych wichurach drzewie, karmiąc zapisywałam się na zajęcia ogólnouniwersyteckie na USOSie przez telefon (udało mi się)
  • podczas rzeczonych zajęć ogólnouniwersyteckich, na wykładzie - ale uwaga, córka nie chciała pić w świetle jarzeniówek i przy tylu osobach, więc mimo zgody wykładowcy, wyszłyśmy na korytarz
  • knajpka Kona Coast Cafe w Toruniu, przy stole, przy jednoczesnej próbie zjedzenia kanapki (wierzcie lub nie, byłam sama i inaczej się nie dało), nikt się nie gapił, ani nie komentował
  • elegancka restauracja Szeroka 9 w Toruniu, również przy stole, nikt nie powiedział ani słowa
  • usiadłam na niskim parapecie na korytarzu na uczelni, żeby nakarmić małą i wtedy z gabinetu naprzeciwko wyszła pani zajmująca się przyznawaniem stypendiów, zaprosiła mnie do środka, pokazała najbardziej komfortowy fotel w pustym pomieszczeniu obok swojego gabinetu i pytała jeszcze czy nie chcę przewinąć dziecka na biurku (!), podziękowałam i przewinęłam je w wózku. Dodatkowo opowiedziała mi wszystko o stypendiach. Między innymi dlatego dostałam stypendium naukowe, bo wiedziałam, że warto próbować, mimo że teoretycznie mogłam się nie załapać.
  • klatka schodowa w bloku mojej mamy, tuż przy wyjściu - był kryzys, a ja chciałam iść do centrum handlowego, a nie znów na górę, rozbierać, ubierać i znów na dół (litości!), wszedł listonosz, włożył listy do skrzynek, nic nie powiedział
  • u lekarza w gabinecie, żeby dziecko się uspokoiło, i to nie raz (lekarze są z tym zupełnie na luzie)
  • na korytarzu w studium języków obcych UMK, przed egzaminem zwalniającym z zajęć z języka obcego. Nakarmiłam piersią kilka razy, zdałam ten egzamin i teraz nie muszę "szczuć" moich kolegów i koleżanek podczas zajęć, bo na nie nie uczęszczam. Ha! Trolololo ;)
  • w holu biblioteki uniwersyteckiej - bo mam tam zajęcia i akurat tego dnia muszę być na zajęciach 3 godziny pod rząd, co daje 4h poza domem, czyli za dużo - jeździmy razem. Wychodzę, karmię, wracam do grzebania w InDesignie. Mąż czeka cały czas z młodą w pobliżu sali na wygodnych kanapach. Jeśli ktoś coś mówi, to wtedy, gdy chce pomóc (z wózkiem, przynosi zgubioną czapkę), albo się zachwyca, że mamy śliczne dziecko
  • na basenie w szatni i w holu - bo chodzę na basen w ramach wf-u (właśnie po wyżej wymienionych zajęciach) i dziecko chodzi ze mną, siedzi na widowni i czeka z tatą
  • u kumpeli lesbijki w domu, bo akurat byłam u niej w odwiedzinach, jadłam nachosy i gadałyśmy sobie. Nie miała z tym problemu. Jej dziewczyna też nie.
  • w przebieralni Tk Maxxie, nawet pieluchę tam zmieniałam. Uprzedziłam obsługę, zapytałam oczywiście, nie stawiałam przed faktem dokonanym. Nie było problemu.
Te wszystkie ordynarne dyskusje o świętych Matkach Polkach krowach z cyco-wymionami, wspinających się na pomniki i karmiących ostentacyjnie niczym Amazonki na rączych koniach... Te wszystkie dyskusje dzieją się głównie w internecie. Ja osobiście spotykam się tylko z życzliwością. I oby tak zostało. A niech ktoś spróbuje zwrócić mi uwagę, to...

a) opryskam go mlekiem i nakrzyczę na niego, jak bohaterka ostatnio popularnej miejskiej legendy
b) wytłumaczę merytorycznie, dlaczego robię to, co robię

Zgadnijcie, a czy b? :) I jeszcze jedno - spotkaliście kiedyś Matkę Polkę-krowę z cycami dyndającymi na wierzchu? Ja nie. Tylko raz, w szpitalu, odczułam pewien dyskomfort, kiedy koleżanka z sali poporodowej nieco zbyt dosłownie odebrała temat wietrzenia sutków i odpięła sobie napy z obu stron koszuli, pozwalając swojemu biustowi swobodnie... nieważne. Byłyśmy w szpitalu, tak? Nic jej nie powiedziałam, bo oddział ginekologiczno-położniczy to w skrócie: Gołe cipki, gołe tyłki, gołe cycki, gołe brzuchy, gołe noworodki. Krew, szwy, płacz, radość, strach. Życie. Ale o tym może innym razem.

A na koniec pozwolę sobie skorygować tytuł posta, za pomocą odpowiedzi na to retoryczne pytanie.

Chodzę wszędzie jak wolny człowiek, bo mam do tego prawo - bycie matką nie oznacza, że trzeba zostać w domu, a karmię piersią, ponieważ moje własne mleko jest najlepszym pokarmem dla mojego dziecka.

Zanim zwrócisz uwagę karmiącej mamie lub wulgarnie się do niej odezwiesz, pamiętaj, że zawstydzanie matki karmiącej dziecko w miejscu publicznym jest niezgodną z prawem formą nierównego traktowania.

Everybody knows that we live in a world
Where they give bad names to beautiful things
Everybody knows that we live in a world
Where we don't give beautiful things a second glance

Heaven only knows that we live in a world
Where what we call beautiful is just something on sale
People laughing behind their hands
While the fragile and the sensitive are given no chance



...bo pomijając czysto praktyczne aspekty, karmienie piersią może być jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie przydarzają się w życiu kobiety. Ale w to nie musisz wierzyć. Za to musisz mieć szacunek do karmiącej mamy.

Amen.

PS. Podczas pisania tego artykułu nie ucierpiało żadne dziecko. A już na pewno nie moje, bo było karmione chyba ze trzy razy. :D

piątek, 1 grudnia 2017

Co zrobić, żeby wszyscy cię lubili - prosta instrukcja



Pierwszy grudnia. Powoli zaczyna pachnieć świętami. Ostatnie kilka dni upłynęło mi pod znakiem refleksji nad relacjami z otoczeniem. Temat bardzo na czasie i ważny w okresie, który kojarzy się z dobrocią, ciepłem i pochyleniem się nad drugim człowiekiem.

Zawsze było mi przykro, kiedy ktoś bez wyraźnego powodu okazywał mi niechęć. Najgorsze jest to, że mimo że (zwykle) nic nie da się w takiej sytuacji zrobić - zawsze próbowałam i w większości przypadków polegałam. Na szczęście te doświadczenia czegoś mnie nauczyły i postanowiłam to przekuć w prosty instruktaż.

KROK 1: Czy są realne powody dla których ludzie Cię nie lubią?
Skoro zastanawiasz się, co zrobić, żeby wszyscy cię lubili, to znaczy, że ktoś cię nie lubi. Prawdopodobnie nie chodzi o jedną osobę. Czy zastanawiałeś się dlaczego tak jest? Spójrz na siebie z boku, oczami innych i zastanów się - może coś jest z tobą nie tak? Może przychodzisz spocony do pracy/na zajęcia i trudno koło Ciebie wysiedzieć? Może Twoje żarty nikogo nie śmieszą, bo są wredne? Poszukaj negatywnych zachowań u siebie. Widzisz coś? Czas na KROK 2. Jeśli nie, przejdź to KROKU 3.

KROK 2: Dążenie do zmiany.
Zastanów się w jaki sposób możesz popracować nad sobą. Nie chodzi o to, żeby się zmieniać pod publikę, czy przestać irytować innych - chodzi o to, żeby stać się lepszą osobą. Przykładowo: wyzbyć się złośliwości, chamstwa, popracować nad higieną osobistą...

KROK 3: Czy to są "twoi ludzie"?
Nie widzisz w swoim zachowaniu i postawie niczego krzywdzącego, a nadal istnieją ludzie, którzy gromią cię wzrokiem? No dobrze, a może po prostu... nie zgrywacie się pod względem charakterów? Może oni po prostu nie mają ochoty się z Tobą kumplować. A może odczuwają z jakiegoś powodu zazdrość lub nawet zawiść, choć nigdy nie było Twoją intencją, aby takie uczucia wywołać? Przyszło Ci do głowy, żeby zostawić ich w spokoju? Tak, tak po prostu. Tak, bez walki. Nie próbuj im się przypodobać na siłę. Jeśli nie robisz im nic złego, możesz z czystym sumieniem żyć obok nich i nie przejmować się, co sądzą na Twój temat.

KROK 4: Jak rozpoznać "twoich ludzi"?
Na pewno znasz ludzi, którzy Cię lubią, doceniają, kochają. Tak, zaskoczę Cię, liczą się też ciocie, wujkowie i Twoja babcia, która zawsze chce, żebyś zjadł co najmniej dwa obiady. Młodsza koleżanka, której oczy świeciły się na Twój widok, bo za coś cię podziwiała. Znajomy z pracy, z którym nigdy nie wychodzisz po godzinach, ale zawsze pijecie razem kawę. Ta jedna osoba, która zawsze lajkuje Twoje posty na Facebooku, a Ty bierzesz to za pewnik, więc nie zwracasz uwagi. Ktoś, kto często odzywa się pierwszy, zanim zdążysz o nim pomyśleć. Czy telefonujesz/piszesz do nich regularnie? Wysyłasz im kartki z wakacji? Pamiętasz o ich urodzinach? Zrób rachunek sumienia. Bądź blisko tych, którzy zawsze są dla Ciebie. Okazuj im sympatię, dawaj znać o tym, co u Ciebie słychać. Odnów stare przyjaźnie. PS. Mam nadzieję, że pamiętasz o swoich domownikach? Siedzienie przy komputerze i płakanie nad internetowym hejtem nie polepsza Waszych relacji. Wyłącz komputer, ciśnij komórkę w kąt i przytul się do kogoś.

KROK 5: "No dobrze, ale to dalej nie znaczy, że wszyscy mnie lubią."
Oczywiście, że nie. Może walnę durnym truizmem, ale na ziemi jest 7,2 miliardów ludzi. To oznacza, że wszyscy Cię nawet nie poznają. Po prostu zmień swoją definicję "wszyscy". Zacznij mieć na myśli nie wszystkie osoby, jakie kiedykolwiek spotkałeś na swojej drodze, ale wszystkie, które otaczają cię na codzień i są dla Ciebie ważne. A co jeśli są osoby, które należą do Twojej rodziny, zależy Ci na nich i macie trudne relacje?

