niedziela, 29 stycznia 2017

Khan Academy - czyli jak gamifikacja uzależnia od nauki



Oto moja prezentacja zaliczeniowa na przedmiot Otwarte Zasoby Edukacyjne. Wiele osób się mnie podpytuje, co ja właściwie robię na tej Architekturze Informacji, więc jest okazja (po raz kolejny) zobaczyć. Zachęcam też do zaglądania pod tag Achitektura Informacji, gdzie znajdziesz więcej moich prac wykonanych na potrzeby studiów. I nie, nie są nudne. Nie publikowałabym ich tutaj, gdyby wiały nudą. Co więcej, gdyby moje studia wiały nudą, to by mnie z nich szybko... wywiało. Po co się w życiu ograniczać? Ja tego nie robię. Hehehe.

Ale do rzeczy. Prezentacja jest o niesamowitej stronce e-learningowej KhanAcademy, która jest dostępna za darmo i po polsku! Wybrałam taki temat prezentacji, ponieważ kiedyś (w najmniej odpowiednim momencie, kiedy miałam się zajmować innymi rzeczami - wiadomo) wsiąkłam w KhanAcademy totalnie. Ale to nie moja wina. To wina gamifikacji. A zresztą zobacz sam.



Licencja Creative Commons

piątek, 13 stycznia 2017

Jak być w ciąży i nie zostać ciążą - porady



Przyszedł taki moment (a było to dwa dni po moich 24 urodzinach, w 10 tygodniu ciąży), że przyjaciółka zadała mi powyższe pytanie i spojrzałam na nią z wyrzutem, a powinnam była właściwie popatrzeć krytycznie na ostatni miesiąc swojego życia. Złe samopoczucie - w porządku, zaaferowanie nową sytuacją - no dobrze. Ale czy przypadkiem nie dopadło mnie chorobliwe lenistwo i nie szukałam usprawiedliwienia? Niestety, trochę tak. Minął miesiąc, od kiedy na teście zobaczyłam dwie kreski, minęła pierwsza fala radości i... minęło też sporo czasu, odkąd zrobiłam coś ciekawego. Chełpiłam się tym, że nie udostępniam memów o dzieciach na fejsie i nie wrzucam apdejtów brzucha na instagram. Że nie wrzuciłam na ścianę pierwszego USG prosząc, by wszyscy modlili się o moją fasolkę (autentyk z jednej fejsbukowej grupy... tylko że akurat laska wrzuciła z tym tekstem test ciążowy, dostała 200 lajków i najwyższe błogosławieństwo ode mnie - postanowiłam nie okazywać jej wzgardy). Więc nie robiłam tych wszystkich rzeczy, które, jak zgodnie twierdzi wielu moich znajomych, powodują u otoczenia raka lub bywają przyczyną nagłego transportu na OIOM z powodu psychiczno-somatycznych objawów utraty wiary w ludzkość.

Tylko że... w sumie nie robiłam też nic innego, prócz snucia się tu i ówdzie, gapienia się w smartfon i zmuszania się do jedzenia. No dobra, w międzyczasie udało mi się nie zawalić studiów, ale gorący okres na uczelni właściwie zaczyna się dopiero teraz, więc nie ma jeszcze czym się chwalić.

Krótka historia mojej przygody z forum


Tak sobie podczytuję blogi i fora ciążowe i... bardzo często wychodzę z nich zła i zdegustowana. Nic mnie bardziej nie cieszy, niż rzeczowe informacje i wymiana doświadczeń. Nic też mnie bardziej nie irytuje, niż narzekanie, utyskiwanie i nadmierne skupianie się na sobie.

Dlatego ze względu na atmosferę ogólnego nieogarnięcia oraz zanikającą umiejętność googlowania u społeczności przyszłych matek, postanowiłam opuścić ich radosny grajdołek mniej-więcej po tygodniu. Szczęśliwa, że nie będę musiała już próbować wzbudzić w sobie ciepłych uczuć na widok lawiny cudzych USG, wszystkich do siebie podobnych, przerzuciłam się na korzystanie z wyszukiwarki, aplikacji w telefonie oraz tradycyjnej, drukowanej książki.

