środa, 8 lutego 2017

Jeszcze zobaczysz... małżeństwo jest okropne



Są takie dwie dziedziny życia, którymi przejmuje się każdy człowiek. Można je rozbić na wiele poddziedzin, ale w skrócie są to - wykształcenie wraz z pracą, szerzej pojmowane jako kariera oraz życie miłosne (a później rodzina i dom).

Z jakiegoś powodu jest wśród ludzi taka tendencja, żeby zmazywać uśmiechy z twarzy tych naiwniaków, którzy sądzą, że in może się dobrze układać. No przecież oni jeszcze nie wiedzą...

- A ja lubię chodzić do szkoły - pochwaliłam się starszej koleżance, córce znajomych rodziców, u których spędzaliśmy popołudnie.
- Ooo, ty jeszcze nie wiesz, jak to będzie, jak zaczniesz dostawać oceny.

Zmartwiłam się, może rzeczywiście nie wiedziałam. Może miałam wkrótce przestać lubić szkołę. Nie mogłam się kłócić, bo byłam młodsza i nie miałam doświadczenia. Ale nadeszła czwarta, piąta, szósta klasa szkoły podstawowej i nie miałam żadnych problemów z nauką - same świadectwa z czerwonym paskiem, nagrody, dużo przyjemności. Nawet pół roku za granicą nie utrudniło mi niczego, poprawiłam się tylko z angielskiego i na koniec szóstej klasy miałam ocenę celującą (a wcześniej było mi trudno dociągnąć do piątki).

Bałam się gimnazjum. Wszystko miało się zmienić. Myślałam sobie, że może to ten moment, kiedy się złamię i nie dam rady. Przekonam się. Ktoś znowu mnie straszył, że to już nie to, co podstawówka. Tym razem mówili tak nawet nauczyciele.

Ale w gimnazjum niewiele się zmieniło. Przejechałam przez nie lekko, jak narciarz zjeżdżający po stoku. Jeśli miałam problemy, to tylko w dogadaniu się z większością klasy, którą bardziej od nauki pociągały regularne libacje za miastem. Nie za bardzo chcieli mi wierzyć, że ja nie spędzam całych dni na nauce, że ja po prostu rozumiem. Nie pozwolili mi też nigdy pójść z nimi, bo nie chciałam pić. Należeliśmy do dwóch różnych światów i było mi trochę przykro. Ale czy to to miałam zobaczyć? Chyba nie. Nie bolało mnie to na tyle, żebym chciała kogoś straszyć instytucją gimnazjum.

Aż w końcu w liceum miało być ciężko, tak ciężko i miałam w końcu nie dać rady... Miałam zobaczyć. I znów nie zobaczyłam. Zdałam dobrze maturę i poszłam dalej.

Miałam zobaczyć na studiach. Zobaczyć jak to jest zdawać maturę co semestr. Bo sesja to jak matura, tylko mniej czasu na przygotowanie, tak mówili. Coś tam zobaczyłam, ale nie w ten sposób jak zapowiadali. Zobaczyłam tyle, że nie mogę znaleźć dla siebie kierunku.

Miałam więc przekonać się wkrótce, że nie znajdę pracy tak łatwo, jak mi się wydaje. Ale dostałam ją. W dodatku wystarczająco dobrze płatną i na dobrych warunkach. Miałam nawet umowę o pracę po kilku miesiącach, jako dwudziestolatka. (A później jeszcze ten scenariusz powtórzył się kilkakrotnie i tak mając świeżo ukończone 24 lata przepracowałam ponad 3 lata, w większości na umowach o pracę, o które w dzisiejszych czasach niełatwo). I tu nie udało mi się zobaczyć tych strasznych rzeczy, które wieszczą ludzie, strasząc innych.