KROK 6: Trudne i ważne relacje

Trudnym relacjom rodzinnym najlepiej robi:

  • dystans, rzadsze spotkania - ale nie ich brak!
  • wychodzenie z inicjatywą, kierowanie rozmowy na osobę, która ma tendencje do niezadowolenia, dokuczania, pytanie o jej sprawy i interesowanie się jej życiem (oczywiście w sposób życzliwy)
  • przyjmowanie krytyki ze spokojem (rozumiem, dziękuję za rady, zastanowię się nad tym) i nie braniem ich głęboko do siebie
  • zakazanie sobie obmawiania trudnych osób, dozwolone jest jedyne wyżalenie się komuś, wyrzucenie z siebie negatywnych emocji, ale bez określeń wartościujących (więc nie "ten wujek to debil", tylko "wujek często rani mnie swoim podejściem do dyskusji")
KROK 7: Zrób coś dobrego dla innych.

Wolontariat to coś, co ogrzewa serce. Nagle mniejsze znaczenie mają twoi skrzywieni koledzy z pracy, jeśli w soboty wyprowadzasz pieski w schronisku i one Cię uwielbiają. Nie jest Ci straszny kolega-troll, który zawsze głupio komentuje Twoje wpisy w internecie, kiedy dzieciaki z domu dziecka lub oddziału onkologicznego uśmiechają się za każdym razem, gdy Cię widzą. Szef, który próbuje Cię zrównać z ziemią może się gonić, bo jesteś dawcą krwi i zadeklarowałeś, że w razie swojej śmierci zgadzasz się na zostanie dawcą narządów. Jesteś dobrym człowiekiem, wiesz to.

Fajna perspektywa? Spróbuj i przekonasz się, jaki to świetny sposób na zbudowanie poczucia własnej wartości i w dodatku zrobienie czegoś dobrego dla świata.


Powyższe 7 kroków sprawdziłam na sobie. Działają. Czasem muszę sobie o nich przypominać, dlatego łatwiej będzie mi po tym, gdy już zostały spisane. A może macie swoje sposoby, albo uwagi do tego schematu. Dajcie znać w komentarzach!

czwartek, 16 listopada 2017

Pieluchy wielorazowe #1 - rodzaje, zalety, nasze początki, błędy i koszty



Jeszcze przed urodzeniem Lilii mieliśmy chęć, żeby spróbować pieluch wielorazowych, bo to i tanio i ekologicznie. Jednak pierwszy miesiąc był batalią o przetrwanie, nawet nie dlatego, że noworodki często maja przerywany sen, czy z powodu ciągłych wrzasków w domu, które szybko przestały niepokoić (choć nie irytować) naszego kota. Blizna po cięciu cesarskim była jeszcze świeża i bolesna, a do tego miałam silne objawy zespołu cieśni nadgarstka. Pamiętam, że przeszło mi wtedy przez myśl, że nie dam rady, że jednorazowe pieluszki już z nami zostaną. Jednak miałam wyrzuty sumienia z powodu piętrzących się za naszą sprawą toksycznych odpadków...

I w końcu nadszedł ten moment, a było to trochę ponad miesiąc po urodzinach córki, czyli w sierpniu, kiedy zabrałam się za research. Research kogoś, kto uważa, ze nie ma czasu i nie uznaje rozmów z innymi mamami (bo jeszcze będą za dużo gadać  i na pewno się pogubię - ach, mój błąd).

Zanim jednak napiszę, jak przebiegały nasze początki, wytłumaczę, na czym w ogóle pieluchowanie wielorazowe polega.

Rodzaje pieluch wielorazowych

  • każdy z typów może posiadać rzepy lub napy
  • warstwą nieprzemakalną może być wełna lub PUL
Tak pokrótce - AIO (all in one) jest jak pampers, jak jest zabrudzony czy zasiusiany, całość idzie do prania. Może schnąć dłużej, niż pozostałe typy pieluszek, choć zależy to od linii i producenta. SIO (snap in one) składają się z otulaczy (wełnianych lub PUL-owych) i wkładów przypinanych w środku na napki. W wypadku zabrudzenia/zasikania do prania zwykle idzie sam wkład, chyba że zdarzy się większa katastrofa. Kieszonki to pieluszki, które (jak nazwa wskazuje posiadają) kieszonki, do których wkłada się wkłady. Nasze ulubione to takie, które od strony pupy dziecka mają warstwę mikropolarku - sprawia ona, że dziecko nie czuje mokrego (lub czuje je mniej, podobnie działa welur syntetyczny; oba typy materiałów gwarantują większy poziom suchości niż jednorazówki). Mogą być jednak z różnych materiałów. Po zabrudzeniu/zasikaniu - i pielucha i wkład do prania. Otulacze w końcu mogą być z wełny lub PULu. Oprócz otulaczy z wełny są jeszcze gatki. Otulacze oraz gatki służą do tego, żeby trzymać wkłady i żeby nic nie przeciekało. Wełniane gatki i otulacze nie przepuszczają mokrego dzięki warstwie lanoliny pokrywającej ich włókna. Cała reszta opcji "zewnętrznych" (AIO, SIO, kieszonki) ma od zewnątrz PUL. Wkłady dzielą się z kolei na naturalne i syntetyczne. Syntetyczne zazwyczaj są mniej chłonne, ale za to dzieci nie czują w nich aż tak mokro. Rozwiązaniem problemu chłonności będzie wkład naturalny + wkładka "sucha pupa" (gdy używa się otulacza) lub używanie kieszonek. Formowanki to typ wkładów które wyglądają jak pampersy, ale chłoną całą powierzchnią, więc wymagają dodatkowo otulacza. Do gatek wełnianych najlepiej używać prefoldów (typ wkładu) spiętych klamerkami snappi, tetry spiętej snappi lub formowanek. Do otulaczy i kieszonek można wkładać najróżniejsze wkłady, czasem nawet po kilka na raz. Testując samemu szybko da się zorientować, co najlepiej działa.

Szerzej (i z obrazkami!) ten temat opisała Ekomatka. Polecam zajrzeć, szczególnie ze względu na infografikę!

Istnieją też wielorazowe pieluszki kąpielowe oraz majtki treningowe, a także wiele różnych mniej lub bardziej przydatnych gadżetów wielorazowych dla dzieci i mam. Wkładki laktacyjne, podpaski, podkłady, waciki, myjki (zamiast jednorazowych chusteczek nawilżanych)...

Zalety pieluchowania wielorazowego


  • Mniejsze ryzyko odparzeń (nasz biedny noworodek na jednorazówkach miał stale jakieś podrażnienia, teraz jest fantastycznie, a krem stosujemy raz na kilka dni!)
  • Dziecko ma mniej kontaktu z chemikaliami (pieluchy jednorazowe są ich pełne)
  • Mniejsze wydatki w perspektywie całego okresu pieluchowania
  • Mniej śmieci na naszej pięknej planecie
  • Wzorki i design pieluszek cieszy oko
  • Mniejsze ryzyko przecieków przy dobrym dopasowaniu pieluszek

Nasze początki

Kupiliśmy 2 kieszonki, które używaliśmy jak otulacze, ponieważ nasze dziecko w drugim miesiącu życia nadal wymagało bardzo częstych zmian pieluszek - obojętnie czy były to pampersy czy wielorazówki. Tak małe dzieci po prostu często robią kupkę, a jak wiadomo, kiedy się pojawi, trzeba zmienić. Do tego zaopatrzyliśmy się w kilka wkładów - z mikrofibry, tzw. bambusowo-węglowe (tak zwane, ponieważ w środku i tak jest mikrofibra) i bambusowe. Nasz zestaw testowy starczał na pół dnia, spodobało nam się i dokupiliśmy więcej pieluszek - tym razem otulaczy i kilkanaście wkładów bambusowo-węglowych, ponieważ jak na tamten moment miały dobrą chłonność i szybko schły. Bambusowe wkłady powodowały płacz zaraz po jednym siknięciu, a czysta mikrofibra, choć tania, używana w otulaczach zwiększa ryzyko odparzeń, ponieważ wysusza skórę przy bezpośrednim kontakcie (dowiedziałam się tego dopiero po pierwszych zakupach).

Nasz system sprawdzał się do momentu, aż córeczka zaczęła dłużej spać w nocy i pieluszki zaczęły przeciekać po kilku godzinach (ups!) Dlatego teraz sięgnęliśmy po chłonniejsze rozwiązania. W dzień pieluchujemy jak dotąd - otulacze + różne wkłady, czasem tetra; na noc zakładamy kieszonki lub otulacze z bardzo chłonnymi wkładami (przy otulaczach jest konieczne dokoptowanie wkładki "sucha pupa").

Nasze błędy

  • kupiliśmy zestaw testowy nie robiąc researchu, nie prosząc nikogo o pomoc
  • pominęliśmy możliwość wypożyczenia pieluszek na testy
  • przestraszyliśmy się wielopieluchowania od urodzenia (niepotrzebnie!)
  • kupiliśmy najtańsze pieluszki, które nie leżą najlepiej (tzw. chinki - produkowane w Chinach), robiąc (szczególnie u malutkich niemowląt i noworodków) "efekt wielkiej pupy"
  • praliśmy pieluszki bez prania wstępnego, więc po kilku tygodniach zaczęły brzydko pachnieć i potrzebowały dodatkowego oczyszczania
  • później praliśmy pieluszki z praniem wstępnym, ale to też nie było właściwe rozwiązanie - właściwie jest włączać najpierw płukanie i wirowanie, a dopiero potem zwykłe pranie na 40 stopni z odkażaczem (np. Nappy Fresh) lub na 60 stopni (nie potrzeba prania wstępnego, ale lepiej też, aby to nie był program szybki)

Nasze koszty

Pierwszy skromny zestaw testowy kosztował 111 zł, już z wysyłką. W tamtym czasie nie wiedzieliśmy o pieluchotekach czy ogólnopolskim teście pieluszek wielorazowych... Ale na to przyjdzie pora w kolejnym wpisie. Teraz powiem tylko, że dobijamy do 4 miesiąca życia córki, a nasze łączne wydatki na pieluchy wielorazowe i niezbędne do nich akcesoria wyniosły nas łącznie 745 zł. Czy to dużo, czy mało, to już każdy oceni sam. Na razie nie chcę szczegółowo opisywać, co i dlaczego kupiliśmy, to będzie materiał na inny wpis. Ten miał być tylko zarysem i zajawką na temat wielopieluchowania. Będę co jakiś czas informować, jak nam idzie, a na razie idzie super i jesteśmy w trakcie testowania nowych rozwiązań!

niedziela, 10 września 2017

Niezbędnik młodej mamy - geeka. TOP 3 pomocne gadżety dla rodziców noworodków i niemowląt


Cześć i czołem! To mój pierwszy wpis po porodzie, więc - drodzy rodzice i przyszli rodzice - TAK, BĘDZIE O DZIECIACH, HURRA! :D

Cała reszto - niestety będzie o dzieciach. Możecie poczytać na dobranoc, jeśli dobrze wam się zasypia przy nudnych tekstach, napisać w komentarzu "tl;dr" (żebym wiedziała, że tu byliście), albo kliknąć na krzyżyk w prawym górnym rogu.