Czy nie mam uczuć? Może. Te wszystkie "ochy i achy" nie są w moim stylu. Gdybym miała to krótko zobrazować...

Typowa mama z forum: "W końcu się udało z moim i są dwie kreseczki! Dzidzia! Jak super! Będą słodkie ciuszki, skarpeteczki i buciczki, jejciu jejciu! Już zebrałam połowę wyprawki!"

Ja: "Udało się, jestem w ciąży. Chciałabym wychować dziecko, które nie wejdzie mi na głowę, będzie szczęśliwe, swobodne i mądre. Potrzebuję dużo siły i czasu do namysłu. Dobrze, że mam jeszcze kilka miesięcy zanim pojawi się na świecie. Jestem wzruszona."


Jestem moim ślubem, jestem moją ciążą


Przyszłym pannom młodym, jak i przyszłym matkom wmawia się trochę, że są pępkami świata. Można w pewnym momencie złapać się na tym, że zamiast powiedzieć czasem "chcesz herbatę?", mówisz już tylko "zrób mi herbatę", albo, co gorsza, dodajesz do tego "jeszcze ciastko", "a gdzie cukier?" i tak to potem już leci.

Co dalej? Humorystyczny wpis na blogasku czy fejsbuniu i promowanie roszczeniowej postawy, a co. Żarty to jedno, bycie kulą u nogi dla partnera to drugie. Potrzeba wsparcia i zrozumienia jest zupełnie normalna, ale wykorzystywanie swojej sytuacji, żeby mieć innych ludzi na usługi to przesada.

Kobieta w ciąży, szczególnie wczesnej często czuje się dość słabo i dlatego dobrze, jeśli umie przyjąć pomoc. (Analogicznie - przyszła panna młoda ma sporo na głowie i delegowanie niektórych zadań osobom chętnym do pomocy może wszystko usprawnić i ją odciążyć.)

O kurde, to wy nie jesteście w ciąży?


A teraz wdech, wydech (oczywiście nieco sapiąco i ociężale, przecież jesteś w ciąży)... Rozejrzyj się dookoła. Widzisz to? Życie toczy się dalej. Nie, nie, nie mam na myśli kręgu życia, który właśnie zatacza się w twojej macicy. Mam na myśli tych ludzi, z którymi chodzisz do pracy, albo na uczelnię. Twojego partnera (nie, on nie jest w ciąży, może cię wspierać, ale jak zacznie wpier#alać więcej, niż ty, to nie będzie urocze, tylko niezdrowe).

Zadaj sobie zasadnicze pytanie - kim byłaś, zanim zaszłaś w ciążę? I czy nadal jesteś tą samą osobą? Czy potrafisz robić coś oprócz scrollowania forów dla przyszłych matek i kompulsywnego kupowania ubranek? Czy jesteś pewna, że wszyscy muszą się do ciebie dostosować, czy może to jest raczej odwrotnie, albo na poły po równo - znajomi i rodzina akceptują, że jesteś w ciąży i pytają, co słychać u Ciebie i w Twoim brzuchu, a ty jesteś w stanie rozmawiać z nimi na różne inne tematy?

To jest trudne. Ale wspomnij na chwile, gdy traciłaś swoje koleżanki, bo stawały się żonami lub matkami.

Face it.

Żona, nawet najbardziej zakochana w swoim mężu, nie musi non stop gadać o swoim misiaczku. Nie musi być wcale toksyczna dla singli ze swojego otoczenia i może pozostać dobrą przyjaciółką dla tych, które ślubu jeszcze nie planują.

Przyszła matka, nawet najbardziej podekscytowana swoim stanem, nie musi non stop dzielić się ze wszystkimi i wszędzie informacjami o swoich dolegliwościach, wzlotach, upadkach etc. A jak już to robi, to niech wybierze do tego kilka osób, a nie tablicę na fejsbuku. Niech da żyć sobie i innym. Ale przede wszystkim sobie!

Do cholery, kobieto, jesteś człowiekiem, czy inkubatorem?