"Zobaczysz", straszyli przy pierwszym chłopaku. Zobaczysz, jak to będzie, jak będziecie razem dłużej. Zobaczysz, jak razem zamieszkacie. Zobaczyłam. Chyba pierwszy raz zobaczyłam to coś, o czym mówili. Codzienność, rutynę, kłótnie, bałagan, moją agresję, jego agresję, "wszystko na mojej głowie", "gadasz jak każda kobieta". Pieniędzy wystarczało na styk, bo pracowałam tylko ja. Więc zobaczyłam. "Czy to już wszystko? Czy tak właśnie wygląda to prawdziwe życie, które miałam zobaczyć?", zastanawiałam się ze smutkiem.

Drugi raz coś prawdziwie mi nie wyszło. Najpierw studia, później związek. Nawet myślałam sobie "zobaczysz". Patrzyłam na radosne wpisy facebookowe świeżo upieczonych studentów i mówiłam w myślach do każdego z nich" "zobaczysz, jeszcze zobaczysz, jak cię te studia zmęczą, nie przydadzą ci się, jak są o kant dupy, zobaczysz, jak będziesz się przekwalifikowywać". Słuchałam nakręconych na nowe związki koleżanek i mówiłam "gratulacje", a myślałam "zobaczysz, macie kilkanaście/dwadzieścia-kilka lat, to nie przetrwa, to nie wyjdzie, nie w ten sposób, zobaczysz, dzisiaj misiu-pysiu, a jutro - wypierdalaj, nienawidzę facetów".

Ale nie miałam odwagi tego wypowiedzieć na głos. Bo zdałam sobie sprawę, że tak mówią tylko ci, którym coś nie wyszło, a nie ci, którzy chcą coś konstruktywnego poradzić. Tak mówią przerażeni i zniechęceni. Ewentualnie, chwilowo zdenerwowani, poirytowani i podminowani. A ich słowa rezonują w głowie długie lata, ciągnąc się za nami jak wyschnięte liście umemłane w błocie i przyklejone do buta...

Zobaczysz
Zobaczysz
Jeszcze się przekonasz

Więc nie mówiłam na głos i nie myślałam "nienawidzę mężczyzn" i "zobaczysz, że się rozstaniecie" I chociaż czasem wydawało mi się, że nigdy nie znajdę wymarzonych, interesujących studiów o odpowiednim poziomie trudności (trafiłam na jedne za trudne, jedne za łatwe, obie opcje i tak za drogie) i nawet pomyślałam, że może studiów nie ukończę, to starałam się przynajmniej nie zniechęcać innych.

I w końcu w tym okrutnym świecie nadeszło niemożliwe. Może dlatego, że miałam szczęście, może dlatego, że wierzyłam. Myślę, że to zawsze kombinacja tych dwóch czynników - wiary i szczęścia, inaczej - otwartości na nowe doświadczenia i ufności (nie mylmy z naiwnością).

Stało się coś, co nie miało sensu, bo byłam najgrubsza w swoim życiu i miałam najbardziej pryszczatą buzię, było mi wszystko bardziej obojętne niż kiedykolwiek i byłam sobą tak do szpiku kości, że aż to niektórych złościło (nawet mnie, bo nie mogłam czasem zrozumieć, po co aż tyle mówię).

I wtedy się zakochałam z wzajemnością tak, że już wiedziałam, że to będzie to.
Nie bałam się, że ten mężczyzna jest starszy, że nie jest Polakiem, że to za wcześnie.
Nie bałam się zobaczyć w nim kogoś więcej, niż wszyscy, nie bałam się też przed nim otworzyć.
Mimo że z początku miałam wrażenie, że pasujemy do siebie jak pięść do nosa, bo ja wyglądam na kogoś zupełnie niepoważnego, a on był powagi wręcz uosobieniem. Łączyło nas jednak podobne podejście do życia. I zaczęła się przygoda, o której mówią, że to "game over", a to, za przeproszeniem, gówno prawda i współczuję, jak czyjeś życie skończyło się wraz z poznaniem przyszłego małżonka. Pewnie lubi mówić zobaczysz, jeszcze zobaczysz.