Ekhem.

"Początkowym znaczeniem słowa geek była osoba wykonująca nietypowe akty w cyrku, takie jak odgryzanie głowy żywej kury."

Dziękuję, Wikipedio. Jesteś absolutnie niezastąpiona. Właściwie chodzi mi bardziej o tę definicję:

"Przedmiotem zainteresowania geeków są najczęściej nowoczesne technologie, ale ważniejsze niż dziedzina jest siła, z jaką geek oddaje się swojej pasji."

Pewnie i tak to wprowadzenie nie było nikomu potrzebne, no więc do rzeczy. Dzisiaj będzie o moich trzech hitach, które ratują mi skórę niemalże od samego początku.

I nie, nie będzie to trio ze zdjęcia czyli mój nowy ultrabook, cztery paczki wkładek laktacyjnych z Oszą i czekolada.

1. Aplikacja Baby Manager

Pozwala co bardziej nierozgarniętym chaotycznym umysłom na monitorowanie, z której piersi dziecko piło ostatnio. Ale na tym nie kończą się możliwości tego programu. Można zapisywać także czas karmienia (włącza się stoper lub robi to ręcznie), ilość mleka odciągniętego laktatorem, ilość mleka matki/modyfikowanego podawanego butelką, ilość zmienianych pieluch (a nawet ich zawartość) oraz czas snu. Dodatkowo można dodawać pomiary (waga, wzrost i obwód głowy), a dla bardziej ambitnych i skłonnych zapłacić dostępne są opcje premium - kąpiele, spacery, temperatura, leki, nastrój, leżenie i notatki. Jedna opcja premium jest dostępna za darmo. [Pobierz tutaj]


Jeśli kogoś przeraża wpis "9 dni temu" przy ikonie pieluszki, to spieszę z wyjaśnieniem, że zrezygnowałam z monitorowania ilości zużytych pieluszek. :P


2. Aplikacja Baby Sleep

Chyba już prawie każdy słyszał o słynnym Szumisiu - misiu o wyglądzie szarej ośmiornicy (od szyi w dół oczywiście), wydającym z siebie hipnotyczne miłe dla ucha niemowlęcia szumy. Niestety Szumiś kosztuje miliony monet, czyli około stu złotych. Opcja dla biedaków i skner to odpalanie różnych szumów na komputerze i smartfonie (na YouTube można znaleźć przecież wszystko), namiętne odkurzanie i suszenie włosów częściej niż potrzeba. U mnie sprawdza się aplikacja, która pozwala odpalić na szybko jakiś kojący dźwięk, dziecko szybciej dzięki temu zasypia (jak sama nazwa wskazuje), a ja mam chwilę, żeby odetchnąć. [Pobierz tutaj]



3. Książka Dzieciozmagania

Kiedy zostaje się rodzicem, czasu nagle jest mniej, a chęci do przyswajania nowych informacji mogą się gdzieś nagle ulotnić. Humorystyczny charakter książki "Dzieciozmagania" pozwala połączyć przyjemne z pożytecznym - można się i pośmiać, i szybko zorientować się na wiele tematów. Książkę poleciła mi koleżanka poznana na szpitalnej sali. I ja także będę wszystkim polecała. ;) To opasłe tomiszcze, ale zawiera porady dotyczące pierwszych pięciu lat życia dziecka. Nie trzeba też czytać po kolei, można rozdziałami lub korzystać z indeksu na końcu, by wyszukać konkretne zagadnienia. [Kup tutaj najtaniej - porównaj ceny]

Post udostępniony przez Julia Irmina Hladiy (@pyszczucha)

Jeśli macie jakieś swoje hity, to śmiało przedstawcie je w komentarzach!

poniedziałek, 3 lipca 2017

7 rzeczy, które ludzie wiedzą o mojej ciąży, ale ja nic o nich nie wiem



Niektórzy się zastanawiają - jak rozmawiać z kobietą w ciąży? Kobieta w ciąży nie jest kosmitą, można z nią rozmawiać normalnie. Ale jeśli masz w głowie jakieś "interesujące" stereotypy, zacznij lepiej zdanie od "czy to prawda...", "czy sądzisz, że..." zamiast wygłaszać opinie. Bo cokolwiek ci się wydaje na temat twojej koleżanki w ciąży, możesz się po prostu mylić. Każda kobieta jest inna, każda ciąża jest inna. Jedne kobiety sobie radzą lepiej z takimi samymi objawami, inne gorzej.

Dodam jeszcze, że oczywiście miło mi, kiedy ktoś pyta, jak się czuję. Ale jeśli zaczynam rozmowę na inny temat, a mój rozmówca nagle ma w oczach różowe jednorożce i pyta z braku laku, jak tam moje dzidzi (nie kończąc poprzedniego wątku), to zastanawiam się, czy moje hormony działają mocniej na niego niż na mnie. Jestem w ciąży, ale nie jestem ciążą, okej?

Przez dziewięć miesięcy uzbierało się trochę kwiatków. Większość z nich zasłyszałam kilka razy, dlatego zapadły mi w pamięć. Nie będzie jakoś specjalnie miło, bo mnie te sytuacje nie śmieszyły i czułam się mniej lub bardziej urażona słysząc takie pierdoły. (WIĘC MOŻE JEDNAK PUNKT TRZECI TO PRAWDA?! Sądzę, że nie. Reagowałam zawsze spokojnie. Ale jestem z tych, co wymyślają doskonałe riposty post factum, więc daję temu upust dzisiaj.)

1. "Te leki są bezpieczne w ciąży... o ile jest pani w ciąży".
Na początku ciąży przyszłam do lekarza, nie miałam jeszcze zrobionego pierwszego USG i założonej karty ciąży, ale test apteczny wyszedł pozytywny i zatrzymała mi się miesiączka. Byłam chora - kaszląca i smarkająca, a lekarz na odchodne poczęstował mnie powyższym komentarzem. Dzięki, tego mi było trzeba.

2. "Smakuje ci ogórek z nutellą? Hehehe. A co innego dziwnego jesz?"
Nie, nie smakuje. Jem normalnie. To, że kobiety w ciąży mają ochotę na dziwne rzeczy może i jest prawdą, ale nie w wypadku ich wszystkich. Słyszałam to pytanie z tysiąc razy i za każdym miałam ochotę strzelić pytającego w głupią roześmianą mordę. Wzdychałam tylko i mówiłam, że jem normalnie, a niedowierzająca morda powoli zmieniała wyraz na trochę mądrzejszy.

3. "Masz wahania nastroju."
Nie bardziej niż wcześniej. Powiedziałabym nawet, że się uspokoiłam i w ogóle nie odczułam wpływu hormonów na mój nastrój. To, że tak piszą w książkach, a nawet że wszystkie koleżanki tak miały, to nie znaczy, że każda ciężarna jest niestabilna psychicznie.

4. "Będzie pani tyła do samego porodu"
... powiedziała pani dietetyk na szkole rodzenia. Swoją drogą, już nie chodzę na szkołę rodzenia, bo po 2 spotkaniach stwierdziłam, że 95% przekazywanej tam wiedzy miałam wcześniej i zapewne jestem w stanie wszystkie informacje pozyskać z internetu oraz książek.

Pani dietetyk w szkole rodzenia plątała się w zeznaniach. Mówiła, że nie jest dobrze jeść za dużo owoców, ale oczywiście potwierdziła, że lepsze to, niż czekolada. Coś marudziła, że od owoców można przytyć i lepiej jeść warzywa. Ale też mówiła, że nic na siłę. Albo twierdziła, że warzywa i owoce z marketów to pryskane zło na sterydach, ale przyznała mi, że pani Grażynka w sklepie osiedlowym może mieć tego samego dostawcę (umówmy się, nie hoduje bananów i batatów na swojej działce w Wygwizdowie Górnym). No to pytam, czy myć warzywa i owoce sodą oczyszczoną, a dietetyk prawie się śmieje, mówiąc, że nie należy popadać w paranoję.

PS. Na razie przestałam tyć, jestem w 36 tygodniu i przybrałam 10-11kg (waga mi się odrobinę waha). Moja waga stoi w miejscu od prawie czterech tygodni. Nawet jeśli przybiorę, to już niewiele, a uśmiech pani dietetyk sugerował coś odwrotnego. Skrajną otyłość od pierniczonych nektarynek.

5. "A ma pani bliźniaki? Bo moja kuzynka..."
Miałam normalny brzuch, dwudziesty któryś tydzień ciąży, a koło windy na uczelni napadł na mnie egzaltowany student historii (w garniturze). Mówił, że żałuje, że nie jest księdzem, bo by mi pobłogosławił. Zaczął mamrotać słowa błogosławieństwa po łacinie. Nie dawał się uspokoić koleżankom. Zadawał głupie pytania, typu - jak to jest mieć taki brzuch, bo jego wujek jest gruby i mu niewygodnie; czy mam bliźniaki, bo jego kuzynka miała taki brzuch i miała bliźniaki... Nie chciał mi mówić na ty, bo stwierdził, że nie potrafi tak do kobiety w stanie błogosławionym. A mogłam iść schodami. Bo wbrew pozorom, mimo że wyglądam, jakby mi ktoś doczepił do brzucha dużą kulę do kręgli, po schodach chodzę bez problemu nawet w 9 miesiącu. Przeskakując po dwa schodki, w te lepsze dni oczywiście.

W każdym razie namolny student jeszcze na sam koniec zrobił mi siarę przed swoim rokiem i oznajmił wszystkim siedzącym pod salą (lazł za mną), w którym tygodniu ciąży jestem. Żałuję, że nie powiedziałam mu, że jesteśmy na kampusie, a nie w ZOO typu safari i że nawet żyrafa obraziłaby się o tyle głupich komentarzy.

6. "Jesteś w ciąży, więc możesz [wpie#dalać tyle słodkiego ile dusza zapragnie]"
Nie, nie mogę. Bo to wszystko trafia do dziecka. Z drugiej strony tak samo nie podobał mi się odruch znajomego, kiedy nie chciał mi podać soli. Z ciążą jest tak (prosta kalkulacja): je się najzdrowiej, jak na to pozwala budżet, czas i chęci. Jeśli przyciska głód, albo mdłości nie pozwalają myśleć, lepiej zjeść frytki, niż zemdleć. Jeśli ma się ochotę zjeść pizzę, to nie urodzi się od tego upośledzonego dziecka. Nawet jak się zje 10 pizz w ciągu całej ciąży. Ale jeśli ciężarna odmawia ci ciastka, to jej kurde nie wciskaj, że może, bo chuda, bo za dwoje, bo inne g#wno. Pozwól ciężarnej decydować, bo jeśli wciskasz coś jej, wciskasz to też jej dziecku.

7. "Na pewno masz straszne gazy."
A coś czujesz? No właśnie. To zależy od tego co się je. Organizm jest bardziej czuły, ale naprawdę da się uniknąć zmieniania każdego pomieszczenia w komorę gazową. A nawet jeśli nie, to znowu - to kwestia, że tak powiem, osobnicza.

8. ULTIMATE BONUS: "Niedługo nie będziesz miała czasu/już nie będzie tak fajnie. Relaksuj się póki możesz. WYŚPIJ SIĘ."
Moja odpowiedź: chyba ty. Czas na to, co jest ważne, znajdzie się zawsze. Kwestia priorytetów. Więc już nie mów mi, jak to strasznie będzie. Może i nie będę zawsze wyspana, ale nie da się przez pół roku spać, żeby wyspać się na zapas. Jak chcesz to spróbuj. Mi się nie chce.

W kolejnym odcinku - co mnie zaskoczyło na plus w zachowaniu otoczenia. Żeby nie było, że jestem taką negatywnie nastawioną zołzą ;)

środa, 28 czerwca 2017

Architektura informacji - czym jest, gdzie i po co to studiować?



Ten niezręczny moment, kiedy ktoś mnie pyta "co studiujesz?"... a ja zastanawiam się, czy odpowiedzieć "architekturę informacji" i się tłumaczyć, czy też powiedzieć "taką jakby informatykę" albo "studia związane z branżą informatyczną". A może po prostu zażartować, że "studiuję internety"?

Moim marzeniem jest, żeby ludzie nie patrzyli na mnie z głową przekręconą na bok jak sowa i nie zastanawiali się, co mi u licha odbiło. I poniższy artykuł będzie krokiem w tym kierunku. Przynajmniej w rozmowach online będę miała możliwość go podesłać, zamiast streszczać się w kilku słowach i zastanawiać za każdym razem od początku, jak opisać kierunek, którego szukałam przez kilka lat i w końcu pojawił się znikąd na moim facebookowym wallu (a właściwie to nie znikąd, o czym również się uczymy na studiach, na przedmiocie dotyczącym wyszukiwania informacji - algorytmy fejsa zrozumiały, że szukam studiów związanych z IT i wyrzuciły mi odpowiednią reklamę).

Poniższe nagłówki to popularne oskarżenia wobec architektury informacji. No to... bronimy się!

Architektura informacji - czyli coś z architekturą?
Tak, ale nic z budynkami. Słowem-kluczem jest tutaj bardziej "informacja". Wszyscy chyba mieli w szkole przedmiot "technologia informacyjna", a samo słowo "informatyka" również ma związek z informacją. Bo w informatyce chodzi w zasadzie o przetwarzanie informacji przez komputery. A że komputeryzacja postępuje, z urządzeń elektronicznych, najczęściej z dostępem do internetu korzysta coraz więcej osób. Potrzebne są dla nich odpowiednie interfejsy użytkownika, grafiki, opisy, dobrze zaprojektowane strony i kryjące się za nimi bazy danych. Dobrze jest, kiedy wyszukiwarka na stronie lub w aplikacji działa bez zarzutu, bo inaczej irytuje. I takie rzeczy właśnie może ogarniać architekt informacji. Musi być humanistą, ale nie w sensie, że być durniem i nie znać się na matmie. Musi być humanistą w dawnym rozumieniu tego słowa, bo jego specjalizacja ociera się o wiele dziedzin - sztuki wizualne, dziennikarstwo, języki obce, no i oczywiście informatykę.

Ten kierunek brzmi jak jakiś wymyślny bajer.
No cóż, powiem tak, jako niedoszła absolwentka Wyższej Szkoły Informatyki i Umiejętności (w skrócie WSIU, nie pytajcie) na kierunku artystyczna grafika komputerowa, mogę zapewnić, że ciocia Wikipedia jest raczej bezradna, kiedy pytacie jej o co z tym chodzi.

I tak, jestem trochę "be" i robię antyreklamę, ale to uczelnia, której oddział w Bydgoszczy posypał się z kretesem i naprawdę nie polecam studiowania tam, chyba że ktoś lubi zabawę w kotka i myszkę, czyli odchodzących bez uprzedzenia wykładowców, wiecznie skracane zajęcia, przesadny luz, wysokie opłaty i problem z zakupem oprogramowania przez uczelnię.

Natomiast architektura informacji wykładana jest na publicznych, renomowanych uniwersytetach (UMK w Toruniu, UMCS w Lublinie, UP w Krakowie) i ma swoje hasło w Wikipedii, nie jest więc dziedziną wymyśloną na potrzeby marketingowe czy kolejnym wabikiem na naiwnych maturzystów. Od tego roku architektura informacji pojawiła się również na WSB w formie specjalizacji.

PS. Ładny opis kierunku znajduje się na stronie otouczelnie.pl.

A po tym jest jakaś praca?
Tak, oczywiście. A zresztą nie wypada pytać kogoś, kto doszkala się dla własnej satysfakcji i ma całkiem przyzwoicie wyglądające CV. Czy ja mogę się mylić?! Nie no, pewnie, mogę, ale tym razem jestem przekonana, że się nie pomyliłam.

To dziedzina, która intensywnie się rozwija. Na informatyce niekoniecznie nauczysz się robić strony internetowe i prowadzić media społecznościowe. A jeśli to właśnie takie rzeczy cię kręcą, to dlaczego masz się wybierać na studia związane z programowaniem, sieciami, czy nawet grafiką? Potrzeba ci czegoś pomiędzy, elastyczności. Myślałam, że jest to możliwe tylko na podyplomówce, ale nie. Można od razu zacząć konkretnie, bez rozmieniania się na drobne i płakania nad całkami. I warto, bo po co się męczyć, jak można iść prosto do celu? A teraz do rzeczy, lista wybranych zawodów:

  • UX/UI designer
  • infobroker
  • pracownik instytucji kulturalnej
  • pracownik działu IT
  • pracownik agencji kreatywnej/reklamowej
  • projektant i administrator stron internetowych
  • specjalista ds. promocji i marketingu
  • specjalista ds. social media
  • bloger (bo to już powoli zawód - tak się śmiejemy z naszego kierunku, że to studia dla blogerów :D)
Tyle na dzisiaj. Zapraszam na architekturę informacji na UMK (albo inny z wyżej wymienionych uniwersytetów, jeśli wolisz), trwa rekrutacja!

W następnym poście związanym ze studiami opiszę wrażenia ze studiowania na pierwszym roku - będzie coś o każdym z przedmiotów, kilka słów o organizacji na uczelni, ogólne przemyślenia, wrażenia estetyczne związane ze spacerami po kampusie. :)

poniedziałek, 26 czerwca 2017

7 powodów, dla których warto iść najpierw do pracy, a potem na studia



Mam przyjemność kończyć właśnie pierwszy rok kierunku architektura informacji. Są to moje czwarte studia i pierwsze, z których jestem na tyle zadowolona, że mam ochotę je ukończyć. Moje przygody ze studiowaniem stały się tak sławne wśród rodziny i znajomych, że funkcjonowały już jako swego rodzaju memy. Moim ulubionym podsumowaniem było stwierdzenie kolegi z pracy (jeszcze za moich panieńskich czasów, czyli całkiem niedawno) "Ty, Wiśniewska, nigdy nie skończysz pierwszego roku". A właśnie za chwilę niemożliwe stanie się możliwe! :D

Ale do rzeczy. Jeśli ktoś tak wybredny jak ja (trzeba wiedzieć, że przerywałam studia, bo jestem wybredna, a na pewno nie tępa) w końcu decyduje, że jakiś kierunek jest warty świeczki, to musi być niezły, prawda?

Moim problemem było to, że znalazłam pracę po liceum i chociaż nie była to moja wymarzona praca, to jednak spodobał mi się sektor (IT). Myślałam tak: jeśli mam iść na studia, to muszą mi coś dać, pomóc przyswoić wiedzę, pomóc w karierze. I w końcu, metodą prób i błędów trafiłam na architekturę informacji, która będzie bohaterką kolejnego postu. Dzisiaj jednak skupię się na ogólnych plusach pójścia do pracy przed studiami.

Jest to podejście u nas w Polsce ciągle niepopularne, rok przerwy często uważa się za niepotrzebną fanaberię. Ja miałam kilka lat przerwy i bardzo się z tego cieszę. Odnalazłam się. Może Tobie też to pomoże? A może zdecydujesz się przynajmniej na weekendową lub wakacyjną pracę? Sprawdź, dlaczego warto.

1. Weryfikujesz swoje przekonania o rynku pracy.
Może się okazać, że branża, w której chcesz pracować w ogóle nie wymaga wykształcenia wyższego, a ty masz już odpowiednią wiedzę, by zacząć. Super! W takim wypadku możesz zacząć od razu. Nawet jeśli wydaje ci się, że nie zostaniesz przyjęty do jakiejś pracy, warto drążyć temat, wysyłać CV, chodzić na targi pracy i rozmawiać z pracodawcami. Zmotywowany pracownik z pasją to osoba, której szukają rekruterzy.

Przy poszukiwaniach pierwszej pracy zignorowałam poważne portale, takie jak pracuj.pl czy praca.pl, przeglądając jedynie OLX czy Gumtree. To był błąd! Będąc ambitnym absolwentem szkoły średniej jak najbardziej zasługujesz na normalną, fajną pracę. Nie bój się jej szukać tam, gdzie na ciebie czeka.