To może ja powiem, co zobaczyłam:

Zobaczyłam, że można podchodzić do życia ze spokojem.
Zobaczyłam, że mężczyzna też może gotować obiady (chociaż widziałam to już wcześniej w domu, dzięki tacie i dziadkowi, ale nie miałam takich miłych doświadczeń ze swojego pierwszego związku).
Zobaczyłam, że mogę być adorowana, mimo że nie umiem flirtować i kokietować.
Zobaczyłam, że można z kimś mieszkać i się nie kłócić.
Zobaczyłam, że można się zaręczyć po pół roku bycia ze sobą bez zaliczania "wpadki".
Zobaczyłam, że można nie być autorytatywną panną młodą.
Zobaczyłam, że wesele może się udać, nawet jak nie ma się wszystkiego pod kontrolą.

Przekonałam się, że potrafię być łagodna i nie złościć się codziennie, bo mój mąż ma na mnie dobry wpływ.
Przekonałam się, że można nie bać się chorobliwie zajścia w ciążę, kiedy między małżonkami jest dużo bliskości i miłości.
Przekonałam się, że kiedy nie ma tego strachu, to seks jest dużo lepszy.
Przekonałam się, że można być razem każdego dnia i nie popaść w smutną rutynę.

Zrozumieliśmy - ja, że można się lepiej organizować, a on, że można czasem pozwolić sobie na spontaniczność.
Zrozumieliśmy, że będziemy dla siebie w zdrowiu i w chorobie.
Zrozumieliśmy, że złość jest normalna, ale trzeba znać jej przyczynę, żeby nie nakręcać się dalej.

Małżeństwo to nie jest jakaś magiczna brama, po przejściu przez którą dziwnym trafem wszystko się naprawia bądź psuje. Jest właściwie jak wcześniej. Z tą różnicą, że żyjemy z pewną deklaracją. Zupełnie jakbyśmy wcześniej mieszkali w namiocie, ale postanowili postawić fundamenty pod dom przed nadejściem jesieni. Budować ściany, dach, urządzać pokoje po to, żeby schronić się w nich w gorsze dni.

W tym roku miną 2 lata od czasu, jak jesteśmy małżeństwem i 3 lata od czasu, jak jesteśmy razem. Przyjdzie też na świat nasze dziecko.

Mój mąż zgodnie z harmonogramem "jeszcze zobaczysz", właśnie przekonuje się, jaką jędzą jest kobieta w ciąży. Sam powiedział - nie jest. Nie jestem jędzą, nie wyżywam się na nim. Czasem jestem zmęczona, albo mi źle i mówię o tym. Proszę o pomoc, ale nie wymagam jej. Absolutnie nie daję sobie uprawnień do rozstawiania ludzi po kątach.

Zgodnie z harmonogramem "jeszcze zobaczysz" przekonam się jeszcze, czy w drugim i trzecim trymestrze ciąży dam radę kontynuować (w końcu odnalezione!) swoje wymarzone studia. Przekonam się też, jak to jest mieć dziecko i że nie jest tak prosto, i że właściwie całe moje życie się zmieni i wywróci, nic nie będzie jak wcześniej itd.

I wiecie co? Nie boję się. Bo raz coś wyjdzie, raz nie, ale nigdy nie było tak strasznie, żeby w końcu nie wyszło na dobre. Nie pozwolę, żeby zatrzymało mnie czyjeś "zobaczysz".

A kiedy ktoś mnie pyta o radę, albo się czymś chwali, to już nie przychodzi mi do głowy "zobaczysz". Chyba, że w tym pozytywnym sensie -  "zobaczysz, znajdziesz swoją drogę". Każdy ma inne życie i jest zupełnym bezsensem prawienie mu morałów na podstawie własnego, ze stuprocentowym przekonaniem, że pewne scenariusze muszą się powtarzać. Nie muszą.

Post napisany w ramach akcji "Małżeństwo jest fajne" - blogerzy o małżeństwie, organizowanej przez blog Mocem w związku z Międzynarodowym Tygodniem Małżeństwa (7-14 lutego).