Może się też okazać, że twoja wymarzona praca jest poza zasięgiem możliwości. Wtedy podejmujesz się czegoś tymczasowo, a na temat docelowego stanowiska robisz research. Oto pytania, które warto sobie zadać:
  • Czy potrzeba studiów czy kursu?
  • Może jesteś na tyle bystry, że przyswoisz te informacje samemu?
  • Jakie książki warto przeczytać?
  • Czy istnieją miejsca, gdzie dostaniesz tę wiedzę za darmo?
Może się też okazać, że twój super biznes plan jest gówno warty i musisz zacząć myśleć od nowa. To też świetne doświadczenie - lepiej przekonać się o tym wcześniej, niż później.

2. Zaczynasz rozumieć, w jakim systemie lubisz się uczyć.
Mi osobiście brakowało nauki, atmosfery szkoły, siedzenia w ławkach, nauczyciela, który daje piąteczkę i klepie mnie po ramieniu. Brakowało mi kogoś, kto powie, że jestem mądra, tylko dlatego, że napisałam jakiś sprawdzian albo zrobiłam prezentację. Tak, jest w tym trochę narcyzmu i tendencji do rywalizacji. Ale jeśli takie potrzeby zaspokaja się w zdrowy sposób i dostaje się za to na koniec świadectwo czy dyplom, to dlaczego sobie nie pofolgować?

Są osoby, które zakończenie nauki potraktują jak zbawienie i nie będą chciały już wracać w szkolne czy uniwersyteckie mury. Przez jakiś czas sądziłam, że do nich należę, ale nostalgia była zbyt silna. Poza tym, nawet mając w zanadrzu mnóstwo darmowych materiałów do nauki online, nie czułam motywacji. Nauka dla samej nauki wydawała mi się monotonna i bez sensu. Nawet z tak wspaniałym narzędziem jak KhanAcademy... Potrzebowałam jakiegoś celu, marchewki przed sobą. I studia mi to dają.

3. Nabierasz wewnętrznej siły i nie boisz się życia po studiach.
Nastolatki i studenci często snują czarne do znudzenia (lub różowe do porzygu) wizje przyszłości. Jest to zrozumiałe, ponieważ rzeczywistość naszych rodziców to już nie nasza rzeczywistość. Nikt nie jest w stanie nas skutecznie przygotować na to, co nadchodzi i sami nie jesteśmy tego pewni. Odnalezienie się w życiu i na rynku pracy napawa strachem. Im wcześniej podejmie się próbę wyfrunięcia z rodzinnego gniazda, tym szybciej pewne obawy miną. A te, które okażą się prawdziwe, będzie łatwiej pokonać. Po prostu - metodą prób i błędów nauczysz się życia.

4. Stajesz się bardziej zorganizowany.
Spóźnić się do pracy to nie to samo co spóźnić się do szkoły. Nie można poratować się usprawiedliwieniem od mamy, a wagarowanie nie skończy się uwagą, a poważnymi problemami ze strony szefa. Praca to nowa rzeczywistość, która tylko w pewnym stopniu przypomina szkołę. Uczy mobilizacji i odpowiedzialności w zupełnie nowy sposób.

5. Twoja wizja rzeczywistości jest coraz mocniej oparta na dowodach.
To z czym wychodzisz ze szkoły, to tylko wyobrażenie o przyszłym życiu oparte na opowieściach innych. Im dłużej godzisz się na otrzymywanie kieszonkowego od rodziców i kontynuujesz naukę bez prób podjęcia choćby wakacyjnej czy weekendowej pracy... tym dłużej nie masz (na temat pracy i samodzielności) do powiedzenia nic prócz "słyszałam od kuzyna", albo "jestem przekonany, że". I szczerze, to możesz sobie takie opowieści snuć z równymi tobie, ale nikt kto już zasmakował odrobiny życia na własny rachunek nie będzie chciał słuchać takiego pieprzenia. No bo serio, co ty wiesz o życiu?

6. Poznajesz wartość pieniądza.
Póki rodzice dają ci pieniądze, prawdopodobnie nie zwracasz większej uwagi na to, co ile kosztuje. No dobra, trochę zwracasz, ale w razie czego wykonujesz jeden telefon i jesteś uratowany. Tymczasem podejmując próbę samodzielnego utrzymania się... nagle dostrzegasz zmiany w swoich konsumenckich zachowaniach. Zaczynasz kupować mniej (jeśli cię nie stać) lub więcej (jeśli cię stać i lubisz wydawać pieniądze). Prawdopodobnie bardziej ci wstyd, kiedy brakuje ci pieniędzy pod koniec miesiąca.

7. Lepiej rozumiesz siebie i swoje oczekiwania wobec pracy.
Po kilku miesiącach przepracowanych w danej branży wiesz już o niej na tyle dużo, żeby zdecydować, czy wytrzymałbyś w niej kilka lat, czy chcesz czym prędzej zmienić specjalizację. A pomyśl - jeśli najpierw pójdziesz na studia, skąd się dowiesz, z czym się je pracę z nimi związana? Będziesz tylko panikować, że nie zdałeś kolosa, albo cieszyć się z czwórek, ale nie zrozumiesz, jak to jest siedzieć w biurze osiem godzin i używać kropli do wysychających oczu, albo z czym się wiąże praca fizyczna za granicą i rozłąka z rodziną oraz przyjaciółmi. 

Kiedy idziesz na studia, wybierając je świadomie i mając za sobą doświadczenie pierwszej pracy, czujesz się spokojniejszy.
  • Wiesz, że praca zawsze się znajdzie, ale studia mają wpływ na to JAKA to będzie praca.
  • Nie gryziesz ze strachu paznokci, powtarzając jak mantrę, że będziesz pracować w McDonalds' (hehe), a swój dyplom użyjesz do podcierania tyłka (hohoho)
  • Masz świadomość tego, czego naprawdę chcesz, bo masz prawdziwszy obraz mitycznego dla wielu studentów "życia po studiach"
  • Nie wku#wiasz ludzi podobnymi mądrościami:

poniedziałek, 19 czerwca 2017

7 rzeczy, których nie warto robić na początku znajomości z obcokrajowcem



1. Nie poprawiaj go, jeśli sobie tego nie życzy.
Jeśli rozmawiacie w języku, który znasz lepiej - zapytaj go, czy chce być poprawiany. Zazwyczaj ludzie sobie tego życzą, ale czasem ich to hamuje. Warto też znać umiar i nie czepiać się każdego słowa, żeby rozmowa przebiegała płynnie.

2. Nie śmiej się z niego.
Nie wyśmiewaj błędów, akcentu, sposobu gestykulacji, ani jego przekonań. Słuchaj, pytaj, kwestionuj, ale nie pozwalaj sobie na bezczelność. Jeśli po krótszym lub dłuższym czasie okaże się, że macie podobne poczucie humoru, możliwe jest, że będziecie się śmiali ze wszystkiego co kontrowersyjne. Lepiej jednak wstrzymać się z tym do czasu, aż zyska się pewność, z kim ma się do czynienia.

3. Pomijaj tematy, które mogą się okazać kontrowersyjne.
Nie pytaj muzułmanki przy pierwszej lepszej okazji, czy w jej rodzinie obrzeza się kobiety, ani nie zaczynaj rozmowy z Ukraińcem od debaty na temat tego, czy Lwów nie powinien przypadkiem należeć do Polski. Oczywiście będziecie mogli o tym porozmawiać w przyszłości, jeśli wasza znajomość dobrze się ułoży, ale póki co... Lepiej notuj te pytania, a nie wypowiadaj ich głośno.

4. Nie powielaj stereotypów, a zamiast tego edukuj.
Jeśli w twoim otoczeniu większość ludzi to Polacy, twój znajomy może wzbudzać niezdrowe zainteresowanie. Uczul innych ludzi, żeby nie zadawali mu głupich pytań. Zawczasu wyjaśnij, że Rosjanie nie mieszkają w chatach z niedźwiedziami i że nie każdy Japończyk śpi na podłodze. Uprzejmie poproś, żeby w kontaktach z Francuzami zapomnieć o koszulkach w paski, bagietkach pod pachą oraz żabich udkach i ślimakach na obiad (no dobrze, może bagietki są stałym elementem francuskiej rzeczywistości, ale pozostałe rzeczy już niekoniecznie).

5. Nie przejmuj się swoim angielskim (czy też innym językiem, w którym się komunikujecie).
Jeśli rozmawiacie w języku, który jest natywny dla twojego nowego znajomego, możesz być pewien, że jest zachwycony, że się nim posługujesz, niezależnie od tego ile robisz błędów. (Pomyśl - nie zachwycają cię obcokrajowcy mówiący po polsku? Są przecież rewelacyjni!) Wiele osób boi się w ogóle nawiązywać kontakty z obcokrajowcami, bo sądzą, że muszą najpierw podszkolić język. Często jest to objaw perfekcjonizmu, który tylko hamuje rozwój językowy. Przez rozmowę, wymienianie e-maili czy czatowanie można się nauczyć o wiele więcej, niż przeglądając fiszki czy maglując Duolingo albo Memrise. Nawet jeśli twój znajomy nie będzie cię poprawiał, od czasu do czasu zapomnisz jakiejś konstrukcji bądź słowa i skorzystasz ze słownika bądź forum. Język w użyciu zawsze wchodzi do głowy lepiej. Prosta zasada: teoria < praktyka. Zawsze.

6. Nie utożsamiaj z nim rewelacji politycznych z jego kraju.
Zapewne sam nie jesteś zachwycony wszystkim, co robią reprezentujący nasz kraj politycy. No właśnie. Nie każdy w ogóle lubi rozmawiać o polityce, dlatego nie jest to polecany temat na pierwsze spotkanie. Nie dręcz Trumpem swojej Amerykańskiej koleżanki i zostaw w spokoju Putina, jeśli nie chcesz podnieść ciśnienia swojemu znajomemu zza wschodniej granicy. Nie pytaj Francuza, czy wszyscy faceci we Francji teraz wolą starsze, bo Brigitte Macron. No chyba, że chcesz skończyć wieczór nie na winie, a na Korwinie.

7. Nie zamęczaj go pytaniami kulturowymi i geograficznymi.
No chyba, że wiesz, że czuje się w tym jak ryba w wodzie i sam zaczyna poruszać tematy w tym spektrum. Jednak zagadywanie o tradycje, potrawy, rejony turystyczne w jego kraju i inne tego typu rzeczy to niezwykle... nudny sposób na zaczęcie rozmowy. Tak, tak, dobrze słyszysz - N U D N Y! Jak chcesz wiedzieć, czy we Włoszech faktycznie je się dużo pizzy i makaronu? To poczytaj na Wikipedii, albo pierwszym lepszym blogu podróżniczym. Zobacz w twoim rozmówcy osobę, a nie jego kraj. Oczywiście, miejsce zamieszkania oraz pochodzenie to ważne czynniki, które nas kształtują, ale bez przesady. Chciałbyś zaczynać każdą rozmowę z kimś spoza Polski od opowiadania o tym, że nasza największa rzeka to Wisła, charakterystyczny strój ludowy to łowicki, a typowe danie to pierogi (chociaż ostatni raz jadłeś je pół roku temu i w sumie ich nie lubisz)? Tak myślałam. Także no, nie rób drugiemu co Tobie niemiłe!

Bonus - 8. Kiedy nadejdzie odpowiedni moment, dowolnie łam powyższe zasady.
Wymyśl swojemu znajomemu głupi pseudonim. Śmiej się z jego skośnych oczu, albo nazywaj go czarnuchem (nawet jeśli jego cera jest jasnobrązowa). Pytaj, dlaczego źle wymawia "r" i przedrzeźniaj go, kiedy mówi, że nie umiesz odmieniać czasowników. Spytaj, jaka jest jego ulubiona narodowa potrawa tylko po to, żeby usłyszeć od niego setny raz "f*ck off". Wszelkie dziwactwa z jego strony kwituj uniesionymi brwiami i stwierdzeniem "chyba w twoim kraju". Pytaj, czy hoduje w wannie krokodyla. Wyzywajcie się od rasistów. Urządzajcie poważne polityczne debaty o trzeciej nad ranem. Upijajcie się przy globusie lub Google Maps. Udowadniajcie sobie swoje racje.

Powyższe przykłady nie pochodzą z mojej chorej głowy, tylko z życia. Dobry kumpel czy kumpela z innego kraju to skarb jakich mało. Bywa, że mimo różnic kulturowych i początkowych barier językowych da się rozmawiać zupełnie swobodnie i bez uprzedzeń. Trzeba tylko wyczuć grunt. Nie z każdym można sobie pozwolić na wszystko, co przyjdzie do głowy. Wierzę, że dasz radę - to wszystko w praktyce niewiele różni się od kontaktów z rodakami. :)

wtorek, 6 czerwca 2017

Wyluzowany poliglota - 7 charakterystycznych cech gatunku



1. Tworzenie list języków, których rzekomo się nauczy
...w wakacje/po maturze/w czasie urlopu/począwszy od stycznia kolejnego. Po jakimś czasie znajduje starą listę i śmieje się w głos, bo spisał lub przynajmniej wymyślił już dwie nowe.

2. Wymyślanie odrealnionych planów nauki
...które po dwóch dniach od rozpoczęcia realizacji porzuca. Zazwyczaj tworzy te plany dla połechtania własnego ego, a później porzuca je dla wygody. Dręczą go wyrzuty sumienia, ale nie są na tyle duże, żeby jednak na poważnie się zabrać. W końcu i tak się nauczy, może trochę wolniej i bardziej na luzie, może trochę później, ale ma to gdzieś.

3. Uczenie się zrywami
Potrafi uczyć się po kilka(naście) godzin dziennie, kiedy coś go olśni. Przypomina to trochę narkotyczny czy alkoholowy ciąg. Ogląda filmy, pożera książki, trzepie ćwiczenia jak opętany. Natomiast kiedy mu się chce, pozwala sobie na całe tygodnie przestoju. Nie czuje weny, no i co ma na to poradzić?

4. Nagłe olśnienia w ciągu dnia
Kiedy przypomina sobie, że zna języki i dostaje ataku dzikiej euforii. Słysząc w radiu hiszpańską piosenkę, leniwy poliglota przypomina sobie, że pamięta kilka słów i z zaangażowaniem opowiada o tym ofierze siedzącej akurat obok. Niemal podskakuje ze szczęścia słysząc fragment rozmowy przechodzących obok Włochów. Nie posiada się z radości pomagając Niemcom w sklepie.

5. Osobliwe językowe debaty
Ożywia się, kiedy widzi etymologiczny związek losowych słów ze słowami w innych językach. Kiedy się wkręci, trudno mu przerwać. Najciekawsze jest to, że dostaje takie fazy w zwykłe dni, kiedy nic nie zwiastuje, że jego wewnętrzny poliglota nagle się przebudzi i zaryczy.

6. Wyśmiewanie się ze słów w obcym języku
Wyluzowany poliglota to wstrętny gnojek. Wyśmiewa, a potem zapamiętuje. Przychodzą mu do głowy najgłupsze i najbardziej absurdalne na świecie skojarzenia. Znajomi kręcą głowami, a on się w ten sposób uczy.

7. Nieszczęśliwe miłości
Każdy wyluzowany poliglota ma jeden lub kilka języków, których, jak deklaruje, chciałby się nauczyć, ale nie może się za niego zabrać. Umie dziesięć słów na krzyż i dostaje orgazmu, kiedy słyszy któreś z nich. Obowiązkowo opowiada o swoich odczuciach i miłości do języka losowej ofierze stojącej obok.

Wszelkie podobieństwo do zachowań zaobserwowanych w życiu własnym i znajomych jest zupełnie zamierzone i nieprzypadkowe.

A Ty, znasz kogoś, kto pasuje do opisu? Może to Ty? Co byś dopisał do tej listy? :D

niedziela, 30 kwietnia 2017

Minimalizm w ciąży

Miminalizm i ja

Moje zainteresowanie minimalizmem zaczęło się trochę ponad 2 lata temu, kiedy zauważyłam, że ilość posiadanych rzeczy zamiast mnie cieszyć, zaczyna przytłaczać. Od kiedy zmarła moja babcia, nikt z taką jak ona stanowczością nie przychodził już do mojego pokoju, aby pomagać mi w selekcji rzeczy. Ona zawsze przychodziła z czarnym lub niebieskim workiem na śmieci i wypowiadała sakramentalne zdanie o tym, że trzeba wyrzucać i nie należy się tego bać, bo to tylko rzeczy. "Tego, co masz w głowie nikt ci nie zabierze" - przekonywała mnie zawsze i przestrzegała przed gromadzeniem nadmiaru szpargałów. Myślałam o niej, tak szczerze, że ze swoim zamiłowaniem do porządku trochę przesadza i że to bardziej taki typowa fiksacja dorosłego, niż cokolwiek wartościowego. Doceniałam to jednak za jej życia, choć równie często mnie to irytowało. Czasem nie wytrzymywała mojego bałaganiarstwa i sprzątała mi pokój bez ostrzeżenia, wtedy jednak nic nie wyrzucając bez mojej zgody.

Dzisiaj tęsknię trochę za wyjącym odkurzaczem i warunkiem, że nie wyjdziemy na spacer, ani nie pojedziemy na wycieczkę, póki nie posprzątam. Tak miło wrócić do czystego domu. A tak beznadziejnie do chaty, w której wszystko jest porozrzucane i zapomniało się wyrzucić śmieci czy pozmywać, a nawet pościelić łóżka.

Ciąża i komsumpcjonizm

Ale do rzeczy - teraz jestem w ciąży, no i jak się ma minimalizm do tego stanu?
Otóż świat, szczególnie świat marketingu, woła do kobiet w ciąży (wykorzystując popularne już w naszej kulturze hasła):

To jest twój czas.
Nie żałuj sobie.
Dbaj o siebie.
Zasługujesz na to.
Wolno ci, bo jesteś w ciąży.
Ciesz się ciążą.

Co tłumaczyć można (dosadniej):
Jedz, ile chcesz i co chcesz. Jesteś w ciąży, masz szczególne prawa. Czasem czujesz się gorzej i masz ochotę tylko na frytki, albo na czekoladę. I to w chorych ilościach. Nie myśl o tym, jedz, bez wyrzutów sumienia.

Kupuj wszystko, na co masz ochotę. Dla siebie i dla dziecka. Przemaluj pokój na różowo. Twoje dziecko ma już dość ubranek? Skompletuj wyprawkę. Niczego nie może zabraknąć, zapoznaj się więc z nowościami.

Chcesz gazetę? Wiesz, że są gazety dla ciężarnych? I książki, książki! A może forum dyskusyjne, gdzie poznasz nowe koleżanki? O, albo grupa na Facebooku. Obejrzyj jeszcze sobie te zdjęcia na instagramie, gdzie inne mamy pokazują zgrabne ciała i niewielkie brzuszki. Zobacz co noszą. Też chcesz to mieć? Wystarczą dwa kliknięcia...

Zmęczyłam się, w ciąży wolę minimalizm


Przyznaję, zmęczyłam się przekazem kierowanym do kobiet w ciąży. Bardzo szybko odkryłam, że wolę się od tego częściowo odciąć. Że ten, hm, współczesny model kobiety w ciąży to nie jestem i nie będę ja. Oczywiście nie chcę chodzić w workach na ziemniaki, ale też nie zrobię zakupów w żadnym ciążowym butiku, bo ceny godzą w moje konsumenckie sumienie. Nie chcę być też jedną z osób, które będą kompulsywnie zaopatrywać się w nowe ciuszki dla dziecka przy okazji każdego wyjścia do miasta, tylko dlatego, że skoczył mi progesteron.

Z drugiej strony, nie jestem też za tym, żeby odmawiać sobie wszystkiego, chodzić w porozciąganych rzeczach i nie nabywać żadnych nowych, starać się nikogo nie informować o odmiennym stanie i kupować wszystko używane lub pożyczać.

Od początku ciąży szukam złotego środka w tej nowej dla mnie sytuacji.

Wyeliminowanie szumu informacyjnego

Na pierwszy ogień poszły fora, broszury, książki i porady innych ludzi. Zrezygnowałam z wchodzenia na fora, żeby nie niepokoić się symptomami ciążowymi u innych, nieznanych mi przecież kobiet i pozostałam w sporadycznym kontakcie z jedną internetową koleżanką. Wkrótce okazało się, że kilka moich realnych znajomych jest na podobnym etapie ciąży i od czasu do czasu rozmawiam z nimi.

Książkę o ciąży mam jedną i zrezygnowałam z pomysłu czytania jej od deski do deski. Większość treści i tak mnie nie dotyczy, bo poruszane są tam także tematy wszelkich możliwych dolegliwości oraz schorzeń towarzyszących. Gazetki i broszury odziedziczone po koleżance trzymam w jednym pudełku i od czasu do czasu coś czytam, a zaraz potem - wyrzucam. Wystarcza mi zajrzenie do jakiejś publikacji raz na parę tygodni, spojrzenie co kilka dni do aplikacji mobilnej oraz konsultacje z moją panią ginekolog.

O porady pytam innych tylko wtedy, kiedy faktycznie jakiś temat mnie męczy i chcę się czegoś dowiedzieć. Nie poruszam z każdym tematu ciąży z byle powodu, tylko po to, żeby o czymś pogadać. Najczęściej na pytania o ciążę odpowiadam, że czuję się dobrze i opowiadam, jak się rozwinęło dziecko w ostatnim czasie, a potem przechodzę do kolejnego tematu.

Kompletowanie przemyślanej wyprawki

W internecie roi i różnych publikacjach roi się od gotowych list wyprawek dla malucha. Każdy ze znajomych ma też na ten temat swoje zdanie, a wybór na rynku jest ogromny. Moim zdaniem, warto porozmawiać, z osobami, którym ufamy oraz przejrzeć kilka przykładowych list, a później opracować własną. Lepiej, żeby czegoś na niej zabrakło, niż żeby było za dużo. Po urodzeniu dziecka zawsze będzie można dokupić brakujące elementy. W miarę możliwości warto też rozejrzeć się za używanymi rzeczami. W moim przypadku był to karton ubrań od koleżanki, za który zapłaciłam symboliczną kwotę nieprzekraczającą 100zł, a mam już właściwie wszystko, czego potrzebuję na pierwsze trzy miesiące. Nowych ubranek kupiłam zaledwie trzy zestawy, wszystkie na wyprzedażach. Dostałam już też jedno ubranko od znajomej. Oczywiście wzruszają mnie słodkie printy na ciuszkach, ale zdaję sobie sprawę, że w ciągu kilku miesięcy cała garderoba córki będzie do wymiany. Dlatego - od kiedy mam już wszystko, co uznałam za potrzebne, nie odwiedzam działów z rzeczami dla dzieci. Nie mam nawet takiej pokusy, dziecięce działy i sklepy krzyczą milionami kolorów, a ja mam po prostu ochotę na trochę spokoju. Według mnie - to nie rzeczy, a spokój ducha jest prawdziwym luksusem.


Garderoba w ciąży

Receptę mam prostą, co kilka tygodni porządkuję rzeczy i chowam to, co mnie uciska lub wystaje mi spod tego brzuch. Niektórych rzeczy nawet się pozbywam, jeśli wiem, że po ciąży już nie będę ich nosiła. A to co będę nosić, odkładam czym prędzej, żeby tego nie rozciągnąć. To doskonały czas na porządki w szafie! Od początku ciąży dokupiłam nie więcej niż dwadzieścia elementów garderoby (licząc razem z bielizną). Dostałam też trochę używanych rzeczy po koleżankach. Ciąża nie musi się równać wymianie całej szafy. Każda kobieta ma też swoje preferencje, niektóre nie kupują nawet ciążowych spodni - spotkałam się z poglądem, że są niewygodne, chociaż mi osobiście bardzo odpowiadają. Nie ma więc sensu pisać, co NALEŻY mieć. W każdym razie nie trzeba mieć wiele, ale rzeczy powinny być spójne stylowo i kolorystycznie.


Jedzenie dla dwojga, a nie za dwoje



Jestem w siódmym miesiącu i przytyłam na razie sześć kilogramów, co uznaję za dobry wynik. Nie obżeram się, a na słowa "ty możesz, bo jesteś w ciąży" reaguję z reguły alergicznie i od razu zaprzeczam. Nie, nie mogę. Oczywiście, kiedy w pierwszym trymestrze większość produktów żywnościowych przyprawiała mnie o mdłości, a jedynym atrakcyjnym jedzeniem na całej planecie wydawały mi się frytki, to po prostu je jadłam. Ale nie cały kontener frytek, tylko jedną porcję, a potem starałam się znaleźć coś bogatszego w składniki odżywcze, jeśli jeszcze byłam głodna.

Wizualizuję sobie cały czas, niczym w bajcie "Było sobie życie", że wszystko, co zjem, mój organizm rozbija na bazowe składniki odżywcze i przy okazji każdego posiłku karmi też moją córeczkę przez pępowinę. Wtedy jedzenie żelków czy czekolady nabiera zupełnie nowego sensu. Po prostu pamiętam, że ona tam jest i że dużo lepiej zrobi nam obu owoc, niż słodycze, albo ziemniaki w formie purée, niż frytki. Nie zmienia się to jednak w paranoję. Za to bez skrępowania mówię o tym, że naprawdę mam większą ochotę na owoce niż na ciasto i osoby, które odwiedzam wykazują zrozumienie. Bardzo mnie to cieszy!

Przed obżeraniem się powstrzymuje mnie nie tylko myśl o przytyciu, ale po prostu fizjologia. Nie potrafię jeść zbyt wiele, bo czuję, że brakuje mi miejsca. Instynktownie sięgam też po lekkie rzeczy, bo nie przepadam za zaparciami czy refluksem (ten drugi objaw na szczęście pojawia się sporadycznie).


Ciąża w głowie - czy jestem jeszcze sobą?



Wiele kobiet i ich partnerów wyznaje, że progesteron zawraca im w głowie, odwracają się priorytety, pojawia się syndrom wicia gniazda, zmieniają się preferencje smakowe - po prostu świat zaczyna się wywracać do góry nogami. Bardzo się tego, szczerze mówiąc, bałam. Tego, że stanę się kimś innym, że stracę kontrolę i przestanę panować nad swoim zachowaniem i zachciankami. Że zacznę jeść ogórki z nutellą, zmienię się w wieloryba, będę wąchać proszek do prania dla niemowląt i codziennie zachwycać się ciuszkami dla małej, każę mężowi spać na kanapie, wszystkich będę zamęczać opisami swojego stanu, a na koniec - nie oprę się pokusie wrzucania do mediów społecznościowych USG, czego bardzo nie chciałam.

Tak się jednak nie stało. Nie czuję tego tsunami progesteronu, które na mnie spłynęło i powinno teraz ogarnąć moją świadomość niczym różowa, narkotyczna chmurka. Myślę, że dużo zależy od nastawienia. To jak z bridezillą - tak jak nie każda panna młoda zmienia się w autorytarną, rozkapryszoną księżniczkę, tak nie każda młoda mama podporządkowuje sobie cały świat i przechodzi transformację w zupełnie inną osobę. Przynajmniej - nie musi to mieć nic wspólnego z negatywnymi zmianami. Mogą to być zmiany na lepsze, jak na przykład - uporządkowanie domu, porządki w szafie, w głowie... Albo większa uważność na codzień, dyscyplina, lepsza organizacja.

Jeśli nie skupia się na sferze materialnej, można znaleźć mnóstwo przestrzeni na samodoskonalenie. I mam nadzieję, że to mi się udaje.

Na koniec przytoczę kilka wypowiedzi innych osób, które w ciąży kierowały się zdrowym rozsądkiem i nie dały się porwać fali konsumpcjonizmu.*

"Nie interesowałam się minimalizmem w ciąży, ale instynktownie dopiero kiedy w niej byłam zasmakowałam minimalizmu prawdziwego. Kiedy w pewnym momencie miałam tylko 3 bluzki i 2 pary spodni czułam się wspaniale. Ale to było raczej instynktownie, zanim dowiedziałam się że taki sposób życia zwie się minimalizmem. A co do mediów, faktycznie, zalewała mnie fala reklam i gadżetów darmowych, byle tylko kupować więcej, bo przecież byłam w ciąży więc zasługiwałam na WSZYSTKO. Koszmar."
- Martyna Ryszko

"Prawda jest taka że ja nie bardzo cokolwiek kupowałam.  Ze względu pewnie na mój wiek [20 lat] wszyscy rzucili się by kupić mi wszystko. Głównie kompletowaniem wyprawki zajęła się moja mama. Zrobiłam jej listę i wszystko z listy okazało się przydatne.  Dostałam za to wiele nie trafionych rzeczy jak buty (really, dziecko przecież nie chodzi i nie będzie jeszcze długo), chodzik (nikt mnie nie pytał co sądzę na ich temat), nowe ciuszki (używanych w świetnym stanie i tak mam za dużo),  patyczki do uszu dla dzieci (zwykłe są spoko, nie wepchnę dziecku ich do mózgu) i pewnie jeszcze sporo innych rzeczy. Co do rzeczy które ja wybierałam uważam że kupiłam za dużo pieluch wielorazowych ale były sprzedawane w komplecie na allegro więc nie bardzo miałam wybór. Kupiłam też smoczek z jednorożcem którego Dalia nie używa ale był z JEDNOROŻCEM. Kupiłam ekstremalnie mało rzeczy i bardzo się cieszę. Wzięłam to co dostałam po innych dzieciach i cieszę się że mogę dać tym rzeczom nowe życie."
- Pamela Zwolińska

*Jeśli chcesz dodać coś od siebie, to chętnie dopiszę tu Twoją wypowiedź, post pozostaje otwarty. :)

piątek, 28 kwietnia 2017

Jak zyskać wolność na studiach? Poradnik IOSowca.



Jeśli masz ochotę studiować na własnych warunkach, to IOS (indywidualna organizacja studiów) będzie doskonałym rozwiązaniem. Za chwilę matura, a później zapisy na uczelnię. Być może niektórych już teraz dręczy fakt, że z jednej ograniczającej wolność placówki, przejdą pod skrzydła kolejnej. Ale może wcale nie musi tak być?

Jest mnóstwo sposobów, żeby mieć ciasko i zjeść ciastko, w wielu sytuacjach. W przypadku studiowania i chęci (lub konieczności) prowadzenia intensywnej działalności pozauczelnianej (że tak to ogólnie nazwę), z pomocą przychodzi IOS.

1. Co daje IOS?


  • możliwość opuszczania większej ilości zajęć
  • możliwość niechodzenia (w ogóle) na niektóre zajęcia
  • alternatywne sposoby zaliczania przedmiotów

2. Z jakich powodów można wnioskować o IOS?

Nie ma jakiejś zamkniętej, konkretnej listy.

Na UMK obowiązuje taki zapis:
"Dziekan może wyrazić zgodę na studiowanie w trybie Indywidualnej Organizacji Studiów w szczególności w stosunku do studenta:

  • odbywającego część studiów w innych uczelniach krajowych lub zagranicznych,
  • studiującego na więcej niż jednym kierunku studiów,
  • sprawującego opiekę nad innymi członkami rodziny,
  • niepełnosprawnego."
Jednak równie uzasadnionym powodem może być praca na cały etat (lub nawet część etatu), duża odległość uczelni od miejsca zamieszkania i brak możliwości przeprowadzki, ciąża, małe dziecko w domu (podchodzi zapewne pod sprawowanie opieki nad innymi członkami rodziny).


3. Jak uzyskać pozwolenie na IOS?


Idzie się do dziekanatu, dostaje odpowiedni druk i wypełnia się go i w ten sposób - składa podanie do dziekana. Jeśli uczelnia nie posiada szablonów (choć powinna) druk można znaleźć w internecie.

4. Masz już zgodę dziekana. Co dalej?


Załóżmy, że masz już przyznany IOS. Ale to dopiero połowa sukcesu. Teraz musisz:

  • Udać się do wszystkich wykładowców po kolei (w razie, gdy jest to niemożliwe - skontaktować się e-mailowo lub telefonicznie), pokazać im dokument (zgodę dziekana) i ustalić indywidualne dla ciebie warunki zaliczenia. Najlepiej wyjaśnić swoją sytuację i szczerze powiedzieć, czy w ogóle ma się możliwość pojawiania na danych zajęciach czy nie i zapytać wykładowcy, co będzie od ciebie wymagał.
  • Trzymać się terminów. Jeśli jakiś przekroczysz (z ważnego powodu lub z własnej nieuwagi), przede wszystkim nie peszyć się i nie udawać, że problemu nie ma. Pisać, dzwonić lub pojawiać się na dyżurach wykładowców i na bieżąco informować, co się dzieje.
  • Założyć sobie plik w Excelu/Wordzie, zrobić notatkę w Evernote, albo powiesić nad biurkiem kartkę z listą przedmiotów i prowadzących, sposobem zaliczeń, najważniejszymi zadaniami do zrobienia oraz innymi istotnymi informacjami.
  • Pozostać w kontakcie ze znajomymi z roku. Przede wszystkim - zdobyć tych znajomych. Jeśli ma się IOS od początku, to może nie być proste, zajmie więcej czasu niż osobom uczęszczającym na 100% zajęć, ale na pewno jest możliwe. Outsider z IOSem ma mniejsze szanse powodzenia. Ważne jest, żeby nie izolować się od grupy - nie tylko z powodu krążących w niej istotnych dla przebiegu twoich studiów informacji, ale także dlatego, że nie warto być burakiem. :)

Co ja robię na IOSie?

Zdecydowałam się, żeby zawnioskować o IOS, ponieważ w momencie podejmowania studiów pracowałam już na pełen etat. Gdybym nie miała możliwości studiowania na własnych warunkach, nie mogłabym w ogóle studiować dziennie.

Poza tym - myślałam o założeniu rodziny. Nie chciałam działać zgodnie z szablonem - studia - staż - pierwsza praca - kariera - x lat narzeczeństwa - ślub - dom/mieszkanie na kredyt - dzieci. I tak już pokazałam sobie i innym, że do tego szablonu nie pasuję i z powodzeniem go przełamuję. Dlatego zrobiłam to po raz kolejny i zaszłam w ciążę na 1 roku studiów, bo miałam taką wizję życia i już.

Nikt tego nie polecał, ale ja czułam, że będzie mi z tym dobrze i jest mi z tym dobrze. Chociaż muszę przyznać, że nie obyłoby się bez wsparcia moralnego i logistycznego mojego męża oraz wspierającej postawy wykładowców. ANI RAZU nie słyszałam negatywnego komentarza na ten temat, albo sugestii, że studenci nie powinni mieć dzieci. Same dobre słowa. Tak powinno być wszędzie. Niestety wiem, że tak nie jest.

No i trzecia sprawa, mieszkam 80 km od uczelni. Tak, sama byłam w szoku, kiedy te kilometry policzyłam. Nie wykluczone, że wkrótce przeprowadzę się bliżej, ale póki co - dzięki temu, że na uczelni mogę być 1-3 razy, a nie 5 razy w tygodniu - daję radę i nawet nie czuję się bardziej zmęczona niż wcześniej.

A co najważniejsze - myślałam, że w ogóle nie wrócę na studia. Ale jednak to zrobiłam i IOS jest jednym z powodów, dla których na czwartym z kolei kierunku odnalazłam wreszcie spokój. 13 lat (tak, 13, bo chodziłam na 4-letni profil w liceum) w sztywnym systemie polskiej edukacji, plus moja ambitna postawa sprawiły, że osiągnęłam swój limit. Po prostu mam dość obowiązkowego siedzenia gdzieś tylko po to, żeby siedzieć. Nie wyobrażałam sobie kolejnych 3 lub 5 lat wypełnionych przesiadywaniem na zajęciach i codziennym pilnym odrabianiem lekcji. Chciałam się uczyć, ale też pracować, bawić i mieć swoją rodzinę. Okazało się, że mogę mieć to wszystko. I jeszcze mieć średnią 4.5 na semestr. A nawet założyć i prowadzić koło naukowe - czego na początku wcale nie planowałam.

Każdemu, kto się do tego przyczynia - dziękuję. :)

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Badanie połówkowe - 21 tydzień - USG 3D zdjęcia i film

Gdzie to USG?

No hej. Wszedłeś, bo jesteś ciekawski i się zastanawiasz
a) jak wygląda to słodkie bobo
b) czy znajdziesz tutaj te zdjęcia
c) czy moje dziecko jest zdrowe

Odpowiedź na pytanie pierwsze znajdziesz w Google. Większość prawidłowo rozwijających się dzieci wygląda w połowie ciąży podobnie. Jak małe, choć filigranowe noworodki.

Odpowiedź na pytanie drugie brzmi: nie znajdziesz ich tutaj. Może ty chciałbyś je zobaczyć na moim blogu, ale tak się składa, że nie mam możliwości poznać zdania mojego dziecka na ten temat. Jest po prostu jeszcze za małe. Na pewno udostępnię mu wszystkie zdjęcia i nagrania w przyszłości i będzie mogło z nimi zrobić to, na co będzie miało ochotę.

Bądź co bądź - to jego wizerunek został utrwalony, a nie mój.

Jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś naprawdę ciekawego (i oryginalnego), to możesz przeczytać post Języki w naszej rodzinie. Znajdziesz w nim informacje na temat imienia, uzasadnienie jego wyboru oraz plany co do edukacji językowej mojej córki. Informacje na pewno mniej intymne, a moim zdaniem znacznie bardziej absorbujące i oryginalne, niż milionowy upload USG do sieci.

Odpowiedź na pytanie trzecie - spoko, dziecko zdrowe, żadnych nieprawidłowości. Miałam badanie w 21 tygodniu, teraz jestem w 24 i mamy się dobrze.

Życie płodowe - życie publiczne?

Oj, że niby się czepiam? A wiesz, jak działa internet? Nic w nim nie ginie. Na USG i USG 3D lekarz zobaczy wszystko to, czego potrzeba, żeby sprawdzić, czy dziecko jest zdrowe (w większości przypadków). Rodzice doszukują się natomiast pierwszych gestów, uśmiechów i świadomych ruchów maluszka. A jak ktoś chce się pośmiać - dostrzeże stalkera, reptilianina, mutanta, zombie i co tam jeszcze dusza zapragnie. Warto wiedzieć, że technologia USG 3D jest niedoskonała i chociaż pokazuje nienarodzone dzieci dokładniej, niż cokolwiek wcześniej, to często wyglądają one po prostu potwornie.

A nawet jeśli uda się złapać idealne ujęcie, czy nawet założyć wianek ze snapchata... Zachwyt sportretowanego dziecka w przyszłości pozostaje pod znakiem zapytania. Będzie oczarowane ogromem miłości i uwagi jaką otoczyli go rodzice (czy też mama) wraz z fanami, czy też złe i rozczarowane, że jego intymność została sprzedana za jakiś barter, poświęcona, żeby blog rodzica miał lepsze statystyki?

A co, jeśli dziecko zacznie mieć kłopoty?

Pokazywanie takich informacji publicznie od pierwszych dni dziecka ma jeszcze jedną zasadniczą wadę - co jeśli coś pójdzie nie tak? Jeśli dojdzie do poronienia, albo dziecko okaże się nieuleczalnie chore? Co jeśli będzie mieć genetyczną wadę, która sprawi mu cierpienie lub będzie mogła się nawet przyczynić się do śmierci dziecka przy porodzie?

Na szczęście dziecko w moim brzuchu rozwija się prawidłowo, ale przed nami jeszcze jakieś 16 tygodni, zanim przyjdzie na świat. Już nigdy nie będzie mieć tyle spokoju, co teraz. ;) Poza tym, moja córka nie jest moją własnością. Jest moją córką. Ja ją po prostu szanuję. Dlatego podglądać ją może tylko rodzina i bliscy znajomi.

Chciałabym przytoczyć fragment wypowiedzi mamy, która poczyniła refleksję na ten temat, wskutek tragicznej diagnozy, jaką usłyszała pod koniec pierwszego trymestru ciąży:

Do 13 tygodnia ciąży było tak jak w kolorowych gazetach, najpierw radość, potem żarty i planowanie. W takich chwilach aż chce się przekazywać tę radość dalej, wszystkim wokół. Można usiąść i pisać bloga, dodawać zdjęcia USG i odpowiadać słodko na słodkie komentarze. To trochę jak zakochanie się, tylko że z jednym motylkiem w brzuszku, tym, który zostanie już na zawsze, który porwie matczyne serce i już nigdy nie odda. Zastanawiam się, co by było teraz, gdybym wtedy zaczęła pisać bloga. Jak miałby teraz wyglądać? Jak najsmutniejsze miejsce w całym internecie?

Jej syn, Tomek, ma wadę serca, musi przejść operację tuż po urodzeniu. Jego leczenie można wesprzeć pod tym linkiem.

Masz prawo

Rodzicu - masz prawo robić z wizerunkiem Twojego dziecka, co chcesz.
Jeszcze masz takie prawo, ponieważ technika wyprzedziła ustawodawstwo.
Ale technikę powoli doganiają nauki humanistyczne i na uniwersytetach mówi się już o tym, że obnażamy zbyt wiele ze swojego życia. Uwierz - nasze dzieci będą miały już inne podejście do dzielenia się informacją. Może będą jej wysyłać w eter jeszcze więcej, a może będą ostrożniejsze. Oby to drugie - bo ilość osób, które umieją skorzystać z informacji w celach nienaukowych, a na przykład komercyjnych - rośnie. Ty dajesz przykład.

Jestem daleka od tego, żeby radzić blogerom wycofanie się z blogosfery czy całkowite utajanie ciąży.
Nie sądzę również, że zdjęcie dziecka od czasu do czasu na prywatnym profilu Facebookowym może wyrządzić komukolwiek krzywdę. Jeśli ktoś chce się dzielić zdjęciami USG - to mi nic do tego.
Przedstawiam tu tylko własną opinię i to, co ja uważam za słuszne.

A ty rób co uważasz, ale po prostu... uważaj.